Nauka

Uniwersytet nie fabryka

O roli i misji uniwersytetu

Uniwersytet Warszawski znalazł się na pierwszym miejscu w rankingu polskich uczelni akademickich. Uniwersytet Warszawski znalazł się na pierwszym miejscu w rankingu polskich uczelni akademickich. Minimus / Wikipedia
Rozmowa z prof. Marcinem Pałysem, rektorem Uniwersytetu Warszawskiego, o studiach masowych i jakościowych oraz krępujących rozwój nauki przepisach.
Prof. Marcin Pałys - rektor Uniwersytetu Warszawskiego.Tadeusz Późniak/Polityka Prof. Marcin Pałys - rektor Uniwersytetu Warszawskiego.

Artykuł w wersji audio

Edwin Bendyk: – Gratulacje! Uniwersytet Warszawski znalazł się na pierwszym miejscu w rankingu polskich uczelni akademickich (opublikowanym w POLITYCE 22). Przypomnijmy: zespół badawczy prof. Janusza Gila mierzył poziom naukowy uczelni i w tej kategorii UW daleko wyprzedził konkurencję.
Prof. Marcin Pałys: – Cieszy mnie, że ranking prof. Gila potwierdza to, co pokazują także inne zestawienia – pozycję Uniwersytetu Warszawskiego jako uniwersytetu badawczego.

Rankingi międzynarodowe już tak wspaniałomyślne jednak nie są. Na słynnej liście szanghajskiej, porównującej 500 uniwersytetów z całego świata, UW znalazł się dopiero w czwartej setce, razem z Uniwersytetem Jagiellońskim.
Z powodu swojej konstrukcji lista szanghajska przede wszystkim pokazuje, że w Polsce brakuje uczelni, których wychowankowie zdobyli Nagrodę Nobla. To się pewnie nie tak prędko zmieni. Ale poza tym potwierdza, że Uniwersytet Warszawski i Jagielloński są krajowymi liderami. Pozycja ta daje podstawy, by znaleźć się w gronie kilku procent najlepszych uczelni wyższych spośród kilkunastu tysięcy uniwersytetów funkcjonujących na świecie. Ciekaw jestem, jakie inne polskie instytucje – szpitale, muzea lub koncerny – również znalazłyby się w gronie 5 proc. światowych liderów? Mówiąc to, nie twierdzę, że jesteśmy doskonali, przeciwnie.

Pozycja w rankingu nie pokazuje, że instytucja taka jak UW to złożona struktura bardziej przypominająca ciasto z rodzynkami – te rodzynki to ośrodki o poziomie absolutnie światowym. Wystarczy wspomnieć Wydział Matematyki, Informatyki i Mechaniki kształcący najlepszych informatyków na świecie. Mamy powody do dumy z naszych fizyków, chemików, astronomów, archeologów.

Miejsce uczelni w rankingu można porównać do ratingu giełdowego spółek. To syntetyczna informacja o ogólnej kondycji, jednak żaden odpowiedzialny inwestor nie podejmie na jej podstawie decyzji o ulokowaniu swojego kapitału.

Czym w takim razie jest uniwersytet? W polskiej debacie o edukacji dominuje obraz uczelni jako instytucji oderwanych od życia, słabo reagujących na potrzeby współczesnego świata i rynku pracy.
Uwagi, że uczelnie nie znają realiów rynku pracy, są zabawne – od wielu lat uniwersytety to najwięksi pracodawcy w polskich metropoliach. UW zatrudnia ponad 6 tys. osób, w tym 3,5 tys. nauczycieli akademickich. Kształcimy ponad 50 tys. studentów.

Czyli jako rektor zarządza pan wielką korporacją?
Niezupełnie. Uniwersytet to struktura federacyjna złożona z wielu jednostek odzwierciedlających złożoność świata wiedzy i nauki. Jednocześnie jesteśmy instytucją publiczną, której działanie regulują różne, często niepowiązane ze sobą przepisy. Zgodnie z ustawą o szkolnictwie wyższym uniwersytet prowadzi działalność naukową i edukacyjną. W sensie administracyjnym to dwa zupełnie odrębne działy budżetu państwa, tyle tylko, że na uczelniach dotyczą tych samych ludzi – naukowiec prowadzący badania jednocześnie uczy studentów.

Pieniądze na zatrudnianie kadry związane są z działalnością dydaktyczną, jak to się mówi – idą za studentami. Im ich więcej, tym więcej można zatrudnić wykładowców i naukowców. W efekcie więcej osób może prowadzić badania naukowe. Wszystko się zgadza, dopóki przybywa chętnych do studiowania. Ten etap historii mamy już jednak za sobą. Co więc zrobić, gdy zmniejsza się liczba studentów? Uniwersyteccy naukowcy mając mniej obowiązków dydaktycznych mogliby poświęcić więcej czasu na badania. Niestety, nawet gdy zdobędziemy granty z naukowej części budżetu, z czym radzimy sobie całkiem nieźle, to rzadko możemy je wykorzystywać na płacenie pensji.

Czy w nagrodę za opanowanie tej rzeczywistości uniwersytet może prowadzić swobodną politykę kadrową? Czy mógłby pan np. zatrudnić światowej sławy uczonego, oferując mu wynegocjowaną indywidualnie konkurencyjną stawkę wynagrodzenia?
Nie mam takiej możliwości, kwestie zatrudniania kadry są ściśle uregulowane odgórnie. Minister nauki chwali się, że jednym z filarów reformy nauki i szkolnictwa jest system konkursów na stanowiska. Miał on m.in. zachęcić uczonych do większej mobilności, czyli poszukiwania pracy w różnych ośrodkach, oraz otworzyć możliwość zatrudniania specjalistów z zagranicy. To jednak ciągle fikcja.

Gdybym chciał zatrudnić wybitnego uczonego o światowej renomie, musiałbym nie tylko zaoferować mu odpowiednie wynagrodzenie, lecz także perspektywę stałego zatrudnienia, a dziś mogę tylko zaproponować, by zgłosił się do konkursu na czasowy etat. Bardzo często osoby takie oczekują też możliwości zatrudnienia kluczowych współpracowników ze swojego dotychczasowego zespołu. Tego też nie mogę zaproponować. Ba, sądząc po liczbie wpływających zgłoszeń, konkursy nie są w istocie atrakcyjne nawet na wewnętrznym rynku krajowym, dlatego nic się nie zmieniło.

W swoim pierwszym inauguracyjnym przemówieniu w roli rektora skrytykował pan minister nauki, odpowiadając na jej krytyczną ocenę polskich uczelni. Czy jednak prof. Kudrycka nie ma racji? Oczywiście, możemy pochwalić się wybitnymi uczonymi i świetnymi ośrodkami badawczymi, całość jest jednak bardzo przeciętna.
Rektorzy doskonale zdają sobie sprawę z różnych słabości swoich uczelni, kiedy jednak do krytyki włącza się minister, powinien najpierw określić założenia swojej oceny. Nie istnieje bezwzględna miara jakości uniwersytetu – najpierw trzeba zdefiniować rolę: czy ma prowadzić studia masowe i tym samym przeciętne, czy przeciwnie, ma formować ambitną intelektualną elitę kraju? To są różne cele i muszą do nich prowadzić różne drogi, różnie też będzie się oceniać efekty. Niestety, do dziś takiej debaty o miejscu i roli uniwersytetu nie odbyliśmy.

Oczekuje się od uczelni, że planując swoje działania będą się posługiwały strategiami. Tymczasem strategii takiej nie opracował resort odpowiedzialny za politykę państwa w obszarze szkolnictwa wyższego. Do czego więc mają się odnosić nasze strategie i do czego odnoszą się ministerialne oceny? Czujemy tylko, jak coraz bardziej zaciska się gorset przepisów szczegółowo określających i mierzących każdy aspekt życia akademickiego i naukowego. Przykładem niech będą zamówienia publiczne, które wiążą badaczom ręce, co nawet zilustrowano zdjęciami na Facebooku.

A jaka, zdaniem władz UW, powinna być rola i misja uniwersytetu?
Jesteśmy przekonani, że musimy postawić na jakość, co ma swoje konsekwencje. Jedna trzecia naszego budżetu pochodzi od studentów płacących za naukę. Nie wiemy, jak w sytuacji niżu demograficznego będą oni reagować na wysokie wymagania na egzaminach. Czy zniechęceni zaczną szukać uczelni ustawiających poprzeczkę niżej czy na odwrót – docenią, że studia u nas zapewnią większy zwrot edukacyjnej inwestycji, czyli lepszą perspektywę życiową? Niezależnie jednak od odpowiedzi zdecydowaliśmy, że gotowi jesteśmy poświęcić ilość na rzecz jakości.

Czy reforma systemów szkolnictwa wyższego i nauki doprowadzi do poprawy jakości polskich uczelni?
Zbyt wcześnie jeszcze na ocenę wprowadzanych ciągle zmian – rząd przyjął właśnie projekt drugiej nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym. Jak zawsze przy zmianach systemowych – zadecydują szczegóły. Musimy pamiętać, że najlepsze nawet pojedyncze pomysły reformatorskie nie muszą składać się na dobrą całość – używając języka nauk ścisłych, można powiedzieć, że nie tworzą sumy arytmetycznej, tylko wektorową i w najgorszym przypadku mogą się wzajemnie znieść, prowadząc do zerowego lub wręcz negatywnego efektu. Niestety, chaotyczne działania ministerstwa nie pozwalają z góry ocenić wyniku tego sumowania.

Spójrzmy na konkretny przykład. Jednym ze sposobów walki o jakość ma być walka z plagiatami. Oczywiście na uniwersytecie potępiamy te praktyki, niezależnie, czy dopuszczają się ich studenci czy wykładowcy. Czy jednak problem plagiatów rozwiąże wprowadzenie ogólnopolskiego systemu ich wyłapywania? Jestem pewien, że w odpowiedzi wielu studentów zamiast koncentrować się na jakości pracy, poświęci energię, by obejść system.

Może gdybyśmy wrócili bliżej źródeł i zaczęli zadawać zasadnicze pytania o sens istnienia uniwersytetu, cel badań naukowych, o powód zdobywania wiedzy – to wynikające z nich wskazania etyczne byłyby silniejsze niż system informatyczny mający wychwytywać plagiat. I że uznanie, prestiż i awans naukowy mają wynikać z osiągnięć badawczych, a nie ze zliczania ustalonych taryfikatorem punktów za kolejne publikacje i konferencje.

W rankingu prestiżu zawodowego tytuł profesora uniwersytetu od lat plasuje się na pierwszym miejscu. Dlaczego, mimo tak wysokiego zaufania społecznego, ludzie nauki tak rzadko zabierają głos w sprawach publicznych budzących żywe emocje, takich jak choćby katastrofa smoleńska, zapłodnienie in vitro czy GMO?
Zabierają, tylko mało kto chce ich słuchać. Mówię tutaj o specjalistach we właściwych dziedzinach, gdyż profesor wypowiadający się na tematy spoza swojej specjalności niewiele różni się od laika. Liczne debaty publiczne, w tym te wymienione, toczą się od lat napędzane właśnie emocjami, a nie pojawianiem się nowych, istotnych dla sprawy faktów. Na przykład dominująca część specjalistów jest za dopuszczeniem GMO, jednak media wolą eksponować poglądy odwołujące się przede wszystkim do strachu, a nie do krytycznie zanalizowanych wyników badań. To formuła prowadzenia debat publicznych szwankuje, a nie udział badaczy.

rozmawiał Edwin Bendyk

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak być empatycznym i jednocześnie pozostać szefem

Dlaczego dobry szef powinien być inteligentny emocjonalnie.

Katarzyna Czarnecka
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną