Nauka

Zegarmistrz życia

Jak się szybko nie zestarzeć

Mirosław Gryń / Polityka
Nie czekajmy na starość, by zacząć się odmładzać.
Mirosław Gryń/Polityka
Mirosław Gryń/Polityka

Tekst został opublikowany w POLITYCE w grudniu 2016 roku.

Popularna Bridget Jones w swojej ostatniej filmowej odsłonie ciężko znosi 43. urodziny. „Czy nie ma jakiegoś limitu świeczek na urodzinowym torcie?” – z pretensją zerka na wręczany jej kawał ciasta, który płonie niczym wielkie ognisko. Ale są dobre wieści, Bridget! Naukowcy ustalili niedawno maksymalną naturalną długość życia na 115 lat, więc do górnego limitu pozostało ci jeszcze sporo.

Wyliczenia amerykańskich badaczy długowieczności wzbudziły jednak tu i ówdzie minorowe nastroje. Karmiono nas przez dekady opowieściami o sukcesach w nieustannym wydłużaniu życia, a teraz co – 115 lat jako nieodwołalny kres? To rozczarowujące, zwłaszcza że stale jest przywoływany rekord Francuzki Jeanne Calment, która doczekała 122 świeczek na jubileuszowym torcie, nie stroniąc ponoć od trunków i papierosów, a w setne urodziny zrobiła na rowerze honorową rundę wokół domu. Więc można?

Spójrz w przyszłość z bliska

Przypadek Calment, która zmarła w 1997 r., jest odosobniony i – jak twierdzą uczeni – trudno będzie komukolwiek powtórzyć jej wyczyn. – Wciąż nie wiadomo, czy zadecydowała o tym szczęśliwa konstelacja genów, czy raczej zbieg okoliczności – mówi prof. Piotr Stępień z Instytutu Genetyki i Biotechnologii Uniwersytetu Warszawskiego oraz Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN.

Nauka nie potrafi sprawić, abyśmy stali się nieśmiertelni. Starzenie to proces nieuchronny. Dosięga zarówno ludzi szczęśliwych, jak i notorycznych pechowców, biednych oraz bogatych, niezależnie od pochodzenia, wykształcenia i rasy. Ale nie jest tak, że wszyscy na emeryturę odchodzą w identycznej kondycji – jedni będą starzeć się szybciej, inni wolniej, każdy na swój sposób. W dużej mierze zależy to od zgromadzonego w organizmie kapitału, na co mamy wciąż spory wpływ od najmłodszych lat.

W związku ze Światowym Dniem Osteoporozy, choroby kojarzącej się z podeszłym wiekiem, w wielu przychodniach zawisły plakaty z hasłem: „Kochaj swoje kości – zabezpiecz własną przyszłość”. Można by to przesłanie zmodyfikować: „Zadbaj o siebie w młodości, by zabezpieczyć własną starość” – wszak zdrowa dieta w połączeniu z aktywnością fizyczną to nie tylko sposób na mocne, dobrze uwapnione kości, lecz wypróbowana recepta na długie życie. Problem w tym, że zbyt oczywista, gdy człowiek cieszy się dobrym zdrowiem w młodym lub średnim wieku!

Tymczasem nasze starzenie rozpoczyna się dużo wcześniej, niż wskazuje na to metryka. W niezauważalny sposób po przekroczeniu 25. roku życia pogarsza się słuch, w trzeciej dekadzie rzeszotnieją kości. Już około pięćdziesiątki następuje obniżenie siły mięśniowej, pojawiają się zaburzenia równowagi. Prof. Edward Wylęgała, kierownik Oddziału Klinicznego Okulistyki na Śląskim Uniwersytecie Medycznym, zapytany o początek starzenia się wzroku, jest jeszcze bardziej pryncypialny: – To się zaczyna drugiego dnia po urodzeniu! Inne zmysły? Tak samo! Nie inaczej jest ze skórą i narządami wewnętrznymi.

Zdaniem gerontologów, czyli badaczy starzenia, wydolność człowieka spada co 10 lat przeciętnie o 5 proc. Chodzi tu nie tylko o sprawność fizyczną, ale o funkcjonalność mózgu, układu krążenia, organów takich jak trzustka czy nerki. U wszystkich proces ten postępuje od mniej więcej 25. roku życia, ale różnica polega na tym, że zaczynamy go odczuwać w różnym wieku. I u każdego w innym czasie następuje moment krytyczny – kiedy osłabienie jakiejś funkcji (wzroku, słuchu, tężyzny fizycznej) przekłada się na codzienne życie: gdy trzeba założyć okulary do czytania, podgłośnić telewizor, odpocząć przy wchodzeniu po schodach.

Osoby w wieku 45 lat, które nawet nie noszą okularów, zaczynają mieć problemy z czytaniem z bliska i muszą odsuwać książkę lub gazetę, by wyraźniej widzieć litery – mówi prof. Wylęgała. To nie choroba, lecz naturalna konsekwencja zaburzeń akomodacji, zwana nie najszczęśliwiej starczowzrocznością. Bo który 45-latek uważa się za starca? Ale właśnie wtedy słabnie mięsień rzęskowy odpowiedzialny za zmianę kształtu soczewki w oku, traci ona swoją elastyczność i prowadzi to do stopniowego zaniku bliskiego widzenia. W tym samym czasie, zwłaszcza u kobiet pracujących przy komputerach, powszechnym problemem staje się wysychanie oczu. Nie minie 30 lat, a u 70 proc. osób trzeba będzie usuwać operacyjnie zaćmę, czyli zmętnienie soczewki.

Czy jest na to jakaś rada? Na pewno już od dzieciństwa warto chronić oczy okularami przeciwsłonecznymi koniecznie z filtrem UV (tanie atrapy bez takiego filtra powodują tylko rozszerzenie źrenicy, a w konsekwencji wpada do oka większa ilość szkodliwych promieni). Nie należy całymi dniami wpatrywać się w ekran komputera, nie robiąc sobie przerw (co dwie godziny powinniśmy zafundować oczom odpoczynek; wyjrzeć przez okno, by popatrzeć w dal, potem znowu na coś bliskiego – taki trening ćwiczy mięśnie akomodacji, które pozwalają widzieć ostro z różnych odległości). Zdaniem prof. Wylęgały, aby nie doświadczyć zbyt wczesnej starczowzroczności, warto skorygować wadę wzroku jak najszybciej po jej wykryciu: – Jeśli ktoś już za młodu powinien nosić okulary lub soczewki korygujące, a z jakiegoś powodu tego nie robi, szybciej dopadną go dolegliwości związane z bliskim widzeniem.

Uzdrawianie przez połykanie

W aptekach można kupić ok. 100 preparatów witaminowych dla „podreperowania wzroku”. Nie wszystkie są ściemą, ale tylko pojedyncze mają w składzie to, co naprawdę dla oczu ważne: kilka witamin i minerałów, luteinę krystaliczną, zeaksantynę, kwasy omega-3 lub resweratrol. W teorii (i reklamach suplementów) wszystko wygląda niezwykle obiecująco: witamina A wchodzi w skład rodopsyny – światłoczułego barwnika pręcików, co umożliwia widzenie w ciemności; witaminy C i E, a więc popularne antyoksydanty (przeciwdziałające wolnym rodnikom), zapobiegają destrukcji naczyń krwionośnych odżywiających siatkówkę i nerw wzrokowy; cynk, miedź i selen zmniejszają ryzyko wystąpienia starczego zwyrodnienia plamki lub przyczyniają się do spowolnienia tego groźnego dla utraty wzroku procesu. Podobne działanie ma luteina (wpływa na poprawę ostrości widzenia) oraz zeaksantyna (filtr ochronny przed promieniowaniem słonecznym), które są naturalnym składnikiem nabłonka barwnikowego plamki w siatkówce.

Nie neguję tych reklamowych informacji, ale praktyczną przydatność suplementów udowodnić niezwykle trudno – sprowadza na ziemię prof. Wylęgała. W rodzinach, gdzie choroby oczu mają ewidentne podłoże genetyczne, dokarmianie się takimi produktami może odgrywać większą rolę. Z ważnym zastrzeżeniem: muszą to być preparaty z certyfikatami jakości, które zagwarantują właściwe wchłanianie z przewodu pokarmowego. Więc jeśli luteina, sprawdźmy na ulotce, czy krystaliczna – jest ona bowiem lepiej przyswajalna niż jej estry (uniwersalne hasło z reklamy „im więcej, tym lepiej” wprowadza w błąd, jeśli producent nie precyzuje, o jaką luteinę chodzi). Jeśli kwasy omega-3 – niech będą odpowiednio oczyszczone.

Luteinę zawierają szpinak, fasola, brokuły, a zeaksantynę – kukurydza; za ważne źródło niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych z rodziny omega-3 uchodzą tłuste ryby morskie. Więc może odpowiednia dieta będzie lepszym i bardziej zrównoważonym sposobem, by dopieszczać wzrok? A przy drobnej modyfikacji składników także stawy, włosy, cerę? Na każdą bowiem część ciała znajdzie się dziś odpowiedni suplement. Tyle że nie dla wszystkich!

Z syntetycznymi antyoksydantami – a więc witaminami C, E i beta-karotenem – radzi nie przesadzać prof. Stępień, który niedawno na międzynarodowym kongresie biologów molekularnych wysłuchał badaczy potwierdzających ostrzeżenia w kontekście rozwoju chorób nowotworowych. Rak to również choroba nierozerwalnie związana ze starością – czy aby się przed nią chronić, powinniśmy uwierzyć w moc suplementów? Wręcz przeciwnie. – Uczeni z Karolinska Institute w Sztokholmie wykazali na myszach, że przyjmowanie antyoksydantów stymuluje progresję raka płuc i przerzuty – relacjonuje profesor. – To kolejny dowód na to, by nie przesadzać w walce z wolnymi rodnikami.

Wolne rodniki i przeciwutleniacze (zwane inaczej antyoksydantami) zrobiły w medycynie nie lada karierę, symbolizując walkę dobra ze złem. Polem bitwy są mitochondria – skomplikowane twory komórkowe w kształcie mikroskopijnej fasolki, które dostarczają organizmowi energię do prowadzenia funkcji życiowych. Związki pochodzące z żywności, czyli wszystko, co zjemy np. podczas świąt, są w nich przekształcane w energię, co wymaga tlenu i dlatego proces nazywa się utlenianiem. Jedną z jego konsekwencji jest powstanie cząsteczek zwanych wolnymi rodnikami, które są szkodliwe, gdyż niszczą błony komórkowe, ściany naczyń i DNA. Organizm neutralizuje je m.in. dzięki antyoksydantom, czyli wspomnianym witaminom, lecz okazuje się, że podawanie ich w dużych ilościach ma zły wpływ na ludzi, u których komórki nowotworowe zaczęły się już mnożyć. – Mamy tu klasyczny przykład zjawiska hormezy – tłumaczy prof. Stępień. – Coś jest korzystne w niewielkich dawkach, ale w dużych może zaszkodzić. Wolne rodniki w niewielkiej ilości są potrzebne. Dlatego duże dawki antyoksydantów nikomu zdrowia do lat nie dodadzą.

Kiedy ćwiczymy na siłowni – by walczyć z otyłością, zwiększać poziom dobrego cholesterolu HDL i chronić się przed osteoporozą – wytwarzanie wolnych rodników idzie pełną parą. Dzieje się tak pod wpływem wysiłku, intensywnego oddychania i metabolizmu mitochondriów. – Ale nie jest ich na tyle dużo, by mogły zaszkodzić – wyjawia prof. Stępień. – Wręcz przeciwnie, one stymulują procesy korzystne dla zdrowia. Nadużywanie antyoksydantów ten dobroczynny efekt niweluje.

Umysł ponad czasem

W zmaganiach o pogodną i udaną starość chodzi nie tylko o zachowanie krzepy. Funkcje poznawcze, np. pamięć, spostrzegawczość, koncentracja, także stopniowo słabną. I temu też warto zaradzić. – Jeśli ktoś przed osiągnięciem wieku emerytalnego czytał książki, rozwiązywał krzyżówki, mówiąc krótko – nie usypiał umysłu, wyrobił sobie na tyle dużą rezerwę w mózgu, że nawet gdy pojawią się w nim zmiany, silnie rozwinięta siatka połączeń neuronalnych sprawi, iż objawy demencji ujawnią się później – wyjaśnia dr Małgorzata Mossakowska z Międzynarodowego Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie.

Trening neuronów i trening mięśni mają ze sobą coś wspólnego: to biologiczna polisa na przyszłość. Coś jak trzeci filar emerytury. Im wcześniej zaczniesz ćwiczyć, tym lepiej – radzą gerontolodzy. Jedną z charakterystycznych cech starzenia jest tzw. sarkopenia, czyli utrata masy i siły mięśni szkieletowych, dzięki którym się poruszamy. Zaczyna się już w trzeciej dekadzie, a staje zauważalna w połowie czterdziestki.

W średnim wieku, czyli między 30. a 50. rokiem życia, utrata masy kostnej u mężczyzn i kobiet przebiega w podobnym tempie. Ale po menopauzie nasilenie tych zmian u kobiet mocno przyspiesza, co wraz z utratą siły mięśniowej wywołuje problemy z równowagą i chodem. Nie ma na to lepszej recepty niż dieta bogata w wapń oraz witaminę D od młodych lat (wapń przyswaja się jedynie w obecności tej witaminy), a także regularne ćwiczenia nawet po pięćdziesiątce – aby 20 lat później wchodzić po schodach bez trzymania się poręczy.

Nietolerancja wysiłku nie wynika jedynie z ubytków mięśni. Duszność jest efektem zmniejszonej pojemności płuc, które starzeją się tak jak cały organizm, choć rzadko wpadamy na pomysł, by je przed tym chronić. Kiedy warto więc zacząć dbać o swoje płuca? – Przed urodzeniem – żartuje prof. Paweł Śliwiński z Polskiego Towarzystwa Chorób Płuc. Bo dużo tu zależy od matki, która jeśli pali papierosy podczas ciąży lub żyje w bardzo zanieczyszczonym środowisku, przekazuje dziecku w okresie płodowym trucizny i ogranicza jego rozwój. – Niska waga urodzeniowa tych dzieci sprawia, że płuca rozwijające się do 7. roku życia mają mniejszą pojemność. Po dwudziestce będzie się ona kurczyć, więc jeśli zacznie się to z niższego pułapu, na przykład 5 litrów zamiast 7, w starszym wieku pojawią się szybciej problemy z dusznością.

U palaczy papierosów tempo obniżania sprężystości płuc nasila się niewspółmiernie do wieku. – Zaprzestanie palenia to jedna z najbardziej skutecznych interwencji we współczesnej medycynie – podkreśla prof. Adam Antczak z Kliniki Pneumonologii i Onkologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. – Płuca są wiotkie, ich zdrowy nabłonek jest jak czysty łan zboża. Pod wpływem pyłów i substancji szkodliwych staje się skołtuniały, pęcherzyki tracą elastyczność.

Rezygnacja z palenia papierosów znajduje się wciąż na szczycie zaleceń zdrowotnych. Grono osób tolerujących używki, którym nie skracają one życia z powodu raka, nadciśnienia czy udaru mózgu, jest bowiem naprawdę nieliczne.

Złudne eliksiry

Mimo to Oskar Wilde w znanej powieści „Portret Doriana Graya” radził: „Chcąc odzyskać młodość, trzeba tylko powtórzyć jej szaleństwa”. Jedni udadzą się w tym celu do sklepu monopolowego (przy czym medycyna wcale nie każe rezygnować z alkoholu pitego z umiarem). Inni pójdą do apteki po suplementy diety (wydane pieniądze mogą okazać się chybioną inwestycją). Jeszcze inni wybiorą poradniki, jak cofać zegar biologiczny.

Księgarski rynek jest zasypywany pozycjami, które można streścić tytułem jednej z nich: „Jak nie umrzeć przedwcześnie” (autorstwa dr. Michaela Greger’a i Gene Stone, amerykańskich popularyzatorów diet roślinnych). Ta niby najprostsza rada – odżywiaj się zdrowo! – rozkładana na czynniki pierwsze może doprowadzić do frustracji: skąd wziąć nalewkę z pochrzynu włochatego lub wąkrotę azjatycką? Ale im wymyślniejsza dieta podana w sosie pseudonaukowych teorii, tym większe wzbudza zainteresowanie. Generacja, która pierwsza zakosztowała dobrodziejstw pomniejszych odkryć w dziedzinie odmładzania – pigułek na porost włosów, długotrwałą erekcję i jędrne mięśnie – wyczekuje teraz eliksiru na opóźnienie starzenia. Czy to jednak wyraz wiary w postęp medycyny, czy może raczej objaw hedonizmu: sześć kapsułek sproszkowanego żeń-szenia dziennie, szczypta kozieradki – i sukces gwarantowany?

Tymczasem zbyt szybkiemu starzeniu się naszych organizmów sami możemy zacząć zapobiegać już w młodości. Być zegarmistrzami dla zegara naszego życia.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Miliard ludzi na świecie głoduje. Dlaczego? Bo jest okradanych przez nas – silniejszych i bogatszych

Rozmowa z Martínem Caparrósem, argentyńskim pisarzem, autorem zbioru reportaży „Głód”, o tym, dlaczego prawie miliard ludzi nie ma co jeść – mimo że żywności mamy aż za dużo.

Paulina Wilk
29.03.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną