Rabat na prenumeratę cyfrową Polityki

kup taniej do 50%

Subskrybuj
Nauka

Klimat pod młotkiem

Szczyt klimatyczny od kulis

Happening pod Stadionem Narodowym, gdzie odbywał się szczyt. Happening pod Stadionem Narodowym, gdzie odbywał się szczyt. Jan Skarżyński/AFP / EAST NEWS
Były łzy, oskarżenia o imperializm i zażarta walka o słowa. Finał szczytu klimatycznego ONZ zamienił się w trwającą 36 godzin bez przerwy negocjacyjną bitwę. Katastrofa wisiała na włosku.
Dyskusje i negocjacje trwają od ponad 20 lat, od pamiętnego Szczytu Ziemi w Rio de Janeiro w 1992 r.Stefan Maszewski/REPORTER/EAST NEWS Dyskusje i negocjacje trwają od ponad 20 lat, od pamiętnego Szczytu Ziemi w Rio de Janeiro w 1992 r.

W piątkowy poranek okolice Stadionu Narodowego świecą pustką. Tylko policyjne patrole i afisze przypominają, że wewnątrz trwa konferencja COP19, zwana szczytem klimatycznym ONZ. Obrady toczą się od pamiętnego 11 listopada, kiedy w Warszawie spłonęła tęcza na pl. Zbawiciela. Marcin Korolec, wówczas jeszcze minister środowiska, zebrał ostrą krytykę za to, że początek konferencji został ustalony na Święto Niepodległości. Prawica zapowiadała niechybną masakrę, gdy polscy patrioci spotkają się z alterglobalistycznymi bojówkami mającymi ściągnąć do Warszawy.

Tego dnia alterglobaliści jednak zawiedli, a każdy, kto zna historię szczytów ONZ, wie, że największe emocje czekają ostatniego dnia. Wtedy to, po blisko dwóch tygodniach żmudnych negocjacji na różnych szczeblach, sondowaniu wzajemnych interesów, jawnych i ukrytych sojuszy, przychodzi czas na przyjęcie decyzji i dokumentów, które mają wyrażać wspólne stanowisko 194 państw świata. Musi więc być gorąco. Dlatego dziwi poranna cisza na stadionie. Wystarczy jednak zajrzeć do pomieszczeń zajmowanych przez prezydencję szczytu, żeby zrozumieć, że to cisza przed burzą.

Konferencją kieruje kraj gospodarza, czyli personalnie tym razem Marcin Korolec, minister środowiska Polski. Jak co dzień o poranku zbiera swoich ekspertów i negocjatorów, by ustalić plan działań. Bilans otwarcia wygląda fatalnie. W czwartek 21 listopada szczyt opuściły demonstracyjnie organizacje pozarządowe, a media na całym świecie kupiły ich komunikat – od brytyjskiego „Guardiana” po polskie bezpłatne „Metro” z czołówek biją tytuły: skandal, konferencja zakończyła się fiaskiem! Największe gromy lecą na polski rząd i Marcina Korolca. Oskarżani są o blokowanie negocjacji w imię interesów polskiego sektora węglowo-energetycznego.

Jak bowiem może być inaczej, zastanawiają się dziennikarze i aktywiści, skoro w trakcie szczytu klimatycznego, w poniedziałek 18 listopada, odbył się pod auspicjami wicepremiera i ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego szczyt węglowy? A jeszcze w środę premier dymisjonuje Marcina Korolca z rządowego stanowiska, co wywołuje małe zamieszanie wśród uczestników szczytu. Światowa prasa pokazuje Korolca z nożem wbitym w plecy przez własnego premiera jako kolejny dowód na to, że polski rząd ma gdzieś sprawy środowiska i klimatu.

Jazda w podobnym tempie trwa od samego początku – w kraju awantura o zbieg inauguracji szczytu ze Świętem Niepodległości, na świecie – tajfun na Pacyfiku i jego tragiczne żniwo na Filipinach. Ikoną i sumieniem obrad staje się Filipińczyk Yeb Sano, w poruszającym wystąpieniu nawołujący innych uczestników, żeby w końcu przerwać to „klimatyczne szaleństwo”. Będzie o sobie nieustannie przypominać, m.in. podejmując głodówkę, by wstrząsnąć wrażliwością delegatów. Zebrany kapitał emocji i moralnych racji wykorzysta umiejętnie w ostatniej godzinie negocjacji. Ale na razie dzień się dopiero zaczyna. Przydałyby się dobre wiadomości.

Są! Po dwóch dobach intensywnych negocjacji udało się osiągnąć zgodę w newralgicznych kwestiach finansowych, jak mechanizm finansowania Zielonego Funduszu Klimatycznego. Dzięki niemu kraje rozwijające się uzyskają środki na ekologiczną modernizację swoich gospodarek. Są też deklaracje konkretnych pieniędzy: Korea Południowa – 40 mln dol., Unia Europejska – 1,7 mld euro w okresie 2014–15, Stany Zjednoczone 2,7 mld dol. jeszcze w tym roku, Japonia 16 mld dol. do 2015 r.

To wszystko jednak blednie wobec szansy na przyjęcie ustaleń REDD+, czyli systemu ochrony lasów tropikalnych. 20 proc. emisji gazów cieplarnianych to skutek ich wycinania. Ale jest ono zarazem ważnym źródłem utrzymania krajów rozwijających się, a „oczyszczona” w ten sposób ziemia zapewnia rozwój rolnictwa. Jedynym więc sposobem na powstrzymanie wylesiania wydaje się jakiś system rekompensat.

Hamulcowy

Dyskusje i negocjacje trwają od ponad 20 lat, od pamiętnego Szczytu Ziemi w Rio de Janeiro w 1992 r. Ich postęp hamowały m.in. obawy, że pieniądze z krajów rozwiniętych przepadną w dżungli tropikalnej korupcji. W końcu jednak w Warszawie, w dużej mierze dzięki zaangażowaniu polskich „facylitatorów” (ułatwiacz negocjacji), udało się dogadać. Wieści o klęsce szczytu ogłoszone przez poranną prasę są co najmniej przedwczesne. Co jednak przyniesie dzień?

Dziś możemy spodziewać się wszystkiego – opowiada po zakończonej porannej odprawie Marcin Korolec. – Strony do końca chowają najmocniejsze karty i wyciągają je, wykorzystując emocje i zmęczenie towarzyszące zakończeniu konferencyjnego maratonu. Sam tak robiłem w zeszłym roku w Dausze. To wtedy nasz minister potwierdził przekonanie, że Polska jest hamulcowym procesu klimatycznego, bo do upadłego walczy o swój interes – rok temu chodziło o utrzymanie prawa do handlu nadwyżkami dwutlenku węgla, jakie zgromadziliśmy w trakcie pokomunistycznej modernizacji gospodarki.

Marcin Korolec jednak dodaje: – Za wszelką cenę chcę uniknąć powtórki Dauhy i Durbanu. Oba szczyty zyskały złą sławę ze względu na sposób, w jaki zostali potraktowani niektórzy uczestnicy – w RPA zlekceważono stanowisko Indii, w Katarze upokorzona została Rosja. – Nie możemy sobie pozwolić na podobny scenariusz, warszawski szczyt rozpoczyna pracę nad nowym międzynarodowym porozumieniem klimatycznym, jakie ma być przyjęte za dwa lata w Paryżu. Falstart w Warszawie zagrozi całemu procesowi. Dlatego Korolec – prezydent szczytu – od początku rozmawia ze wszystkimi, a w drzwiach jego polowego gabinetu można zobaczyć i Todda Sterna, negocjatora Stanów Zjednoczonych, i Olega Szamanowa, delegata Rosji, i dziesiątki innych przedstawicieli wszystkich stron w pojedynkę lub zorganizowanych w międzynarodowe grupy.

Rola prezydenta podczas szczytu jest dość szczególna, tłumaczą jego eksperci. W istocie może on bardzo niewiele – każde słowo, jakie wypowiada podczas oficjalnych wystąpień, musi być uzgodnione z sekretariatem UNFCCC (Ramowej Konwencji ONZ ds. Zmian Klimatycznych), którym kieruje Christiana Figueres. W odczytywanym skrypcie ma nawet zaznaczone, kiedy użyć atrybutu swojej władzy, młotka. Wbrew zarzutom prasy, nie ma on bezpośredniego wpływu na negocjowane teksty decyzji – w zależności od tematu żyją one swoim życiem w ramach grup o wdzięcznych akronimach SBI, SBSTA i ADP. Każdą z nich prowadzi dwóch współprzewodniczących, jeden z kraju rozwiniętego, jeden z rozwijającego się. Prezydent może ich co najwyżej poczęstować herbatą.

Jednocześnie jednak prezydent podczas konferencji może bardzo dużo – on bowiem zwołuje posiedzenia plenarne i decyduje o ich przebiegu, a to właśnie wtedy podejmowane są decyzje, które dotyczą rozstrzygnięć o globalnym znaczeniu. Cała sztuka polega na tym, żeby w trakcie plenarnej sesji nie dać się zaskoczyć i mieć właściwe rozpoznanie gry prowadzonej przez strony. To niełatwe, bo 194 państwa nie dość, że występują suwerennie, to także wypowiadają się poprzez sojusze. Grupa G77 plus Chiny reprezentuje interesy ponad stu krajów rozwijających się. Grupa AOSIS wypowiada się w imieniu małych krajów wyspiarskich, które łączy świadomość zagrożenia wynikającego z podnoszenia się poziomu mórz. Grupa Umbrella jednoczy m.in. Stany Zjednoczone, Nową Zelandię, Japonię, Australię. Za akronimem LDC ukrywają się kraje najsłabiej rozwinięte. Czasami wspólnie występują kraje arabskie.

Beata Jaczewska, wiceminister środowiska i przewodnicząca polskiej delegacji, przekonuje, że stawki i stanowiska w negocjacyjnej grze zostały dobrze rozpoznane. Szczyt zakończy się sukcesem, jeśli zostanie przyjęty dokument przygotowywany przez grupę ADP – ma on być fundamentem dalszych negocjacji nad przyszłym międzynarodowym porozumieniem klimatycznym, które po przyjęciu w 2015 r. zacznie obowiązywać w 2020 r. – Mamy niezły tekst – mówi Jaczewska, szykując się do konferencji prasowej. – Zmienia on całkowicie dotychczasową filozofię negocjacji klimatycznych.

Dotychczas obowiązywał firewall, ściana dzieląca świat na kraje rozwinięte i rozwijające się. Pierwsze, bogate i przez to też winne największych emisji gazów cieplarnianych, zobowiązały się do ograniczania tej emisji w ramach protokołu z Kioto. Kraje rozwinięte uniknęły zobowiązań, zachowały jednak prawo do roszczeń związanych z pomocą w adaptacji do zmian i proekologicznej modernizacji. Protokół z Kioto, zdaniem ekspertów, zakończył się fiaskiem, emisja gazów cieplarnianych nie zmalała, jednocześnie wiele krajów rozwijających się przekształciło się w gospodarcze potęgi.

Nowe porozumienie musi uwzględniać tę zmianę na zasadzie, że kraje różnią się między sobą, lecz wspólnie odpowiadają, adekwatnie do swojej pozycji, za stan klimatu.

Powstała propozycja takiego tekstu, krytycy zarzucają mu „brak ambicji”, jeśli jednak ma być przyjęty przez Chiny, Indie i Stany Zjednoczone, musi być realistyczny – przekonuje Jaczewska. A Tomasz Chruszczow, wytrawny negocjator zaangażowany w proces klimatyczny, nie ma wątpliwości, że i tak proponowany tekst będzie powodem burzy.

Lepszy układ warszawski

Inny zapalny, a jednocześnie kluczowy dla powodzenia szczytu temat to „loss and damage”, czyli system pomocy krajom rozwijającym się narażonym na negatywne skutki zmian klimatu, jak ostatnie katastrofalne zniszczenia na Filipinach.

Marcin Korolec zdecydował więc, że dobrze zachęcić uczestników smakiem sukcesu i podczas południowej sesji plenarnej wystawił „dogadane” tematy. Wśród nich REDD+, czyli wspomniany system ochrony lasów tropikalnych. Przynęta chwyta, delegaci rozkręcają się i nie dość, że bez problemu przyjmują decyzję, to jeszcze zaczynają ścigać się w propozycjach na jego nazwę – w każdej pojawia się Warsaw, więc sesję kończy żart, że narodził się nowy, lepszy układ warszawski. Delegaci odzyskują dobry humor, a Beata Jaczewska optymizm: – Jest szansa, że skończymy obrady jeszcze dzisiaj. Czyli zgodnie z planem.

Złudne nadzieje. Zgodnie z intuicją starych klimatycznych negocjatorów, spór wywołuje ADP. Chińczycy przedstawiają własną propozycję i chcą utrzymania „fire­walla”, czyli starego podziału na kraje rozwinięte i rozwijające się. Dołącza Wenezuela, oczekiwania się rozjeżdżają. Prowadzący obrady tej grupy robią po północy przerwę, by dać szansę na negocjacje nieformalne.

Najlepiej sprawdza się metoda „huddle”, czyli „kółka” – kluczowi negocjatorzy stają blisko siebie, otoczeni przepychającymi się pozostałymi delegatami. Atmosfera jak na uzbeckim bazarze, zaleta tej metody polega na tym, że dyskutują jedynie ci, którzy mają coś do powiedzenia, a reszta, przepychając się, zachowuje twarz, pokazując, że także uczestniczy. Niestety, tym razem „kółko” nie przynosi rezultatu. Zapowiada się ciężka noc.

O piątej nad ranem sygnał, że odbędzie się nieformalna sesja plenarna konferencji – być może ona wniesie nowy impuls do negocjacji wrażliwego dokumentu. Jednocześnie trwają rozmowy bilateralne i w mniejszych grupach: Marcin Korolec spotyka się z przedstawicielami stron, podobnie próbują oddziaływać na rzeczywistość inni wiodący gracze, jak Connie Hedegaard, unijna komisarz ds. środowiska, czy Todd Stern ze Stanów Zjednoczonych. Sesja plenarna zamiast o piątej odbywa się kilka godzin później, a ponieważ nie przynosi rezultatu, przekształca się znowu w negocjacje w ramach grupy ADP. Nic z nich nie wynika, około godz. 13 Marcin Korolec spotyka się z Christiną Figueres.

Po 30 godzinach nieustannych przepychanek wszyscy padają z nóg, na horyzoncie pojawia się wizja katastrofy. Jak popchnąć sprawy do przodu, skoro trzeba już kończyć szczyt, a na sali obrad następuje eskalacja emocji? Przedstawicielka Wenezueli zarzuca prowadzącemu obrady manipulacje, rusza antyimperialistyczna retoryka. Biorąc pod uwagę zmęczenie, niewiele trzeba, żeby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Trzeba przerwać tę eskalację i ogłosić sesję plenarną.

Na szczęście po godz. 14 przewodniczący grupy ADP ogłaszają przerwę i ponownie gromadzi się „kółko”.

Tym razem, po godzinie gorącej przepychanki, dochodzi do porozumienia. Sprawę rozwiązuje jedno słowo – zamiast angielskiego commitments (zobowiązania), jeszcze ze starego słownika, pojawia się contributions (wkłady). Wszyscy rozchodzą się zadowoleni, można rozpoczynać sesję plenarną, by młotkiem prezydenta zatwierdzić konsens. Gdy tak się staje, wybuchają oklaski, szczyt został uratowany – prace nad nowym porozumieniem klimatycznym oficjalnie ruszyły.

Tomasz Chruszczow podpowiada jednak, że to nie koniec emocji. Rzeczywiście, gdy pod prezydencki młotek trafia decyzja w sprawie systemu „loss and damages”, grupa G77 plus Chiny zgłasza weto. Chodzi w istocie o nowy słownik dyplomatyczny, który wprowadzi nową kategorię działań związanych ze zmianami klimatycznymi. Dotychczas mówiło się o mitygacji (czyli o przeciwdziałaniu zmianom) i adaptacji (dostosowaniu się do zmian), chodzi o nową kategorię negatywnych skutków zmian, wobec których adaptacja jest nieskuteczna. Apel o ten nowy słownik wzmocnił Filipińczyk Yeb Sano, przypominając trwającą ciągle tragedię swojego narodu.

Już wieczór, trzeba kończyć, a tu taka wrzutka – Marcin Korolec robi przerwę w sesji i daje kwadrans na wypracowanie konsensu – szybko zawiązuje się „kółko”, które po godzinie dochodzi do porozumienia. Młotek znowu może pójść w ruch, przy entuzjazmie uczestników wszystkie zaplanowane decyzje, również te najtrudniejsze, zostają podjęte.

Yeb Sano, przedstawiciele innych krajów i grup: Unii Europejskiej, Fidżi i G77 plus Chiny, Australii i Umbrelli, dziękują Polsce i osobiście Marcinowi Korolcowi za dotrzymanie obietnicy, że szczyt odbędzie się bez manipulacji, oraz za sposób moderowania. Gratulacje składa nawet Connie Hedegaard, dla której Korolec w roli ministra był największą przeszkodą w realizacji unijnej polityki klimatycznej.

Jak zwykle wyniki szczytu klimatycznego nie zadowolą wszystkich, organizacje pozarządowe dokonały oceny, nie czekając na finał. Alfredo Sirkis, w młodości uczestnik rewolucyjnych bojówek, dziś członek delegacji brazylijskiej na COP19, komentuje: – To był szczyt niepokojąco niskich oczekiwań. Mimo to nie możemy zrezygnować z procesu w ramach ONZ, tyle tylko, że on nie wystarczy – potrzebne są równoległe, bardziej energiczne działania poszczególnych państw i organizacji.

Polityka 48.2013 (2935) z dnia 26.11.2013; Ludzie i style; s. 107
Oryginalny tytuł tekstu: "Klimat pod młotkiem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Syntetyczni dublerzy. Czym kiedyś zastępowano paliwo, mięso, cukier...?

Paliwo, mięso, cukier – wszystko można zastąpić zamiennikami, co udowodnili chemicy w czasach kryzysów i wojen.

Andrzej Krajewski
22.11.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną