Naukowcy coraz częściej zamiast wiedzy tworzą rankingi

Kariery lewarowane
Nauka coraz bardziej przypomina przemysł, który głównie zajmuje się produkcją punktów, indeksów i rankingów napędzających kariery naukowców i instytucji badawczych. Przy cichej akceptacji środowiska.
Piotr Socha/Polityka

Mohamed El Naschie
TopFoto/National News/AN

Mohamed El Naschie

Ji-Huan He
AN

Ji-Huan He

W 2010 r. „Times Higher Education” (THE), prestiżowy brytyjski tygodnik specjalizujący się w problematyce szkół wyższych, ogłosił kolejny ranking uniwersytetów. W czołówce zaskoczeń nie było. Uniwersytet Harvarda zajął pierwsze miejsce, za nim Caltech, MIT, Stanford i Princeton. Sensacją i okazją do wielkiego świętowania okazało się natomiast sklasyfikowanie na 147 miejscu – ex aequo z Uniwersytetem w Uppsali i przed Politechniką w Delft – Uniwersytetu Aleksandryjskiego. Jeszcze bardziej zaskoczyło jego czwarte miejsce – przed Uniwersytetami Harvarda i Stanforda – w kategorii „wpływ na badania”, czyli w liczbie odwołań w publikacjach naukowych do osiągnięć pracowników egipskiej uczelni.

Mohamed El Naschie i Ji-Huan He

Dokładniej mówiąc, cytowań jednego pracownika. Tak wysoka pozycja uniwersytetu w rankingu była rezultatem przywołania ponad 320 publikacji tego samego autora – Mohameda El Naschiego – w czasopiśmie „Chaos, Solitons and Fractals”, którego El Naschie był redaktorem naczelnym. Należy ono do jednego z największych i najbardziej cenionych wydawnictw naukowych – Elsevier.

Ciekawe, że w chwili ogłoszenia rankingu toczył się już od roku proces cywilny wytoczony przez El Naschiego przeciwko wydawcy prestiżowego periodyku naukowego „Nature”, który w artykule z 2008 r. zakwestionował jakość publikacji El Naschiego, a przede wszystkim sposób selekcji artykułów do redagowanego przez niego czasopisma.

Proces trwał ponad dwa lata. W lutym 2012 r. sąd uznał, że artykuł w „Nature” był „przykładem odpowiedzialnego dziennikarstwa”. W tym samym roku Uniwersytet Aleksandryjski nie zmieścił się w rankingu THE, a wcześniej Elsevier zwolnił El Naschiego z funkcji redaktora naczelnego.

Zanim „Nature” opisało niechlubną działalność El Naschiego, Zoran Škoda, jeden z członków redakcji „Chaos, Solitons and Fractals”, podzielił się z kolegami podejrzeniem, że zacytowanie naczelnego jest głównym kryterium przyjęcia artykułu do druku. Zauważył też, że wiele cytowań El Naschiego pochodzi od innego członka redakcji – Ji-Huana He. Ów wielbiciel talentu El Naschiego był w tym czasie członkiem ponad 60 komitetów redakcyjnych czasopism wydawanych także przez uznane firmy. W sześciu z nich pełnił funkcję redaktora naczelnego, a w siedmiu jednego z redaktorów zarządzających.

Obok tych osiągnięć organizacyjnych miał też znaczące osiągnięcia naukowe. Agencja Thomson Reuters, oprócz publikowania tzw. filadelfijskiej listy czasopism, czyli zestawienia (i de facto rankingu) najlepszych periodyków naukowych świata, co dwa miesiące ogłasza listę często cytowanych autorów. Na podstawie analizy z 2008 r. Thomson Reuters uznał Ji-Huana He za „wschodzącą gwiazdę informatyki”. Jego informatyczne prace miały w 2007 r. ponad 300 cytowań. W okolicznościowej notce, opublikowanej na portalu ScienceWatch, Thompson Reuters dodał, że Ji-Huan He jest także bardzo często cytowany w technologii i inżynierii materiałowej.

Plagiaty nie tak groźne

W 2011 r. w czasopiśmie „Computer Science & Information Technology” ukazał się niezwykle bezczelny plagiat. Zdarza się, że bez cytowania wykorzystuje się cudze wyniki, a czasem wstawia się fragmenty czyichś opracowań. Tym razem skopiowano wszystko z wyjątkiem nazwisk autorów – nawet podziękowania.

Przemysł kopiowania cudzych prac rozwija się niezwykle dynamicznie. Zoe Lacroix, profesor w Stanowym Uniwersytecie w Arizonie, która sama była ofiarą plagiatu i odkryła wspomnianą wyżej publikację, znalazła też artykuł z 2007 r. splagiatowany co najmniej pięć razy. Przy czym w latach 2008 i 2009 przez tych samych autorów w dwóch różnych czasopismach wydawanych przez tę samą instytucję – Canadian Center of Science and Education.

Skala plagiatów jest przerażająca. Nie są one jednak ważnym narzędziem budowania fikcyjnych karier. Wykrycie plagiatu jest bowiem stosunkowo proste, a osoby, które go popełnią, nie mogą liczyć na litość. Natomiast takich oszustów jak El ­Naschie z Uniwersytetu Aleksandryjskiego przyszpilić jest znacznie trudniej. Nie trzeba bowiem eksperta, żeby stwierdzić, że dwa fragmenty tekstu są identyczne lub prawie identyczne, natomiast sporego wysiłku wymaga wykazanie, że jakiś tekst naukowy prezentuje fatalny poziom merytoryczny lub wręcz jest bełkotem – a przecież działalność nierzetelnych naukowców i redaktorów może mieć ogromny wpływ na ocenę uczonych i uniwersytetów oraz na decyzje o wydatkach na badania.

W ostatnim rankingu THE z 2013 r. Uniwersytet Aleksandryjski nie jest już tak wysoko jak kilka lat temu, ale wciąż bryluje w klasyfikacji uczelni „rynków wschodzących”, tuż obok Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przy ocenie pracowników naukowych, a czasami także instytucji, często używa się indeksu H (Hirscha), zaproponowanego przez Jorge’a Hirscha jako wskaźnik intensywności i znaczenia pracy naukowej badacza. Im ten indeks wyższy, tym lepiej, przy czym rośnie on dużo wolniej niż liczba publikacji. Hirsch zauważył, że laureaci Nagrody Nobla z fizyki mają indeks H pomiędzy 35 a 39 (patrz „Ranking naukowy uczelni akademickich”). Ji-Huan He ma ogromny indeks H równy 67 oraz prawie 28 tys. cytowań.

Mechanizm lewarowania indeksu H, wskaźnika wpływu (IF) i liczby cytowań stosowany przez Ji-Huana He i innych podobnych naukowców jest bardzo prosty i został opisany w artykule „Nefarious Numbers” Douglasa Arnolda i Kristiny Fowler. Aby napompować cytowania periodyku A, wystarczy być redaktorem – choćby przez pewien czas – periodyku B i przyjmować do druku artykuły (także własne), których autorzy zacytują teksty z A, a jeszcze lepiej teksty samego redaktora. W ten sposób Ji-Huan He kilkakrotnie zwiększył IF wydawanego przez siebie periodyku „International Journal of Nonlinear Science and Numerical Simulation”, korzystając między innymi z dostępu do „Journal of Physics: Conference Series”, który uzyskał jako redaktor tomów pokonferencyjnych opublikowanych w tym periodyku.

El Naschie i He są bardzo ambitni, ogłaszają rewolucyjne tezy, które na niespecjalistach robią wrażenie rezultatów rzetelnych i głębokich badań. Twierdzą, że pretendują do Nagrody Nobla. Dlatego ktoś w końcu zareagował na ich działalność. Trudniej o podobną reakcję w przypadku naukowców publikujących artykuły o tytułach niezachęcających do lektury, drukowane w mało znanych periodykach, których tezy trudno odróżnić od tego, co już wiadomo, a z których niewiele wynika i które nikogo nie obchodzą.

Można by sądzić, że takie osoby będą wegetowały na marginesie życia akademickiego i nikomu szkody nie przyniosą. Niestety, często dzięki swojemu sprytowi i tolerancji kolegów zakładają czasopisma wydawane przez międzynarodowe korporacje, zdobywają władzę w uczelniach, zostają członkami ciał decydujących o polityce naukowej i wydawaniu pieniędzy na badania. Dostają nagrody i doktoraty honorowe, a ludzie spoza branży mówią o nich z szacunkiem.

Edmundas Kazimieras Zavadskas

Edmundas Zavadskas, były wieloletni rektor Politechniki ­Wileńskiej, jest uczonym znacznie skromniejszym od pro­fesora He. Jest jednak redaktorem naczelnym lub ma przemożny wpływ na politykę co najmniej pięciu czasopism z listy fila­delfijskiej, bardzo wysoko punktowanych przez polskie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (30, 40, dwa po 45 i 50 pkt – czyli tyle, co najwyżej notowane na liście filadelfijskiej słynne tygodniki „Nature” i „Science”). Jest także w 10 komitetach redakcyjnych innych czasopism z listy filadelfijskiej. W maju 2011 r. portal ScienceWatch uznał jego publikację „The ­conceptual model of construction and real estate negotiation” za „gorącą”, czyli bardzo często cytowaną. Ukazała się ona w czasopiśmie „International Journal of Strategic Property Management”, którego naczelnym redaktorem jest inny profesor Politechniki Wileńskiej, a sam Zavadskas jest członkiem redakcji.

Wycenione przez nasze Ministerstwo Nauki na 50 pkt, a kierowane przez Zavadskasa, czasopismo „Journal of Civil Engineering and Management” prowadzi ranking opublikowanych w nim artykułów o największej liczbie cytowań. Trzy pierwsze miejsca w tym rankingu zajmują teksty profesora – cytowane są przez samego autora, jego kolegów z uczelni oraz w innych czasopismach wydawanych w Wilnie, a także w redagowanym w Polsce „Archives of Civil and Mechanical Engineering” wydawanym przez Elseviera, w którego komitecie redakcyjnym jest prof. Zavadskas.

Tam górnicy, robotnicy wyrabiają plan

Jak przez mgłę pamiętam wierszyk z czasów mojego dzieciństwa, kiedy to oprócz życiorysu Stalina uczono nas kultu dla górników „wyrabiających plan”. Teraz my, uczeni, wyrabiamy ministerialne punkty. Nie ma znaczenia, czy nasze publikacje są ważne czy bezwartościowe. Liczą się punkty. Na ich podstawie oceniają nas przełożeni, suma punktów zdobytych przez pracowników decyduje o ocenie wydziałów, a to z kolei ma wpływ na wysokość dotacji na badania. Punkty i H-indeksy liczy się przy przyznawaniu grantów i przy awansach. A punkty przyznaje się nie publikacjom, lecz czasopismom. Nawet największy knot, opublikowany w czasopiśmie „Journal of Civil Engineering and Management”, daje więc 50 pkt. Oczywiście nie wykluczam, że mogą się tam ukazać wartościowe publikacje, ale sposób selekcji artykułów na pewno tego nie gwarantuje, a żaden z trzech opublikowanych tam tekstów, które przeczytałem, nie zasługiwał na druk w żadnym szanującym się periodyku naukowym.

Ponad 20 lat temu ocenę działalności naukowej w Polsce oparto na liście filadelfijskiej. Był to wówczas ważny krok we właściwą stronę, mający umożliwić rozbicie lokalnych koterii. Jednak system oceny został szybko skorumpowany. Międzynarodowe korporacje zainteresowane dużymi obrotami przejęły słabiutkie czasopisma i bez trudu wprowadziły je na listę filadelfijską. Moda na open access (publikowanie wyników prac naukowych w otwartych czasopismach w internecie) sprawiła, że zupełnie zapomniano o trosce o jakość. Autorzy nauczyli się, że zacytowanie czyjegoś artykułu jest koleżeńską przysługą i ceną za przyjęcie artykułu do druku. Oczywiście nie znikły czasopisma, w których o przyjęciu do druku decyduje jakość tekstu. Są uczeni, którzy publikują, by podzielić się z kolegami swoim odkryciem. I są pracodawcy, którzy to doceniają.

Istnieje jednak ogromny przemysł produkcji punktów, z którego skali nie zdaje sobie nawet sprawy duża część rzetelnych uczonych i wiele osób zatroskanych losem badań naukowych.

Naukowcy dostają dziesiątki zaproszeń na konferencje pozwalające zdobyć „punkty Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego”, mnożą się filadelfijskie wydawnictwa gwarantujące publikację fragmentów rozpraw doktorskich. Powstają nowe czasopisma, których nikt nie czyta, bo wielu pracowników naukowych nie interesuje upowszechnianie swoich odkryć. Zdarza się, że autorzy po zgarnięciu punktów za publikację konferencyjną nawet nie kwapią się do wygłoszenia referatu. Nawet tam, gdzie są znane kryteria oceny stosowane w wiodących ośrodkach naukowych, przy okazji dyskusji na temat wyników ostatniej „oceny parametrycznej” można było usłyszeć, że zamiast starać się zadziwić świat wielkim odkryciem, lepiej produkować liczne „przyzwoite” publikacje. Najwięcej szkody przynoszą jednak bardzo już liczne wydawnictwa z listy filadelfijskiej, podobne do tych wydawanych przez profesorów He i Zavadskasa. Czasem stoi za nimi jedna osoba, często zaś sieć popierających się nawzajem pracowników kilku uczelni, niekoniecznie z jednego kraju.

Zdarza się, że zaproszenie do kolegium redakcyjnego przyjmie niczego nieświadomy dobry uczony ze znanego uniwersytetu. I takie czasopismo, lub ich kilka, legitymizuje grupę zawłaszczającą dostęp do grantów i awansów naukowych. Liczne niewiele warte, ale często cytowane, publikacje usprawiedliwiają wzajemne obdarzanie się akademickimi zaszczytami. Nikt z zewnątrz nie ośmieli się powiedzieć, że król jest nagi – bo wykazanie tego jest bardzo pracochłonne, brak forum, na którym można to ogłosić, a przede wszystkim można się bardzo narazić.

Autor jest dyrektorem Instytutu Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego, w latach 2005–08 był rektorem tej uczelni.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną