Jak dorastanie w sierocińcu zmienia dziecko

Długi cień
Sierociniec w Bukareszcie, ok. 1995 r.
Romano Cagnoni/Getty Images

Sierociniec w Bukareszcie, ok. 1995 r.

Sierociniec wyrządzał ogromne szkody w psychice i fizyczności. Umieszczenie dzieci w rodzinie zastępczej pozwalało to naprawić, ale nigdy do końca.
Peter Turnley/Getty Images

Sierociniec wyrządzał ogromne szkody w psychice i fizyczności. Umieszczenie dzieci w rodzinie zastępczej pozwalało to naprawić, ale nigdy do końca.

W 1989 r. Nicolae Ceauşescu został obalony i zabity. Rumuńska rewolucja przyciągnęła do tego kraju rzesze dziennikarzy mediów zachodnich. Przy okazji odkryli sieć państwowych sierocińców, w których przetrzymywano dziesiątki tysięcy niemowląt, starszych dzieci i nastolatków. „Obrazy zaniedbanych (…) i przerażonych dzieci, niektórych przywiązanych do metalowych łóżeczek, zszokowały świat” – piszą autorzy „Romania’s Abandoned Children”. Sami Rumuni, jak się okazało, nie zdawali sobie sprawy z koszmarnych warunków panujących w państwowych sierocińcach.

Nowy rząd zaczął wdrażać reformy, które miały poprawić byt wychowanków. Na pomoc ruszyły też międzynarodowe organizacje pozarządowe, a wiele rodzin z krajów Zachodu przyjeżdżało, by adoptować rumuńskie sieroty. Pewną szansę dostrzegli też psychologowie.

Kapelusz pełen losu

Badania z ostatnich kilkudziesięciu lat coraz mocniej potwierdzały tezę, że dziecko do zdrowego rozwoju potrzebuje bliskiej więzi ze swym opiekunem. A nie jest w stanie tego otrzymać w dużej instytucji, gdzie dziesiątki, a czasem setki dzieci znajdują się pod opieką nielicznej, niewykwalifikowanej kadry. Tylko że wszelkie porównania dzieci adoptowanych i tych, które pozostały w sierocińcu, rozbijały się o jeden, zawsze ten sam zarzut. Bo przecież pary, które szukają dzieci do adopcji, w większości wybierają te ładniejsze, sympatyczniejsze, inteligentniejsze. Może więc i ich sprawniejszy rozwój nie wynikał z zalet rodzinnej opieki, lecz po prostu z genów. Te zaś dzieci, które pozostawały w sierocińcach, rozwijały się gorzej nie dlatego, że brak im było więzi i opieki, ale z powodu genetycznie uwarunkowanych trudności.

Ten problem mogło rozwiązać wyłącznie badanie, które by przydzielało dzieci do adopcji na chybił trafił. Ze względów etycznych nikt jednak nie mógł takiego eksperymentu przeprowadzić.

I właśnie postkomunistyczna Rumunia pozwoliła na przezwyciężenie tej przeszkody etycznej. Liczba dzieci w sierocińcach była tam tak ogromna, że zdecydowana większość i tak nie miała szans na adopcję. Psychologowie zdobyli więc pieniądze na przeszkolenie, opłacenie i przygotowanie kilkudziesięciu rodzin zastępczych w Bukareszcie. Jedyny warunek, jaki im postawili, brzmiał: o tym, który z wychowanków do nich trafi, zadecyduje los. Na zarzuty, że to nieuczciwe wobec dzieci i wbrew etyce, psychologowie odpowiadali: „gdyby nie nasze badanie, wszystkie dzieci pozostałyby w instytucjach”.

Program, nazwany Bucharest Early Intervention Project (BEIP – Bukareszteński Projekt Wczesnej Interwencji), ruszył w 1999 r., do decydującej fazy przeszedł w 2001 r. Jego głównymi badaczami zostali trzej wspomniani amerykańscy naukowcy. Kierowany przez nich zespół wybrał w bukareszteńskich sierocińcach 136 dzieci w wieku od 6 do 31 miesięcy. Przydzielono im numerki, które zapisano na karteczkach (rodzeństwa umieszczano na jednej, żeby nie zostały rozdzielone). Karteczki wrzucono do kapelusza i odbyło się losowanie. W ten sposób 68 sierot trafiło do rodzin zastępczych, a 68 pozostało w domach dziecka.

Przez kolejne lata zespół specjalistów badał je na wszelkie dostępne sposoby. Porównywał też z 72 bukareszteńskimi dziećmi w takim samym wieku, które od urodzenia wychowywały się w domach rodzinnych.

Fatum sierocińca

Wyniki opisano w wielu prestiżowych publikacjach naukowych, a autorzy „Romania’s Abandoned Children” podsumowali osiem pierwszych lat eksperymentu. Generalnie każdy wskaźnik, jaki psycholodzy brali pod uwagę, wykazywał niemal identyczny efekt: instytucjonalizacja dzieci wyrządzała ogromne szkody ich psychice i fizyczności. Umieszczenie w rodzinie zastępczej pozwalało je naprawić, ale nigdy do końca. „Cień sierocińca” był jednak tym mniejszy, im wcześniej zabrano stamtąd dziecko.

Pierwotnie IQ dzieci z rodzin wynosiło średnio 103, dzieci z sierocińców – 66. Grupa, która trafiła do rodzin zastępczych, szybko nadrabiała różnicę – iloraz inteligencji najmłodszych już po paru latach był nieodróżnialny od typowego. Starsze go poprawiły, ale nie dorównały średniej. IQ tych, które pozostały w sierocińcach, wraz z wiekiem zaczęło zaś wręcz spadać.

Wychowanie w sierocińcu miało też wpływ na rozwój językowy. Sprawdzano to, gdy dzieci skończyły 30 miesięcy, a później 42 miesiące i 8 lat. Dzieci pozostające pod opieką instytucjonalną wykazywały się słabszą znajomością gramatyki i słownictwa. Te zaś, które przeniesiono do rodzin zastępczych w wieku młodszym niż 15 miesięcy, językowo stawały się nieodróżnialne od dzieci z rodzin. Jeśli zaś w momencie zabrania z instytucji były starsze niż 15 miesięcy, to choć zaczynały mówić lepiej, nigdy nie osiągały poziomu rówieśników. Ale i tak używały dłuższych, bardziej złożonych zdań i rozpoznawały więcej słów niż dzieci, którym los przydzielił pozostanie w sierocińcu.

Czytaj także

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną