I odpuść nam nasze miliardy
Jak bogowie pośród ludzi. Po co są bogacze? Gdzieś wyparowała wola zmuszania ich do pomocy
TOMASZ TARGAŃSKI: Zanim przeczytałem pana książkę, do głowy by mi nie przyszło, że bogacze mogą faktycznie być do czegoś potrzebni. Oni po prostu są. Skąd więc to pytanie?
GUIDO ALFANI: To konieczne, ponieważ sami najbogatsi bardzo starają się prezentować jako jednostki użyteczne dla ogółu. Najczęściej słyszymy argument, że tworzą miejsca pracy. Ich przedsiębiorczość napędza gospodarkę, co przynosi korzyści wszystkim. Dziś przyjmujemy to niemal za oczywistość. Jednak z perspektywy historycznej sprawa wygląda inaczej. Przez wieki bogaci musieli bardzo się starać, by udowodnić swoją przydatność. Sama ich obecność dla reszty społeczeństwa nie była uznawana za coś naturalnego czy danego.
W tytule nawiązuje pan do Arystotelesa, który twierdził, że człowiek dysponujący nadmiernymi zasobami zachowuje się jak „bóg między ludźmi”.
Arystoteles ostrzegał, że w demokratycznej wspólnocie osoby posiadające rażącą przewagę – czy to w cnocie, czy w zasobach materialnych – nie będą skłonne przestrzegać wspólnych wartości. Jego zdaniem takich ludzi nie sposób kontrolować za pomocą miękkich narzędzi, takich jak zawstydzenie czy strach. A fakt, że nie czują się zobowiązani stosować do zasad, czyni ich niebezpiecznymi dla wspólnoty. Arystoteles dotknął tu problemu, który okazał się ponadczasowy i wciąż nam towarzyszy. Grecki filozof martwił się o stabilność demokracji w obliczu rosnących nierówności. To, co pisze w swoich książkach Thomas Piketty, jest więc w prostej linii kontynuacją obaw Arystotelesa. Zmieniło się tylko jedno – przez setki lat bogaci wypracowali skuteczne mechanizmy „betonowania” zdobytych wpływów i moralnego uzasadniania swojego statusu.
Czytaj też: