Co nas łączy z neandertalczykami

Życie rodzinne w paleolicie
Ślady scen jak z krwawego horroru i oznaki bliskich relacji z neandertalczykami – dzięki paleogenetyce dowiadujemy się coraz więcej o naszych praprzodkach.
Domieszkę neandertalskiej krwi mają wszyscy ludzie na świecie (poza czarnoskórymi Afrykanami), a nie tylko ci, którzy neandertalczyków mieli szanse kiedykolwiek spotkać.
Getty Images

Domieszkę neandertalskiej krwi mają wszyscy ludzie na świecie (poza czarnoskórymi Afrykanami), a nie tylko ci, którzy neandertalczyków mieli szanse kiedykolwiek spotkać.

Svante Paabo, znawca genomu neandertalczyków.
Malin Hoelstad/SvD/Scanpix/Forum

Svante Paabo, znawca genomu neandertalczyków.

W jaskini El Sidron odnaleziono ponad 1800 kości i zębów, a także ok 400 narzędzi kamiennych należących do kultury neandertalskiej.
Forum

W jaskini El Sidron odnaleziono ponad 1800 kości i zębów, a także ok 400 narzędzi kamiennych należących do kultury neandertalskiej.

audio

AudioPolityka Marcin Ryszkiewicz - Życie rodzinne w paleolicie

Svante Pääbo to dziś gorące nazwisko, podobnie jak dziedzina nauki, którą uosabia (a poniekąd i stworzył), czyli paleogenetyka. Nie ma właściwie odkrycia dotyczącego „kopalnych” genów, które nie byłoby, tak lub inaczej, firmowane przez niego lub jego zespół z Instytutu Antropologii Ewolucyjnej im. Maxa Plancka w Lipsku – placówki, którą stworzył i którą do dziś kieruje.

Kopalne geny

Sam Pääbo to postać niezwykle barwna, czego można się dowiedzieć z jego niedawno napisanej naukowej autobiografii „Neandertalczyk. W poszukiwaniu zaginionych genomów”, wydanej właśnie po polsku (Prószyński i S-ka). Wywodzi się z rodziny uchodźców z anektowanej przez ZSRR Estonii (po swej matce odziedziczył to nietypowe nazwisko), urodził się i wychował w Szwecji, jako nieślubne dziecko biochemika Sune Bergströma, późniejszego laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny (1982 r.). Swego ojca jednak niemal nie pamięta i właściwie nigdy nie poznał – czasem tylko, już podczas swej kariery naukowej, natrafiał na jego nazwisko, gdy ich zainteresowania na krótko się krzyżowały. Dziś to Pääbo dość powszechnie wymieniany jest jako niemal murowany kandydat do tej nagrody (choć trudno przewidzieć, w jakiej dziedzinie – Nobel dość nieszczęśliwie pominął wszelkie „paleonauki”). Jeśli do tego rzeczywiście dojdzie, będzie to rzadki przypadek jej rodzinnego dziedziczenia, choć z pewnością nie pierwszy wskazujący na dziedziczenie uzdolnień.

To właśnie dziedziczeniu poświęcił Pääbo całe swe naukowe życie, choć nie takiemu, które łączy ojca z synem, lecz takiemu, które przechodzi przez tysiące, jeśli nie miliony, lat i łączy nie tylko różne populacje, ale też gatunki i wyższe taksony. I które pozostawia po sobie geny, nie tylko współczesne, ale też poniekąd skamieniałe.

Fascynacja paleogenetyką jest zrozumiała, bo dotyczy odczytywania przeszłości nie pośrednio, poprzez skamieniałości, ale wprost, z czystej informacji o niej samej, zachowanej w zakodowanej postaci. To trochę tak, jakbyśmy mogli zrekonstruować jakiś wygasły język nie na podstawie jego szczątkowych słów, występujących w językach późniejszych lub w nazwach topograficznych (takich jak te wszystkie nasze Wdy, Brdy czy Skrwy), lecz wysłuchując faktycznych rozmów dawnych mieszkańców, które jakimś cudem się przechowały.

A to, choć na zdrowy rozum wydaje się niemożliwe, w istocie nie jest całkowicie i z samej swej istoty wykluczone. Gdyby np. któryś z pradawnych mieszkańców Biskupina toczył puchar na kole garncarskim, podśpiewując pod nosem ówczesny szlagier lub kołysankę i trzymając w ręku ostry przedmiot, którego końcówka żłobiłaby przy każdym obrocie rowek w miękkiej glinie, wówczas teoretycznie po wypaleniu puchar zamieniłby się w coś podobnego do winylowej płyty, którą odpowiednio skonstruowanym odtwarzaczem można by odsłuchać. Mała szansa, że to się kiedyś uda, ale też jeszcze niedawno szansa, że odczytamy neandertalskie geny, była równie znikoma. A jednak je poznaliśmy – i to nie pojedyncze ich fragmenty, ale cały (niemal) genom neandertalski, a więc i cały przepis na stworzenie tego praczłowieka. Jeśli nie ciałem, to przynajmniej duchem neandertalczycy są już wśród nas. Kto wie, może kiedyś też wysłuchamy tęsknych strofek garncarza z Biskupina lub plotek o jego rodzinie, które wymieniał z sąsiadem.

I to takie właśnie rodzinne historie konkretnych ludzi, a nie wyłącznie cechy całego gatunku czy populacji, wydają się najciekawsze i najbardziej poruszające. Tak jak z hipotetycznego glinianego garnka można by się dowiedzieć nie tylko jakim językiem posługiwał się jego wytwórca, ale też jak nazywała się jego żona lub dzieci, tak samo kopalne geny zaczęły nam odsłaniać tajemnice konkretnych osób, po których pozostały tylko szczątki skamieniałych kości.

Jedną z nich poznano przed paru laty, drugą przed kilku tygodniami, a w obu przypadkach wśród słuchających tych paleogenetycznych plotek obecny był Svante Pääbo. Pierwsza dotyczy neandertalskiej rodziny z jaskini El Sidrón w hiszpańskiej Asturii, druga – niezwykłej historii z rumuńskiej jaskini Peştera cu Oase. I obie dotyczą neandertalczyków, choć niekoniecznie osobników należących do tego gatunku.

Skamieniała grupa

Jaskinię El Sidrón, jako stanowisko archeologiczne, odkryto w 1994 r., gdy speleolodzy znaleźli w tym ogromnym kompleksie krasowym tkwiące w namulisku fragmenty ludzkich szczęk. Z początku zdawało się, że kryją one mroczną tajemnicę z nieodległej przeszłości – El Sidrón była schronieniem partyzantów republikańskich w czasie wojny domowej w 1937 r. i szczątki te mogły należeć do ofiar tych brutalnych zmagań. Sprawą zajęła się hiszpańska policja, która odnalazła kolejne szczątki ludzkie – ale coraz mniej wyglądało to na bojowników, a nawet na pozostałości osobników naszego gatunku.

Kości oraz zęby były stare i gdy wreszcie zajęli się nimi prawdziwi fachowcy – paleoantropolodzy – uznane zostały za neandertalskie. W sumie odnaleziono bogaty materiał, liczący ponad 1800 kości i zębów, a także ok. 400 narzędzi kamiennych należących do neandertalskiej kultury mustierskiej i bardzo nieliczne szczątki zwierzęce, co było niemałym zaskoczeniem (zwykle proporcje ilościowe między ludźmi a zwierzętami są odwrotne). Ale, co było najważniejsze, w tych kościach i zębach znaleziono także praludzkie DNA, należące do wielu osobników. Jego analiza przyniosła nadzwyczajne wyniki. Nigdy jeszcze w krótkiej historii genowej paleontologii nie odtworzono tak dokładnie wzajemnych związków pokrewieństwa między konkretnymi osobnikami i nigdy nie uzyskano tak wielu wiarygodnych informacji na temat ich życia i okoliczności towarzyszących ich śmierci. Bardzo dramatycznych zresztą.

Ludzie z El Sidrón nie zginęli w jaskini – z kontekstu geologicznego wynikało, że ich szczątki znajdowały się na wtórnym złożu i zostały tam zniesione, prawdopodobnie wszystkie w jednym czasie, przez wody powierzchniowe. Wkrótce potem strop jaskini się zawalił, odcinając nagromadzone szczątki od wpływów zewnętrznych. To zapewniło im tak dobry stan zachowania.

Czytaj także

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną