Rabat na prenumeratę cyfrową Polityki

kup taniej do 50%

Subskrybuj
Nauka

Droga wodna E-40. Jeszcze jeden szkodliwy i anachroniczny projekt PiS

Siostry Rzeki przed resortem infrastruktury. Światowy Dzień Sprzeciwu Wobec Tam, 15 marca 2021 r. Siostry Rzeki przed resortem infrastruktury. Światowy Dzień Sprzeciwu Wobec Tam, 15 marca 2021 r. Kuba Atys / Agencja Gazeta
To sztandarowy projekt PiS, zapowiadany na jednym wydechu razem z przekopem Mierzei Wiślanej i CPK. Z przyrodniczego punktu widzenia przedsięwzięcie jest skandaliczne, w dodatku wymaga układu z reżimem Łukaszenki.

Dobrze, że dziennik „Guardian” przypomina swojej globalnej publiczności o drodze wodnej E-40 i nowej tamie na Wiśle. Długa na ok. 2 tys. km trasa miałaby łączyć Bałtyk z Morzem Czarnym, a jej początkiem jest wyceniana na 4,5 mld zł zapora w Siarzewie pod Ciechocinkiem.

Tama z drogą wodną. Sztandarowy projekt PiS

To sztandarowy projekt PiS, zapowiadany od lat na jednym wydechu razem z przekopem Mierzei Wiślanej i Centralnym Portem Komunikacyjnym. „Guardian” zwraca uwagę, że tama jest o krok bliżej do powstania, bo Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie uchylił decyzję ministra środowiska Michała Kurtyki, który nie zgadzał się z tzw. decyzją środowiskową, dopuszczającą budowę mimo ogromnych strat przyrodniczych, tu nieuniknionych. Dodajmy, że po ostatniej rekonstrukcji ministra w rządzie już nie ma. Zastąpiła go Anna Moskwa, zwolenniczka stawiania dużych stopni wodnych.

Z przyrodniczego punktu widzenia przedsięwzięcie jest skandaliczne. Cała E-40 od strony politycznej wymaga układu z reżimem Alaksandra Łukaszenki. To także gospodarczy absurd i komunikacyjny anachronizm. Z tych powodów należy zakładać, że rząd PiS będzie starał się projekt realizować.

Promotorzy tamy w Siarzewie – wśród nich liczni politycy PiS, samorządowcy z okolic Ciechocinka i eksperci wierzący w dobroczynny skutek betonowania rzek – przekonują, że konstrukcja uchroni dolinę Wisły przed powodzią, uratuje starzejącą się i zapadającą zaporę we Włocławku, przy okazji wyprodukuje prąd, zapewni rozwój turystyki i sportów wodnych, zmagazynuje wodę na czas suszy i pozwoli uruchomić żeglugę. Oczywiście wszystko to jest zgodne z krajowymi i europejskimi przepisami o ochronie środowiska, ba, pomoże nawet jeszcze lepiej chronić Wisłę, zapuszczoną i zapomnianą. I da impuls do wytyczenia E-40, która zrewolucjonizuje transport w naszej części Europy.

Czytaj też: Rząd chce zmieniać nasze rzeki w kanały żeglowne

E-40. Zarobią ci, którzy ją zbudują

Te zapewnienia są nic niewarte – mówią krytycy projektu i przedstawiają sporą pulę rzeczowych i mających naukowe uzasadnienie argumentów. Siarzewo to projekt z ery, gdy wierzono, że lepsze są rzeki uregulowane. O ujarzmieniu Wisły myślano w XIX w., a tzw. kaskady dolnej Wisły chciał Edward Gierek. PiS – pod wieloma względami starający się budować II PRL – odkurza niezrealizowane plany tamtej epoki.

Orędownicy tamy i w ogóle E-40 posługują się dwoma podstawowymi mitami. Po pierwsze, porównują Wisłę i Prypeć do rzek Europy Zachodniej, choć tamte płyną w innym, bardziej wilgotnym klimacie i niosą znacznie więcej wody. Mit drugi to widmowa ekologizacja transportu, wymagana w Unii Europejskiej. Tymczasem w polskich i białoruskich warunkach transport nowo regulowanymi rzekami będzie najbardziej destruktywną formą wożenia towarów, doprowadzi do zniszczenia najcenniejszych systemów rzecznych, i to przy absurdalnie wysokich kosztach. Także zyski z ograniczenia emisji dwutlenku węgla po przeniesieniu ładunków z tirów na wodę byłyby śladowe.

Zwolennicy E-40 nie potrafią przedstawić sensownych finansowych wyliczeń, dysponują tylko życzeniowymi fantazjami. Nie potrafią powiedzieć, skąd wziąć wodę do napełnienia nowych kanałów kopanych przez Mazowsze i Podlasie – przecież w naszej części Europy brakuje opadów – by połączyć Wisłę i Bug. E-40 przynosiłaby straty, bo taniej i z mniejszym śladem emisyjnym jest wozić towary koleją, zresztą nie ma za bardzo czego E-40 transportować. Zatem na E-40 zarobią tylko ci, którzy ją zbudują.

Czytaj też: Chińskie eksperymenty z rzekami grożą katastrofą

Gmeranie przy Prypeci

Osobny rozdział to Białoruś, chwilowo politycznie zaryglowana. Jeszcze przed obecnym kryzysem na tle ukradzionych przez Łukaszenkę wyborów nie brakowało biologów, przedsiębiorców i ekonomistów, także zatrudnionych w państwowych instytucjach, którzy publicznie i pod nazwiskiem miażdżyli projekt. Kampania „Stop E-40!” była jedną z najżwawszych akcji prowadzonych przez nieliczne białoruskie organizacje pozarządowe.

Prypeć – nią E-40 miałaby iść przez Białoruś – to rzeka podobna do Wisły, nizinna, meandrująca, niesie niewiele wody. W Polsce wiślaną kaskadę przed kilkoma laty szacowano na co najmniej 9 mld euro (wiadomo, że takie projekty kosztują dużo więcej, niż zakłada wstępny kosztorys). Odcinek E-40 przypadający na podobnie wyglądającą Prypeć jest dwukrotnie dłuższy. Do tego sens gmerania przy Prypeci spada, planowana jest bowiem szeroka elektryfikacja dróg kolejowych, by m.in. wykorzystać nadwyżkę energii produkowanej przez nową elektrownię jądrową w Ostrowcu.

Wzdłuż Prypeci i w jej bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się ponad 20 obszarów chronionych, głównie podmokłych, unikalnych w skali kontynentu, ale w Europie Zachodniej, w tym w Polsce, znanych przeważnie specjalistom. Szereg z nich, na czele z Bagnami Olmańskimi (to blisko 100 tys. ha torfowisk), zasługuje, by wpisać je na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Na przykład pod słynnym Turowem, dziś sennym miasteczkiem, ale kiedyś stolicą księstwa, leżą łąki będące jednym z najważniejszych przestanków dla ptaków wędrujących między europejską tundrą a południem Afryki i Azji. Wiosną i jesienią leci tędy po 1,5 mln ptaków, tłoczą się na małym metrażu, bo nie mają alternatywy, podobnych miejsc na odpoczynek już po prostu nie ma. Niektórzy z migrantów w drodze spod bieguna na równik robią bardzo mało postojów. Pewien złapany pod miasteczkiem i wyposażony w nadajnik dublet, bagienny ptak z długim dziobem, ważący tyle co dwie tabliczki czekolady, przeleciał 6 tys. km spod Turowa do Konga w dwie doby, bez przerwy.

Z rzeką związana jest jedna czwarta światowej populacji wodniczki, najrzadszego ptaka śpiewającego Europy, i znaczna część światowej populacji też bardzo rzadkiego orlika grubodziobego. Wszystko to poważnie ucierpi lub wręcz zniknie kosztem stworzenia żeglownego toru wodnego, gdy zakończą się wiosenne powodzie, rzeka zostanie wyprostowana, a jej poziom będzie sztucznie podwyższony.

Czytaj też: Mamy wiek wody. Co to oznacza?

Świat dziś woli dzikie rzeki

Problemów z E-40 nie zabraknie na Ukrainie. Tamtejsi ekolodzy ostrzegają przed osadami na dnie Prypeci, przepływającej przez rozległy Poleski Państwowy Rezerwat Radiacyjno-Ekologiczny, teren chroniony też na terytorium Białorusi. To obszar niemal bezludny, miejsce najbardziej dotknięte skażeniem po awarii w Czarnobylu. Pojawia się zagrożenie, że to, co od lat spokojnie zalega na dnie (wiadomo, że jest poważnie skażone), może ruszyć pogłębianą Prypecią w dół do Dniepru. Rzeki kluczowej dla przetrwania Ukrainy, zaopatrującej w wodę dwie trzecie obywateli, tysiące fabryk, nawadniającej pola i chłodzącej cztery elektrownie atomowe. Sam Dniepr też jest płytki, miejscami wystają tu skaliste progi – wody jest mniej niż w czasach radzieckich, obecnie intensywnie pływa się tylko w dole rzeki.

Dziś trend jest odwrotny, m.in. na zachodzie Europy połapano się, że rzeka uregulowana, o ile nie służy bardzo intensywnej żegludze, to nie żadne rozwiązanie, a bardziej źródło nowych problemów – w Polsce przerabiamy to z rozpadającą się tamą we Włocławku. Zachód Europy z zazdrością spogląda na Wisłę i Prypeć, ich meandry i łachy, których dewastacji nie udało się dokończyć. Dziś postęp oznacza zachowanie takiego środowiska, a nie zalanie go wodami spiętrzonego jeziora czy wzięcie w karby betonowej rynny. Które też będą generowały kłopoty.

Nikt nie ma przecież ani odwagi, ani koncepcji, by oczyścić dno Zbiornika Włocławskiego, gdzie od dekad opadają toksyczne zanieczyszczenia niesione przez mocno zabrudzoną rzekę. W świecie kto może, przywraca dzikość rzek, robi im miejsce, by miały się gdzie wylać, skoro bagienna dolina rzeczna gromadzi za darmo tyle wody co zbiornik za ciężkie miliardy – z tamą, którą trzeba konserwować, i wałami, których trzeba pilnować.

Czytaj też: Ile wytrzyma przyroda

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Mleko się rozlało? Tajemnice morderstwa w Białymstoku

Za kratami w Hajnówce od kilkunastu lat siedzi Jan Ptaszyński z Michnówki na Podlasiu. Są powody, by przypuszczać, że w jego sprawie nie wszystko jest jasne.

Arkadiusz Panasiuk
27.11.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną