Co wykończyło dinozaury

Zgoda w sprawie dinozaurów
„Nawet gdyby meteoryt nie nadleciał, dinozaury i tak zostałyby zabite przez wulkany”.
MasPix/Alamy Stock Photo/BEW

„Nawet gdyby meteoryt nie nadleciał, dinozaury i tak zostałyby zabite przez wulkany”.

Meteoryt i wulkany. Jedno nieszczęście spowodowało drugie, jeszcze większe. Wulkany zabijały na raty, przez dziesiątki, a może nawet setki tysięcy lat.
Steveoc 86/Wikipedia

Meteoryt i wulkany. Jedno nieszczęście spowodowało drugie, jeszcze większe. Wulkany zabijały na raty, przez dziesiątki, a może nawet setki tysięcy lat.

Kilkusetletnie erupcje

„Nawet gdyby meteoryt nie nadleciał, dinozaury i tak zostałyby zabite przez wulkany” – mówił kilka lat temu entuzjasta tej teorii, geolog Vincent Courtillot z Uniwersytetu Paryskiego. Występował wówczas na konferencji naukowej, podczas której podzielił się wynikami badań paleomagnetycznych, z których wynikało, że bazalty Dekanu powstały za sprawą wielu megaerupcji powtarzających się co jakiś czas przez około pół miliona lat. „Pojedyncze megaerupcje trwały od kilkudziesięciu do kilkuset lat. Opary siarki i innych wulkanicznych gazów rozchodziły się po całym globie. Zaburzały klimat, zmieniały skład chemiczny atmosfery i oceanów, doprowadzając do zagłady około połowy gatunków żyjących wówczas na Ziemi” – mówił Courtillot. Podobnie uważa Gerta Keller, paleontolog z Uniwersytetu Princeton, najbardziej znana oponentka Alvareza. Jej zdaniem wymieranie nastąpiło dopiero około 300 tys. lat po uderzeniu meteorytu, za to jest ściśle skorelowane z najbardziej intensywną fazą erupcji wulkanicznych w Indiach.

Trzeba przyznać, że hipoteza uderzenia meteorytu – jednego nokautującego ciosu zadanego ziemskiemu życiu – wygląda wyjątkowo atrakcyjnie. Jednak nie należy lekceważyć potencjału wulkanów. Dowodzą tego badania nad innym masowym wymieraniem – tym, które przed 252 mln lat zakończyło erę paleozoiczną. To była największa znana nam apokalipsa w dziejach globu. Cało wyszło z niej tylko 10 proc. gatunków. Za tę rzeź odpowiadały, wedle najnowszych badań, właśnie wulkany, tym razem aktywne na Syberii. Za sprawą gazów wulkanicznych temperatury na Ziemi znacznie wzrosły, z mórz zaczął znikać tlen, a produktywność ziemskiego ekosystemu dramatycznie spadła.

Badacze, tacy jak Paul Wignall z uniwersytetu w Leeds czy Michael Benton z Uniwersytetu w Bristolu, dowodzą, że wtłaczanie zabójczych gazów do atmosfery odbywało się nie stale, ale od czasu do czasu, kiedy wulkanizm się nasilał. Pojedyncza erupcja, nawet największa, zostałaby zaabsorbowana przez planetę. Jednak powtarzające się wielokrotnie wylewy i wyziewy okazały się zbyt trudne do udźwignięcia przez ziemskie ekosystemy. Mniej więcej to samo mówią Courtillot i Keller o katastrofie z końca kredy: jeden cios nie doprowadziłby do zagłady. Potrzeba było wielu zadawanych jeden po drugim przez dłuższy czas.

Kto więc ma rację – czy za wymarcie dinozaurów odpowiada meteoryt, czy też wulkany? W świetle najnowszych badań opublikowanych w lutym tego roku, których autorami są Leif Karlstrom, profesor geologii z Uniwersytetu Oregonu w Eugene (USA), i jego doktorant Joseph Byrnes, tak sformułowane pytanie może niedługo stracić na aktualności. Zakłada ono bowiem, że trzeba dokonać wyboru pomiędzy dwiema wykluczającymi się koncepcjami. Tymczasem z nowych danych wyłania się nowy scenariusz, w którym oba kataklizmy są traktowane łącznie.

Seria nieoczekiwanych zdarzeń

W artykule opublikowanym w „Science Advances” Karlstrom i Byrnes piszą, że uderzenie meteorytu miało dla Ziemi jeszcze jedną poważną konsekwencję. Impakt wzbudził silne fale sejsmiczne, a te obiegły cały glob, inicjując potężne wylewy magmy wypychanej z płaszcza ziemskiego. Lawa wylewała się z dna oceanów, ze znajdujących się tam głębokich szczelin towarzyszących podwodnym grzbietom wulkanicznym. Te nagromadzenia magmy sprzed 66 mln lat wciąż się znajdują na dnie – satelity okołoziemskie wytropiły je jako niewielkie anomalie grawitacyjne. Badacze ocenili, że z wnętrza globu mogło się wylać nawet milion kilometrów sześciennych magmy, co stawia tę podwodną erupcję na równi z trapami Dekanu.

Karlstrom i Byrnes oceniają, że wydarzenia, których finałem było zniknięcie dinozaurów, mogły trwać co najmniej kilkadziesiąt tysięcy lat. Zaproponowali oni następującą sekwencję zdarzeń. Najpierw otworzyły się szczeliny wulkaniczne w Indiach, a wydostająca się z nich lawa dała początek pierwszej serii bazaltów Dekanu. Te erupcje nie były jednak zbyt silne. W każdym razie ziemskiemu życiu jakoś szczególnie nie zaszkodziły. Minęło 200–300 tys. lat i wtedy pojawił się niespodziewany gość z Kosmosu, czyli meteoryt Chicxulub. Zaburzył ziemski klimat, wyrzucając do atmosfery miliardy drobnych cząstek pyłu wzbogaconego irydem. Jedno nieszczęście sprowokowało drugie, jeszcze większe: z tysięcy świeżo otwartych szczelin popłynęły gorące potoki lawy i strumienie gazów. Rozpoczęła się główna faza wulkanicznego czyśćca. Wulkany zabijały na raty, przez dziesiątki, a może setki tysięcy lat, tak jak podczas wymierania permskiego.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną