Kościół i medycyna
Czy wywiedzione z religii nakazy moralne mogą powstrzymać rozwój badań medycznych? Gdyby tak było, nie mielibyśmy dziś dostępu do szczepień, transplantacji, antykoncepcji, sztucznego zapłodnienia, badań prenatalnych i wielu skutecznych terapii. Choć odwieczny spór między Kościołem a nauką co jakiś czas znów wybucha, zwykle wygrywa medycyna. Lub hipokryzja.

Młyny kościelne mielą powoli, ale mielą. Zajęło to Kościołowi sporo czasu, lecz wyciągnął wnioski ze sprawy Galileusza. Ów sojusznik Kopernika głosił, że nie może być sprzeczności między naukami przyrodniczymi a biblijnym Objawieniem, a niepodważalny autorytet Pisma Świętego odnosi się do spraw zbawienia i nie ma co konfrontować Biblii z wynikami prac uczonych. Takie podejście nie spodobało się ówczesnym katolickim fundamentalistom i kościelnej inkwizycji. W 1616 r. wydaje ona orzeczenie, że teza, iż Słońce jest w centrum Wszechświata, a Ziemia się wokół niego obraca, jest sprzeczna z Biblią.

Galileusz był człowiekiem religijnym, uległ kościelnej presji i wyrzekł się w 1633 r. kopernikanizmu. Sam Kopernik został zdjęty z indeksu dopiero w 1757 r., a Galileusza Kościół zrehabilitował w 1822 r.

Papież Jan Paweł II już w trzecim roku pontyfikatu polecił ponownie zbadać sprawę Galileusza. W 1992 r. specjalna komisja przedstawiła papieżowi raport na ten temat. Jej szef kardynał Paul Poupard powiedział w obecności papieża, że Kościół powinien „lojalnie uznać” błędy, jakie popełnił względem ojca nowożytnych nauk przyrodniczych. Jan Paweł II nie oponował, podziękował komisji; rehabilitacja Galileusza w Kościele – a symbolicznie całej „świeckiej” nauki – dopełniła się na naszych oczach.

Fobie z krzyżem w tle

Kościół katolicki zawsze był dumny ze swojej jedności i „immobilizmu”, jak Georges Minos nazywa w książce „Kościół i nauka” przywiązanie papieży do trwałości poglądów. „Wszelka zmiana, wszelka ewolucja są podejrzane o herezję, tym bardziej że pod tym immobilizmem kryje się oczywiście nieomylność” – pisze Minos.

Świat chrześcijański przez wiele stuleci powtarzał za Tomaszem z Akwinu: Deus et natura nihil faciunt frustra (Bóg i natura nie robią nic na próżno). Ale rzadziej interpretowano te słowa jako przyzwolenie dla pracy badawczej. Uznawano je raczej za nakaz podporządkowania się woli Bożej i rygorom prawa naturalnego. Po co badać i oglądać coś, co Stwórca celowo ukrył pod powłoką skóry? To objaw pychy i grzechu. Swój krytyczny stosunek do tego typu praktyk wyraził w dziele „O duszy” pisarz chrześcijański Tertulian około 200 r., w niewybredny sposób nazywając starożytnych ojców anatomii „rzeźnikami”, więc dla papieża Bonifacego VIII (fundatora, o ironio, uniwersytetu La Sapienza) ustanowienie w 1299 r. zakazu sekcji zwłok i nazwanie jej czynnością bezbożną było już tylko zwykłą formalnością.

Wbrew pokutującemu do dziś stereotypowi, że średniowiecze było wiekiem ciemnoty, to w tej epoce, zwłaszcza w wiekach XI, XII i XIII, położono fundamenty pod naukowe osiągnięcia nowożytności dzięki – jak to ujął wielki brytyjski historyk i filozof chrześcijański Christopher Dawson – „ufności w możliwości rozumu i wierze w racjonalność Wszechświata, bez której nauka byłaby niemożliwa”. Przełomem było odzyskanie po tysiącu lat – głównie dzięki myślicielom, tłumaczom i uczonym arabskim – kontaktu z dziedzictwem greckim i hellenistycznym. Uczyło ono, czym jest metoda naukowa i stawiania zagadnień metafizycznych.

I jak to w Europie i Kościele – od razu znaleźli się też tradycjonaliści, którzy wołali, że uczniom Chrystusa nie potrzeba obcych doktryn. Ta dynamika – z jednej strony ogromna ciekawość poznawcza ludzi Kościoła, a z drugiej kostnienie myśli i prymat dyscypliny nad swobodą dociekań – nie opuszcza katolicyzmu.

Czy te rygory powstrzymały rozwój anatomii lub fizjologii? Nic nie osłabiło zapału młodego brukselczyka Andreasa Wesaliusza (1514–1564) przed poznaniem budowy ludzkiego ciała – jako pierwszy dał jego dokładny opis, na podstawie sekcji zwłok. Wyliczył w dziełach starożytnych mistrzów – uznawanych dotąd za nieomylnych – aż 200 podstawowych błędów!

Choć Wesaliusz regularnie przeprowadzał sekcje na uniwersytecie, w pewnym momencie został skazany przez inkwizycję na karę śmierci za wykradanie zwłok z cmentarzy. Kary nie wykonano, ale Kościół jeszcze długo z krajaniem zwłok nie mógł się pogodzić. W końcu przymykał oko na sekcje prowadzone w celach naukowo-szkoleniowych. Organizowano je jednak dość rzadko aż do czasów oświecenia, w ukryciu, nocami, w ścisłym gronie zainteresowanych. Słynny obraz Rembrandta „Lekcja anatomii doktora Tulpa” przedstawia właśnie taką na półlegalną sekcję. Dopiero powstanie w XVIII w. świeckich uczelni państwowych i oddzielenie nauki od teologii spowodowało, że sekcje mogły być prowadzone oficjalnie na uniwersyteckich wydziałach medycznych.

Przez wieki Biblia stanowiła źródło wiedzy, w tym także medycznej i biologicznej. Po twórcy nowożytnej anatomii Wesaliuszu potępiony został więc także osobisty lekarz brytyjskiego króla protestanta Jakuba I, William Harvey, który w 1628 r. po raz pierwszy sformułował epokową teorię krążenia krwi. Taki pogląd był przeciwny schematom Galena i Arystotelesa. Kościół nie chciał się wprawdzie mieszać do tej sprawy, ale podtrzymywał przekonanie, że zagadnienie przepływu krwi w naczyniach i sercu należy do tych problemów, które Bóg umyślnie ukrył przed rozumem ludzkim. Jak pisze wybitny historyk medycyny Władysław Szumowski: „Ponieważ nowa nauka omawiała krążenie krwi, zwane circulationem sanguinis, złośliwi przezywali Harveya circulator, co miało dwojakie znaczenie, gdyż słowo to oznaczało także szarlatan”. I Harvey ze swoją praktyką lekarską musiał się pożegnać.


Sekcja zwłok - Papierz Bonifacy VIII - fundator Uniwersytetu La Sapienza - ustanowił w 1299 roku zakaz sekcji zwłok i nazwał ją czynnością bezbożną.

Szczepienia - W walce z epidemiami - a w historii jak wiadomo było ich wiele - najważniejszym orężem Kościoła pozostawały akty pobożności.

Transfuzja krwi - Kościół podtrzymywał przekonanie, że zagadnienie przepływy krwi w naczyniach i sercu Bóg umyślnie ukrył przed ludzkim rozumem.

Początek życia - Antykoncepcja, badania prenatalne, in vitro, klonowanie, komórki macierzyste - to esencja współczesnego sporu Kościoła z medycyną.

Przeszczepy - Łagodniej niż spór o początek życia potoczyła się debata o definicji końca, sprowokowana rozwojem transplantologii.


Kary Boże

Kłopoty spotkały także angielskiego lekarza Edwarda Jennera, który w 1796 r. zaczął wcierać w ludzkie rany wydzielinę pobieraną z chorych na ospę krów (stąd wakcynacja, czyli szczepienie; vacca to w jęz. łacińskim krowa). Przeciwnicy tej metody twierdzili, że zabieg budzi odrazę, bo zakażenie zdrowej osoby paskudnym materiałem zwierzęcym jest niezgodne z wolą Boską.

Działania Jennera nie podobały się duchownym nie tylko w protestanckiej Anglii. Także w katolickiej Francji w 1775 r. księża regionu Guingamp w Bretanii zakazali szczepień przeciwko ospie, nazywając to zbrodnią przeciwko prawu Boskiemu. Wśród szeregowego duchowieństwa dominował pogląd, że żaden wynalazek nie powinien ograniczać woli Boga. Biskupi byli szczepionce bardziej przychylni, choć w wielu diecezjach woleli się z postępowymi ideami nie afiszować.

W 1832 r. epidemię cholery we Francji nadal uważa się za karę Bożą, a masowe odpusty i procesje przebłagalne wywołują skutek odwrotny od zamierzonego: w gęstym tłumie łatwiej o zakażenie, pątnicy narażają się na ryzyko. W obronionej na paryskim uniwersytecie pracy doktorskiej „Les Medecins de l’Ouest au XIX siècle” Jacques Leonard przytacza wypowiedź chirurga Malgagine’a z kongresu medycznego w Paryżu w 1845 r.: „Jeśli chodzi, panowie, o medycynę na wsi, widzimy ranę bardziej otwartą i boleśniejszą; kler, ciało tak czcigodne, gdy oddaje się swemu świętemu misterium, ten kler ma niestety w swych szeregach ludzi, którzy nie są w stanie wytrwać na swoim miejscu: prawie wszędzie na naszej wsi kapłani wkraczają w dziedzinę zastrzeżoną dla lekarza i są dla niego najgroźniejszą konkurencją”.

W walce z epidemiami – a było ich w historii jak wiadomo sporo – najważniejszym orężem Kościoła pozostawały akty pobożności. Epidemie – piszą historycy medycyny – pozostawały w rozumieniu duchownych środkiem Boskiej pedagogii, za którego pomocą Bóg mógł zesłać na ludzi karę za ich grzeszne występki. Zwłaszcza w średniowieczu takie choroby jak trąd – który apogeum w Europie osiągnął między XI a XIV w. – były karą Boską, bardziej schorzeniem duszy niż ciała. Uważano, że mogą być przeniesione w wyniku aktu płciowego i do XVIII w. Kościół zaliczał trąd do chorób wenerycznych biorących się z potępianej rozwiązłości.

Ta ciągłość w traktowaniu trędowatych, zadżumionych, chorych na kiłę – ofiar chorób, których przyczyna w odczuciu społecznym leży bardziej w moralności niż medycynie – widoczna była całkiem niedawno, gdy wybuch epidemii AIDS na nowo rozpalił emocje. „AIDS jest to zło, które zaczyna się przede wszystkim od postawy moralnej, a w konsekwencji zagraża zdrowiu i życiu, i wywołuje ogromne zakłócenia społeczne” – mówił podczas homilii na Jasnej Górze 15 sierpnia 1992 r. prymas Józef Glemp. Etycy niekatoliccy uznali tę opinię za „echo gnostyckiej utopii z jej dualistycznym widzeniem rzeczywistości, traktującej chorobę jako zło, z podziałem na winnych i niewinnych moralnie”.

Ostrożnie: pożądanie!

Nowe ognisko konfliktu zapłonęło wraz z pojawieniem się w 1843 r. prawdziwych prezerwatyw z kauczuku, kiedy lekarze zaczęli zachęcać robotnicze rodziny w Anglii i Francji do ograniczenia rozrodczości, by w ten sposób zmniejszać nędzę oraz ograniczać choroby weneryczne. Dla Kościoła jedynym dopuszczalnym remedium pozostawała wstrzemięźliwość płciowa.

Ale szeregowi księża, znający najlepiej trudy życia swoich parafian, mieli wątpliwości. Dowody znajdujemy w wydawanym we Francji na przełomie XIX i XX w. piśmie dla duchowieństwa „L’Ami du clerk”. W 1929 r. list jednego z awangardowych proboszczów postawił fundamentalne pytanie: „Czy matka, której Opatrzność dała 9 dzieci, może teraz odpocząć i unikać kolejnego macierzyństwa? Zawsze dobrze wypełniała swoje obowiązki, ma wielkie trudności z wychowaniem potomstwa, stale rosnące koszty życia powodują, iż wielce się niepokoi o przyszłość rodziny. Jakich rad jej udzielić?”.

Rady redakcji nawiązywały do oficjalnych dokumentów kościelnych, w tym encyklik papieskich. A papieże byli stanowczy: sterylizacja, prezerwatywa, pigułka, sztuczne zapłodnienie są sprzeczne z prawem naturalnym i prawem moralnym. Seksualność i rozmnażanie idą w parze, zapobieganie ciąży to grzech ciężki. Nawet Pius XII, który docenił podczas swego długiego pontyfikatu osiągnięcia nauki – zwłaszcza fizyki i astronomii – był w kwestiach płodności niewzruszony. „Powoduje się sterylizację bezpośrednią, a więc niedozwoloną, kiedy wstrzymuje się owulację, aby uchronić macicę przed konsekwencjami ciąży. Niektórzy moraliści twierdzą, że dozwolone jest zażywanie w takim celu lekarstw, ale nie mają racji” – mówił przed zgromadzeniem lekarzy na dwa lata przed rynkową premierą pierwszej pigułki antykoncepcyjnej (endokrynolog Gregory Pincus pracował nad nią i prowadził badania kliniczne z udziałem kobiet już wtedy od co najmniej 10 lat).

Problem w tym, czy i jakie Kościół wyciąga wnioski z problemów, które podsuwa rzeczywistość. Czy łagodzi swoje stanowisko, czy stawia na swoim – jak uczynił papież Paweł VI, autor wydanej w 1968 r. encykliki Humanae vitae (nazywanej potocznie encykliką pigułkową), w której pogrzebał nadzieje liberalnych katolików na urzędowe dopuszczenie przez Kościół antykoncepcji. Nie jest tajemnicą, że komisja konsultacyjna, którą sam powołał, wydała nieoczekiwany werdykt: sztuczne metody zapobiegania ciąży nie są sprzeczne z Pismem, antykoncepcja nie jest „wewnętrznie zła”. Paweł VI odrzucił jednak te konkluzje.

W okopach embriona

Pigułki antykoncepcyjne, badania prenatalne, zapłodnienie in vitro, klonowanie, komórki macierzyste – stanowią esencję współczesnego sporu Kościoła z medycyną i nic dziwnego, bo dotyczą pytania o początek życia. A obrona życia „od poczęcia aż do naturalnej śmierci” jest osią współczesnej doktryny moralnej katolicyzmu.

Może lista kontrowersji nie byłaby tak długa, gdyby nie rozwój embriologii i odkrycie, jakiego dokonał niemiecki uczony Carl Ernst von Baer. W 1827 r. odkrył w jajnikach kobiety komórki jajowe. To w nich, po wniknięciu plemnika, dochodzi do zapłodnienia, w wyniku czego tworzy się płód. – Zanim Baer stworzył podstawy embriologii, kobieta traktowana była niczym doniczka, w której żyznej ziemi mężczyzna składał swoje nasienie – mówi prof. Piotr Stępień z Instytutu Genetyki i Biochemii UW. – Ale oto zadano kłam temu stwierdzeniu: ssaki mają komórki jajowe. Odtąd Kościół dostosował swoje zasady to tego poglądu. A więc na podstawie badań embriologicznych ustalił początek poczęcia.

Czym jednak jest ta chwila poczęcia? Zdaniem naszego rozmówcy, ludzkość nigdy nie radziła sobie z pojęciami nieostrymi. – Mózg człowieka jest tak zaprogramowany, że niezbyt dobrze rekonstruuje procesy – twierdzi prof. Stępień. – Łatwo zdefiniować i opisać krzesło, samochód, nawet skomplikowany komputer, bo są to rzeczy niezmienne w czasie. Ale kiedy zaczynamy się zastanawiać, czy coś, co się zmienia, można już nazwać czymś, czy jeszcze nie, pojawiają się wątpliwości.

Zgodnie z nauczaniem św. Augustyna – przypomina prof. Zbigniew Jaworowski – dusza wnika do ciała (czyli powstaje osobowość ludzka) dopiero 40 dni po zapłodnieniu. Potwierdził to II Sobór Nicejski w 787 r. stwierdzając, że u mężczyzn dzieje się to 40 dni po zapłodnieniu, a u kobiet po 80 dniach. Przez całe wieki Kościół dopuszczał aborcje przed tym terminem. Św. Tomasz z Akwinu twierdził, że „aborcja nie jest grzechem dopóki płód nie został obdarzony duszą”, a więc do 40–80 dni od zapłodnienia. Dopiero w 1869 r. papież Pius IX w Konstytucji Apostolicae Sedis zabronił aborcji w każdym okresie ciąży, a więc nawet w okresie preembrionalnym. Stało się to jednak przed ogłoszeniem w 1870 r. przez I Sobór Watykański dogmatu o nieomylności papieża.

Współczesna embriologia dysponuje dowodami, iż nie istnieje jeden konkretny moment zapłodnienia – to proces continuum: plemnik przywiera do komórki jajowej, jej błona się rozpuszcza, plemnik traci witkę, wnika do wnętrza, gdzie następują kolejne po sobie zmiany formujące zarodek. Krytycy uważają, że odkąd papież w 1869 r. uznał, że płód od momentu poczęcia jest człowiekiem, Kościół popadł w rodzaj kultu embrionu. Bioetyk jezuita John Mahoney podkreśla, że oficjalna doktryna rzymskokatolicka jest dziś taka, iż ponieważ nie możemy mieć pewności, kiedy w istotę ludzką wstępuje duch i kiedy płód staje się osobą, to zniszczenie zapłodnionego jaja można uznać za zabójstwo człowieka. Nie o kult embrionu chodzi, lecz o poszanowanie świętości życia także u progu człowieczeństwa.

Jednak współcześnie krytyczny głos Kościoła nie jest w stanie powstrzymać rozwoju badań. 25 czerwca 1978 r. na świat przyszło pierwsze dziecko z próbówki, Luiza Brown, mimo że wielu uczonych katolików już wcześniej pod wpływem rygorystycznego stanowiska Watykanu przerwało swoje badania (jak choćby włoski embriolog prof. Daniel Petrucci, który już w 1961 r. dokonał sztucznego zapłodnienia poza organizmem matki).

Prezes Papieskiej Akademii Życia bp Elio Sgreccia twierdzi, że „nie można mówić o terapeutycznym charakterze technik prokreatywnych, gdyż nie przywracają one na stałe normalnego funkcjonowania władzy rozrodczej człowieka, ale pozwalają tylko na ominięcie patologicznej przeszkody uniemożliwiającej poczęcie”. – To chybiony argument, bo przecież okulary również nie leczą krótkowzroczności, a insulina nie leczy cukrzycy – kontruje prof. Piotr Stępień. – Podobnie jest z podawaniem leków obniżających ciśnienie krwi i tysiącem innych kuracji.

Triumfy nowoczesnej genetyki, embriologii czy tzw. medycyny rozrodu – pomocy dla bezpłodnych par – to najnowszy etap historii medycyny. O ile nowe leki czy nowatorskie metody rozpoznawania chorób (może poza tzw. diagnostyką prenatalną, dającą wgląd w rozwój płodów) są witane z entuzjazmem, to manipulacje naukowców sięgające genów czy zarodków niezmiennie wywołują burzę. Choć przynoszą olbrzymie nadzieje na rozwiązanie tajemnic powstawania chorób i przybliżają nas do odkrycia skutecznych kuracji – rodzą pytania dotykające sfery ludzkiej i to najintymniejszej: etyki i osobistych przekonań badaczy.

Atmosferę podejrzliwości na tym tle nierzadko podsyca sam Kościół. Ostatnio stało się tak w Polsce, gdy znaną i stosowaną od lat metodę zapłodnienia in vitro biskupi nazwali „niegodziwą i niedopuszczalną”, a próby tworzenia zarodków poza organizmem kobiety – „rodzajem wyrafinowanej aborcji”.

Tak mnie to przybiło, że po całym dniu spędzonym w gabinecie na spotkaniach z bezpłodnymi małżeństwami, po kilku przeprowadzonych zabiegach sztucznego zapłodnienia, wróciłem do domu z postanowieniem, że rezygnuję – opowiada lekarz pracujący w jednej z klinik przeprowadzających zabiegi in vitro. Następnego dnia wrócił jednak do pracy. Nie przestał chodzić do kościoła. Dzięki takim jak on wiele par, które bezskutecznie modlą się o dzieci, być może doczeka się potomstwa. A duchowni, którzy dziś im tego prawa odmawiają, może kiedyś zmienią zdanie. Tak jak Kościół zmieniał je w historii medycyny nie raz.

Tylko bez paniki

Łagodniej niż spór o początek życia potoczyła się debata o definicji końca, sprowokowana rozwojem transplantologii. Pierwsze transplantacje nie wywoływały sprzeciwu papieży ani nawet nie prowokowały do poważniejszych wątpliwości moralnych – eksperymentowano na zwierzętach lub zwłokach. Pius XI (1922–1939) w encyklice Casti connubii stwierdził, że nie wolno człowiekowi zmieniać naturalnego przeznaczenia ludzkiego ciała i jego poszczególnych organów. Jego następca Pius XII (1939–1958), przemawiając w 1952 r. na kongresie medycznym zwrócił uwagę, że pacjent nie jest absolutnym panem swego ciała: „Nie ma więc prawa narażać swej integralności fizycznej i psychicznej w imię medycznych poszukiwań, jeżeli mogą one narażać go na szkodę i poważne ubytki”. Jak przyznaje ks. dr Adam Sikora z Wydziału Teologicznego UAM w Poznaniu (przytaczamy za „Kardiochirurgią i Torakochirurgią Polską”, Pius XII z dużą ostrożnością odnosił się do transplantacji (nie widząc problemu tylko w przetoczeniach krwi, czemu do dziś sprzeciwiają się świadkowie Jehowy). Ale były to dopiero początki nowej metody leczenia, kończące się częściej zgonami pacjentów niż uratowaniem im życia.

W końcu trzeba było postawić najważniejsze pytanie: w którym momencie można uznać człowieka za zmarłego, by móc wyjąć z jego ciała zdrowy organ? Już w 1957 r. Międzynarodowy Zjazd Anestezjologów w Rzymie zwrócił się do papieża z prośbą o rozwiązanie tej zagadki. Pius XII odpowiedział: „Ludzkie życie trwa dopóty, dopóki funkcje życiowe – co należy odróżnić od samego funkcjonowania poszczególnych organów ciała – przejawiają się spontanicznie bez pomocy jakichś sztucznych działań”. Papież uznał ponadto, że określenie „dokładnego momentu śmierci” leży w gestii lekarzy.

Medycy musieli więc sami uporać się z właściwą definicją. Niewątpliwie sprowokował ich do tego kardiochirurg z RPA dr Christiaan Barnard i wykonany przez niego w Kapsztadzie w grudniu 1967 r. pierwszy udany przeszczep serca. W składzie utworzonego w Harvardzie na początku 1968 r. Komitetu do Ustalenia Definicji Śmierci Mózgowej znaleźli się obok medyków prawnicy, teolodzy i filozofowie. Należało usankcjonować kryterium, które od pewnego czasu wydawało się najistotniejsze (i którym kierowali się kardiochirurdzy z Kapsztadu, gdy wyjmowali serce z klatki piersiowej zmarłej kobiety): pacjent umiera wtedy, gdy martwy jest jego mózg.

Choć nikt nie kwestionował sukcesu Barnarda, wielu zarzucało mu pychę i „nie liczące się z niczym przyspieszenie postępu”. Cień, który rzuciła na operację (technicznie przeprowadzoną bez zarzutu) stosunkowo szybka (po 18 dniach) śmierć pacjenta, pobudziła wyobraźnię oponentów Barnarda do tego stopnia, że nie wahali się porównywać go do nazistowskich zbrodniarzy wojennych. Entuzjazm opadł. Opuścił także polskich chirurgów, którzy w styczniu 1966 r. dokonali pionierskiego w naszym kraju przeszczepu nerki, wierząc, że nowa metoda szybko stanie się rutynowym sposobem leczenia chorych z krańcową niewydolnością nerek. Prof. Wojciech Rowiński, jeden ze współautorów tego sukcesu, wspominał po latach w wywiadzie dla „Polityki”: „Mieliśmy przeciwko sobie prawo (pobranie nerek od osób zmarłych traktowano jako wstępny etap badania sekcyjnego), lekarzy (nawet koledzy z sąsiednich klinik nazywali nas złośliwie brygadą sępów) i niezwykle trudną do przełamania podejrzliwość społeczeństwa związaną z rozpoznawaniem zgonu człowieka”.

Na ustawę normującą te kwestie trzeba było w Polsce czekać aż trzydzieści lat, podobnie jak na słynne słowa wypowiedziane przez Jana Pawła II, który w sierpniu 2000 r. przybył na obrady Światowego Towarzystwa Transplantacyjnego, by mocno wesprzeć lekarzy (warto odnotować, że już Paweł VI potwierdził pozytywne stanowisko Kościoła katolickiego i akceptację medycznych kryteriów śmierci). Niemniej polscy transplantolodzy jeszcze kilka lat temu daremnie wyczekiwali jednoznacznego wsparcia ze strony Episkopatu, który w sposób zdecydowany poparł ich dopiero w ubiegłym roku, gdy program przeszczepów załamał się po niefortunnym ataku ministra sprawiedliwości na kardiochirurga Mirosława G.

Prawo stawiania pytań

Stolica Apostolska nie zawsze zajmowała konserwatywne stanowisko wobec osiągnięć medycyny. – Zmieniła swoje zapatrywania na kwestię transplantacji, szczepień, epidemii – przypomina prof. Piotr Stępień. – Także w kwestii prawa chorego do śmierci Jan Paweł II stanowisko Kościoła złagodził, dokonując rozróżnienia między zabronioną eutanazją a rezygnacją z uporczywej terapii. Papież Wojtyła doceniał wartość badań medycznych. Chętnie z lekarzami się spotykał i do nich przemawiał. „Postęp medycyny w decydujący sposób przyczynił się do zwalczenia śmiercionośnych epidemii i z powodzeniem stawił czoło ciężkim chorobom, wpływając w znacznej mierze na podniesienie średniej wieku i poprawę jakości życia” – mówił 24 lutego 2003 r.

Sens religii polega jednak nie tylko na głoszeniu prawdy metafizycznej i pewnego systemu etyki, lecz również na zadawaniu pytań i formułowaniu wątpliwości – także w odniesieniu do zdobyczy i ustaleń nauki. W tym sensie etyczne zastrzeżenia zgłaszane przez Kościół, choć czasem aż zanadto konserwatywne, mogą odgrywać rolę inspirującą do dalszych badań i udoskonaleń metod naukowych i technologii. Spory etyczne wokół wykorzystania ludzkich zarodków spowodowały, że odkryto już inne możliwości pozyskiwania materiału genetycznego, nie grożące niszczeniem czy zamrożeniem „zbędnych” embrionów ludzkich. Kościół staje się w ten sposób ośrodkiem nacisku opinii publicznej, co w wolnych społeczeństwach jest normalne, a nawet pożądane. Jest bowiem wielkim uproszczeniem, używanym do wojen ideologicznych, przedstawianie świata nauki i świata wiary jako skazanych na wieczną konfrontację i niezdolnych do dialogu i współpracy. „Ani duch wiary, ani duch nauki nie prowadzą do obskurantyzmu – napisał kard. Poupard, wieloletni szef Papieskiej Rady Kultury. – Niewierzący i wierzący ludzie dobrej woli łatwo dochodzą do porozumienia w tej sprawie”.

Ciekawe, że taki konsens dobrej woli dostrzega i popiera wielu czołowych współczesnych uczonych. Na dodatek liczba wierzących wśród ludzi nauki od dekad się nie zmniejsza. Dziennikarz BBC John Wilson, autor serialu dokumentalnego „Nauka i Bóg”, podkreśla, że „w samej Anglii łatwo byłoby zapełnić salę konferencyjną najwyższej klasy naukowcami: fizykami, biologami, matematykami, astronomami, będącymi ludźmi głębokiej wiary”.

Naukowcy niech więc robią swoje, a wierzący niech stawiają pytania. Byle wolne od bezmyślnego dogmatyzmu. Mogą one pomóc w rozpoznaniu i kontroli zagrożeń, ale nie powinny prowadzić do wstrzymania badań.


Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj