Jak naprawiać naukę

Naukowcy umieją zarabiać
O wydatkach na naukę i szkolnictwo wyższe trzeba mówić tak jak o inwestycjach, a nie jak o swoistym 500+ dla środowiska akademickiego.
Na miejscu zniszczonej przez trzęsienie ziemi dzielnicy Mission Bay powstał nowy kampus Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco, co uruchomiło lawinę inwestycji.
Smith Collection/Gado/Getty Images

Na miejscu zniszczonej przez trzęsienie ziemi dzielnicy Mission Bay powstał nowy kampus Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco, co uruchomiło lawinę inwestycji.

Gdyby absolwenci Uniwersytetu Stanforda (na zdjęciu), którzy posiadają własne firmy, założyli Republikę Stanford, jej PKB sięgnęłoby 2,7 bln dol.
Javed Karim/Wikipedia

Gdyby absolwenci Uniwersytetu Stanforda (na zdjęciu), którzy posiadają własne firmy, założyli Republikę Stanford, jej PKB sięgnęłoby 2,7 bln dol.

Od dwóch lat toczy się dyskusja o reformie polskiego szkolnictwa wyższego. Czy proponowane zmiany rozwiążą problemy i bolączki naszej nauki? Autorzy projektu reformy pełni są optymizmu, który najlepiej wyraża wypowiedź byłego wiceministra nauki prof. Łukasza Szumowskiego: „Celem reformy jest przede wszystkim stworzenie systemu, który jest przyjazny i bezpieczny dla studenta i badacza. Uczelnia ma zapewnić wolność badań i stabilność finansowania”. Skutkiem zmian ma być zadowolenie społeczności akademickiej, profesorów, młodych badaczy i studentów. Bardziej zadowoleni będą utalentowani studenci, doskonali badacze i wybitni dydaktycy, co nie oznacza, że jakiekolwiek ośrodki lub osoby na reformie ucierpią.

W ramach tej samej narracji pojawiają się także głosy krytyczne, wyrażające obawy, że reforma może jednak doprowadzić do upośledzenia jakiejś części akademickiej społeczności. Jesteśmy straszeni neoliberalizmem, wprowadzeniem do świata nauki rozwiązań rynkowych, ograniczeniem autonomii uczelni i upadkiem prestiżu utytułowanych uczonych. Prof. Włodzimierz Bernacki, poseł i zastępca przewodniczącego stałej podkomisji Sejmu do spraw nauki i szkolnictwa wyższego, pisze: „Obawiamy się, że rada uczelni prowadziłaby politykę nakierowaną na wymierne korzyści materialne związane z prowadzeniem działalności naukowej i dydaktycznej”.

W publicznej dyskusji nie widać innych interesariuszy oprócz „środowiska”. Owszem, pojawiają się studenci, na przykład po to, by szantażować zagrożeniem odejścia od „polityki zrównoważonego rozwoju”. Do tego miałoby na przykład prowadzić odebranie słabym ośrodkom uprawnień do nadawania stopnia doktora. Takie uprawnienia są, owszem, ważne dla już pracującej tam utytułowanej kadry, która musi kształcić doktorów, by wspinać się po formalnych stopniach kariery naukowej. W interesie rozwoju intelektualnego studenta i jego przygotowania do przyszłej pracy byłoby lepiej, gdyby jego nauczycielami byli doktorzy wykształceni w silnych ośrodkach.

Pojawiają się także bardzo nieśmiałe głosy, że nauka mogłaby wspierać rozwój gospodarki. Jednak mało kto w Polsce wierzy w możliwość pozytywnego wpływu uczelni na dobrobyt społeczeństwa. W powszechnym przekonaniu, jeśli gospodarka się rozwija, to wyłącznie dzięki wolnemu rynkowi (zdaniem liberałów) lub decyzji państwa (zdaniem etatystów). Wierzę jednak, że finansowanie uczelni może przynosić zyski. Nie jestem ekonomistą i nie potrafię zbudować spójnej systemowej argumentacji uzasadniającej tę tezę. Potrafię jednak podać kilka przykładów, które ją popierają.

Po trzęsieniu ziemi

W październiku 1989 r. potężne trzęsienie ziemi zniszczyło okolice San Francisco, zabijając 67 osób i powodując ogromne straty. Większość zniszczeń szybko odbudowano, jednak przez wiele lat nie było wiadomo, co zrobić ze 120-hektarową pozostałością po zniszczonych obiektach przemysłowych na terenie dzielnicy Mission Bay. Odbudowa infrastruktury dla przestarzałego przemysłu nie miała sensu, nie było też chętnych na kupno zniszczonych terenów o niskiej wartości ani pieniędzy na planowaną przez władze miasta budowę tanich mieszkań. Agencja Catellus Development, która została właścicielem gruzowiska, nie miała żadnego pomysłu na jego zagospodarowanie.

Wszystko zmieniło się w 1998 r., gdy Willie Brown, nowy burmistrz San Francisco, namówił władze Catellusa do bezpłatnego przekazania 17 ha bezwartościowych nieużytków na zbudowanie nowego kampusu Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco (UCSF). UCSF jest jedną z najlepszych szkół medycznych na świecie, a tworzone tam technologie przynosiły ogromne zyski korporacjom produkującym leki i sprzęt medyczny.

Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Na budowę nowego kampusu popłynęły ogromne środki od firm biomedycznych. W samym tylko 1998 r. uczelnia dostała prawie 400 mln dol. darowizn. Kampus UCSF stał się magnesem przyciągającym inwestorów. Jego okolice zamieniły się w wielki plac budowy. Pierwsze wielkie laboratoria zbudował FibroGen, potem zjawił się Pfizer, Bayer i Nectar Therapeutics. Wartość gruzowiska gwałtownie rosła. Rozważano nawet plany zasypania części płytkiej w tym miejscu zatoki San Francisco w celu zdobycia terenów pod kolejne inwestycje. A to był dopiero początek. W jednym z korytarzy uniwersyteckiego budynku, powstałego za 100 mln dol. podarowanych przez Genentech, zbudowano inkubator QB3, w którym młodzi uczeni już od wielu lat tworzą nowe technologie. W ciągu ub.r. fundacja QB3 zdobyła 600 mln dol. dotacji, zarobiła ponad 160 mln i wspierała ponad 500 młodych firm i ponad 400 start-upów.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną