Jak patrzeć w kosmos, żeby szukać obcych cywilizacji
Mimo usilnych prób wychwycenia sygnału pochodzącego od obcych cywilizacji kosmicznych wciąż nie słyszymy i nie widzimy niczego, żadnych sygnałów. Może trzeba zmienić metody poszukiwań?

Pierwsza ewentualność jest taka, że nie odbieramy żadnych informacji o istnieniu obcych cywilizacji, ponieważ takich cywilizacji nie ma. W rzeczy samej istnieje możliwość, że życie na Ziemi jest czymś absolutnie wyjątkowym, czymś, co nie powtórzyło się jeszcze nigdy nigdzie – i wtedy jedynym wyjściem jest pogodzenie się z tą smutną prawdą.

Jednak naukowcy zawodowo zajmujący się kosmosem właściwie dość zgodnie sądzą, że prawdopodobieństwo naszej całkowitej kosmicznej samotności jest małe. Życie – twierdzą – jak najbardziej mogło się narodzić i rozwinąć gdzieś na innych planetach lub dużych księżycach obcych planet, jednak może być od nas zbyt oddalone, i w czasie, i w przestrzeni. Stąd brak sygnałów.

Od czasu misji teleskopu Keplera wiemy przecież, że planet jest we wszechświecie znacznie więcej niż gwiazd. Niemal każda odpowiednia gwiazda, a więc niezbyt duża, mogąca trwać miliardy lat – a takich gwiazd jest w kosmosie najwięcej i raczej tylko wokół takich życie ma szanse istnieć – posiada planety, a część z nich może krążyć wokół w tzw. strefie ekologicznej (czyli mając na powierzchni temperaturę od minus 70 do plus 70 stopni). Tam życie może się rodzić i trwać.

Ziemia przechodząca przez tarczę słoneczną wywołuje istotny spadek jasności naszej gwiazdy. Wykrywanie i badanie tych spadków wokół innych gwiazd pozwala nam odkrywać obce planety. Ale możliwe, że jacyś obcy istnienie Ziemi odkryli w ten sam sposób.
Axel Quetz (MPIA)/NASA

Ziemia przechodząca przez tarczę słoneczną wywołuje istotny spadek jasności naszej gwiazdy. Wykrywanie i badanie tych spadków wokół innych gwiazd pozwala nam odkrywać obce planety. Ale możliwe, że jacyś obcy istnienie Ziemi odkryli w ten sam sposób.

Niedawno para badaczy nieba z Max Planck Institute for Solar System Research w Getyndze w Niemczech i z McMaster University w Kanadzie zaproponowała nowe podejście do naszych prób poszukiwania sygnałów pochodzących od obcych cywilizacji. Ich założenie jest zaskakująco proste: zamiast szukać wszędzie, należy skupić się na obszarze nieba, z którego owi hipotetyczni obcy mogą także obserwować naszą planetę tranzytującą na tle tarczy słonecznej. Czyli, innymi słowy, trzeba wykorzystać do tego metodę tranzytu, dzięki której nam samym, ludziom, udało się już odkryć ponad 2 tys. obcych planet.

Gdy planeta przechodzi przez tarczę gwiazdy, wywołuje w jej jasności spadek, który można zarejestrować. To daje nam informację, że coś gwiazdę okrąża. Analiza siły tego spadku pozwala też – przy dodatkowych pomiarach prędkości radialnych – określić masę obiektu i jego oddalenie od macierzystej gwiazdy, okres obiegu itd. Tak w skrócie działa metoda tranzytu.

Żeby jednak tranzyt zadziałał, trzeba obserwować gwiazdę w odpowiedniej ekspozycji. To samo trzeba mieć na uwadze, zakładając, że ktoś obcy także przeszukuje niebo w poszukiwaniu innych planet orbitujących i tranzytujących wokół odległych gwiazd. Jeśli to robi, może obserwować Słońce i tranzytującą na tle jego tarczy Ziemię. Uda mu się to, jeśli obserwuje Słońce z określonego obszaru nieba. Należy więc zakreślić ten obszar i tam szukać.

Oczywiście Rene Heller z Niemiec i Ralph Pudritz z Kanady, autorzy pomysłu, nie mają pojęcia, jakimi technikami obserwacyjnymi dysponują ewentualni obcy. Jeśli w ogóle istnieją... Techniki te mogą się istotnie różnić od naszych, jednak uczeni ci twierdzą – i słusznie – że korzystają oni, owi obcy, z tych samych praw fizyki, co my. Stosunkowo prosta metoda wykrywania trazytujących planet z pewnością jest dla nich dostępna, jeśli już są oczywiście na takim poziomie rozwoju, że dokonują dalekich i dość dokładnych obserwacji nieba.

Jeśli tak, może być przez nich wykorzystana. Mogą nas widzieć, to znaczy Ziemię orbitującą w strefie ekologicznej wokół odpowiedniej gwiazdy, jaką jest nasze Słońce. Jeśli tak już się stało, mogą zechcieć nadać w stronę Ziemi jakiś sygnał lub komunikat. Jeśli wyślą komunikat, będziemy w stanie go odebrać, obserwując określony fragment nieba (tzw. zonę), z którego tranzyt Ziemi wokół Słońca jest najlepiej wykrywalny. Mówiąc wprost: należy patrzeć i szukać tam, skąd nas (Słońce-Ziemia) także najlepiej widać. Oto pomysł. Prosty, ale być może dobry.

Strefa tranzytu Ziemi (obręcz koloru żółtego) ukazuje obszar kosmosu, z którego Ziemię okrążającą Słońce wykryć najłatwiej.
Axel Quetz (MPIA)/ Alex Mellinger, Central Michigan University/mat. pr.

Strefa tranzytu Ziemi (obręcz koloru żółtego) ukazuje obszar kosmosu, z którego Ziemię okrążającą Słońce wykryć najłatwiej.

Następnym krokiem Hellera i Pudritza było wytyczenie na niebie strefy (zony), z której tranzyt Ziemi na tle Słońca, byłby najlepiej widoczny. Strefa ta jest wąska i rozciąga się zaledwie na pół promienia Słońca, licząc od powierzchni ekliptyki, czyli płaszczyzny zawierającej orbitę Ziemi i w przybliżeniu orbity pozostałych planet naszego Układu Słonecznego. Na tej strefie należy się skupić, wyczekując na jakiś dowód lub sygnał świadczący o istnieniu obcej cywilizacji.

Sygnał, jeśli kiedykolwiek nadejdzie, przyjdzie najpewniej stamtąd. Wspomniani badacze określili też, że odpowiednich do wykreowania życia gwiazd (czyli tzw. karłów) bliskich nam jest w owej zonie ponad osiemdziesiąt. Bliskich nam. Jeśli jednak obejmiemy ową zoną całą Mleczną Drogę, czyli naszą macierzystą Galaktykę, takich gwiazd będzie już około 100 tys. A wokół nich niezliczone bogactwo planet. Innymi słowy, ze 100 tys. odpowiednich (małych) gwiazd w Mlecznej Drodze - i ich układów - leżących w zonie można lepiej lub gorzej dostrzec, że nasze Słońce okrążają planety, w tym Ziemia, która jest w optymalnym oddaleniu od swojej macierzystej gwiazdy, a więc na niej życie jak najbardziej mogłoby się narodzić. I… rzeczywiście, narodziło się.

Od 2024 roku będziemy też w stanie wykrywać wiele obcych, niedużych, czyli skalistych planet orbitujących wokół odległych gwiazd. Umożliwi nam to misja Europejskiej Agencji Kosmicznej o nazwie PLATO. PLATO będzie wykorzystywał metodę tranzytową do poszukiwania głównie planet małych właśnie, czyli bardzo zbliżonych rozmiarami i masą do Ziemi. Na nich też trzeba szukać śladów życia.

Wtedy też dowiemy się, jak wiele jest takich planet w Mlecznej Drodze. Już dzisiaj wiadomo, że raczej jest ich dużo.

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną