Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Nauka

Fotograf zwierząt, którym grozi wyginięcie: Weźmy się do roboty!

Białe lemury Białe lemury Photo Ark
Żaby, owady, glisty, myszy, szczury, mrówki… To wszystko drobne siły, bez których planeta nie byłaby w stanie funkcjonować – opowiada Joel Sartore, światowej sławy fotograf, portrecista zwierząt.

Niektórzy nazywają go „współczesnym Noem”. Na swoich zdjęciach Joel Sartore, nagradzany fotograf i członek Towarzystwa National Geographic, uwiecznia gatunki zagrożone wyginięciem. Artysta nie dyskryminuje – interesują go zwierzęta małe i duże, rogate i czubate, znane i zapomniane. Dzięki zdjęciom chce uchronić je przed zapomnieniem i zwrócić uwagę świata na problem ochrony środowiska. Projektowi towarzyszy rozbudowany program ochrony gatunkowej, który jest realizowany z pomocą osób i organizacji z całego świata.

Przez ponad 15 lat udało mu się odwiedzić niezliczone zoo i sanktuaria na wszystkich kontynentach, gdzie fotografował nierzadko ostatnich przedstawicieli danego gatunku. Dziś „Projekt Photo Ark” to studyjne portrety niemal 10 tys. osobników. Czułe, zabawne i wzruszające fotografie Amerykanina można nabyć w formie albumu, obejrzeć na stronie albo wystawach – takich jak ta, która kilka lat temu odbyła się na PGE Narodowym w Warszawie. Sartore nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystał okazji. Zaraz po wernisażu udał się do wrocławskiego zoo, gdzie sfotografował m.in. bawolca rudego (Alcelaphus caama), takina złotego (Budorcas bedfordi), koziorożca syberyjskiego (Capra sibirica) i sambara kropkowanego (Rusa alfredi).

Poświęcony projektowi „Photo Ark” film będzie można obejrzeć na National Geographic w Dzień Ziemi 22 kwietnia o godz. 20.

ANNA TATARSKA: – Kiedy po raz pierwszy spojrzał pan zwierzęciu w oczy i pomyślał, że w tym spojrzeniu jest osobowość, inteligencja… dusza?
JOEL SARTORE: – Pochodzę z Oklahomy w stanie Nebraska. Moi rodzice kochali zwierzęta, przygarniali rozmaite znajdy. Dorastałem więc w domu pełnym zwierząt, pośród ptaków, żółwi, węży czy świń. Pewnie dlatego to, że zwierzęta są czującymi istotami, że wiele nas łączy, było dla mnie jasne od najmłodszych lat. Pierwszym zwierzęciem, z którym nawiązałem naprawdę bliską przyjaźń, był nasz rodzinny pies, miks cocker spaniela Brownie. Równie mądry co ja, doskonale wiedział, kiedy jest pora obiadowa i kiedy jestem na niego zły. Miał poczucie humoru i uwielbiał się bawić. Często mówi się z pogardą, że człowiek „przecież nie jest zwierzęciem”. Błąd. Jest nim w stu procentach. I choć zdaje się o tym zapominać, to tak samo jak inne zwierzęta potrzebuje czystego powietrza, czystej wody i pożywienia, by przetrwać.

Mam wrażenie, że idea równości między człowiekiem a zwierzęciem jest kluczowa w pana wieloletnim projekcie „Photo Ark”. Zaś sposób, w jaki fotografuje pan swoich bohaterów – zawsze na czarnym tle, w podobnej skali – stawia znak równości także między zwierzętami. Pokazuje, że wszystkie są tak samo ważne.
Bardzo słuszna uwaga. Bohaterów pokazujemy w kompozycji, która przypomina, można powiedzieć, ołtarzyk. Za pomysłem, by fotografować zwierzęta na czarnym tle, stała dokładnie chęć pokazania, że są równe, każde z nich ma na tym świecie swoje miejsce.

„Photo Ark” to projekt napędzany nadzieją, ale rozpoczął go pan w bardzo trudnym momencie życia. Jak przemienił pan ten mrok w światło?
Wcześniej przez wiele lat fotografowałem dziką przyrodę w najbardziej ekstremalnych warunkach. Przez wiele dni w roku byłem w trasie, a w mojej pracy pojawiał się element niebezpieczeństwa. Projekt rozpoczął się, bo chciałem pracować blisko domu. Miałem 42 lata, byłem zmęczony tułaczką. Ale kocham naturę, więc byłem w klinczu. „Photo Ark” wymyśliłem, gdy u mojej żony zdiagnozowano raka. Gdyby Kathy nie wyzdrowiała, nie mógłby istnieć w takiej formie, bo zamiast robić zdjęcia w sanktuariach, zajmowałbym się na pełen etat dwójką malutkich dzieci. Ale na szczęście naświetlania zadziałały i już od 15 lat żona jest zdrowa, a ja dalej fotografuję zagrożone gatunki w zamknięciu. W naturalny sposób poruszają nas fotografie zwierząt w naturalnym środowisku – lwów czy żyraf na sawannie, pingwinów pluskających się w wodzie. Piękno i majestat natury obezwładniają, pozwalają trafić do serca widza. Ja za cel postawiłem sobie pokazanie pełnego przekroju fauny. Żaby, owady, glisty, myszy, szczury, mrówki… Drobne siły, bez których planeta nie byłaby w stanie funkcjonować. Bardzo szybko poczułem, że w ten sposób mogę być ich głosem, zwrócić na nie – często zapomniane lub niedoceniane – uwagę świata. Z czegoś tymczasowego rozwinął się projekt życia i misja. Równie ważną jej częścią stał się aspekt ekologiczny, podkreślanie, że bez zdrowej planety bohaterowie moich zdjęć znikną na zawsze.

Photo ArkKameleon - zagrożone gatunki

Ratowanie świata kamerą

Media bywają kapryśne, czytelnicy się nudzą, trendy mijają. Idealizm słabo się klika. Jaka jest pana recepta na przetrwanie?
Początkowo dzieliłem uwagę między „Arkę” i inne zlecenia, ale z czasem udało mi się skupić wyłącznie na tym. Nie ukrywam, że projekt nie miałby szans rozwijać się tak długo bez mecenasa. Moim sekretem jest dobra relacja z „National Geographic”, którą budowałem przez lata, pracując przy rozmaitych projektach z zakresu ochrony środowiska. National Geographic Society to dziś jedno z niewielu miejsc, w których wciąż znaczenie ma idea, wartość projektu, a nie tylko kliki. Najważniejszy jest dobrostan ziemi, więc każda wartościowa inicjatywa, która ma szansę trafić do ludzi, jest cenna i chroniona. Zawsze zachęcam młodych, aspirujących fotografów, z którymi się stykam, żeby starali się o mecenat i granty od podobnych organizacji. W dzisiejszych czasach to być może jedyny sposób, by z kamerą ratować świat, a nie spłacać kredyt.

Które spotkanie ze zwierzęciem najbardziej zapadło panu w pamięć?
Zawsze żartuję, że moim ulubieńcem będzie bohater następnego zdjęcia. Przed obiektywem miałem wyjątkowe egzemplarze, jak Nabire, jedna z ostatnich żyjących samic nosorożca północnego, którą sfotografowałem tydzień przed śmiercią w czeskim safari parku Dvur Kralove. Ale nie ma znaczenia, czy fotografuję wróbla, ślimaka czy tygrysa. Wszystkie zwierzęta są dla mnie równie ważne i skomplikowane, bo przez całą wieczność ewoluowały, by być właśnie takimi, jakie są tu i teraz. Większość z nich ma unikalną osobowość, szczególnie ssaki i niektóre ptaki. Zasługują na życie i dobry los.

W tym momencie „Photo Ark” to już blisko 10 tys. zdjęć. Ile ze zwierząt, które pan uwiecznił, wyginęło?
Trudno to ustalić dokładnie, ale szacujemy, że ok. 10, może 12. Wiele ze zwierząt, które fotografowałem, to ostatni z przedstawicieli swojego gatunku. Wiele z nich jest długowiecznych, więc jeszcze z nami pobędą – ale kiedy odejdą, ich linia zniknie.

MiodojadPhoto ArkMiodojad

Dajmy żyć naturze

Nieodwołalnie.
No właśnie… Ludzie odsuwają od siebie świadomość, że wyginięcie to coś trwałego. Ostatecznego. Staramy się im o tym przypominać. Walki o zachowanie gatunków nie można odwiesić na kołek lub przystępować do niej tylko raz na jakiś czas, gdy nam wygodnie.

W pewnym sensie to, co pan robi, przypomina portretowanie ludzi na łożu śmierci.
Czasami, ale nie ująłbym tego aż tak drastycznie. Ktoś powiedziałby, że moje podejście jest typowo „amerykańskie”, ale staram się nie koncentrować na tym, co już straciliśmy – ten proces trwa, wiem o tym – a koncentruję się na tym, że robimy to po coś. Żeby ochronić te gatunki, które wciąż funkcjonują. Bo te pozytywne efekty też widzę. Zachowanie optymizmu ułatwia mi działanie. W swojej pracy spotykam wiele niezwykle inspirujących osób, które na co dzień dokonują małych cudów. Zebrane, te skromne gesty stają się wielką, niepowstrzymaną kulą dobra. Pomogło mi stworzenie ogrodu. Po tym, jak żona pokonała raka, obsadziliśmy okolice mojego biura w Nebrasce. Z czasem stał się królestwem dla zapylających owadów. Dziś to pełna pszczół i innych owadów roślinna gęstwina. Owadów jest tam tak dużo, że nie da się tego terenu wypielić! Trudno w to uwierzyć... Natura jest silna i wytrzymała. Jeśli tylko da się jej szansę, powróci w pełni sił. Musimy tylko dać jej odetchnąć, przestać tyle od niej żądać, tak naciskać. Musimy wybierać polityków i urzędników, którym jej dobro leży na sercu.

Borsucznik amerykańskiPhoto ArkBorsucznik amerykański

Ten oddech, jaki ma obecnie świat naturalny, to chyba jedna z niewielu jasnych stron kryzysu.
Zdecydowanie tak. Wszelkie statystyki wykazują niższe zanieczyszczenie. Mniej samochodów, samolotów… W wielu krajach działania bezpośrednio niszczące naturę, jak wycinka drzew czy wypalanie lasów, zostały wstrzymane. Żywię gorącą nadzieję, że ten trudny czas zamknięcia w czterech ścianach stanie się przyczynkiem do refleksji. Że ludzie będą mieli chwilę, by zastanowić się, co chcą w życiu osiągnąć i jak mogą uczynić otaczający ich świat lepszym miejscem. Może nakleją na szyby odstraszające ptaki naklejki, by te nie wlatywały w szyby i nie umierały. A może, kiedy pandemia zelżeje, zdecydują się na wolontariat w okolicznym schronisku. Na razie na pewno mogą coś posadzić. To nie slogan: ta prośrodowiskowa rewolucja naprawdę zaczyna się w ogródkach i na balkonach. Ruszajmy do roboty!

Podkast „Polityki”: Człowiek kontra natura. Skąd się wziął koronawirus?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Franciszek Pieczka, siła spokoju. „Trzeba mówić więcej dobrych słów”

Zmarł Franciszek Pieczka, jeden z najbardziej szanowanych polskich aktorów. W plebiscycie POLITYKI uznano go za jednego z najwybitniejszych powojennych artystów.

Janusz Wróblewski
27.09.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną