Jak wychować dziecko w weekend
Jak czytać poradniki dla rodziców i nie zwariować.
Dziecko to nie algorytm.
Mirosław Gryń/Polityka

Dziecko to nie algorytm.

Psychoterapeuci podkreślają: nie ma recepty, nie ma macierzyńskiej instrukcji odpowiedniej dla każdego.
Mirosław Gryń/Polityka

Psychoterapeuci podkreślają: nie ma recepty, nie ma macierzyńskiej instrukcji odpowiedniej dla każdego.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w lutym 2004 r.

Po epoce oświeconej dyktatury wychowawczej dr. Benjamina Spocka (w Polsce ograniczonej do wąskich warstw inteligenckich) nastał dzisiejszy chaos dobrych rad. Czy z dziesiątków podręczników, które o ojcostwie i macierzyństwie piszą jak o nauce paralotniarstwa lub wędkowania, wyłania się jakaś jednolita teoria? I czy mogłaby odnaleźć się w niej coraz bardziej zniechęcona do macierzyństwa Polka, wciągając w to jeszcze bardziej przestraszonego perspektywą ojcostwa Polaka?

Ośmiusetstronicowy poradnikowy klasyk autorstwa dr. Spocka uspokajał: niemowlak nie jest tak kruchy jak wygląda, nawet skóra na miękkim ciemiączku ma grubość porządnego brezentu.

Jednak Kamili S., debiutującej 32-letniej matce przywiezionego ze szpitala noworodka, trudno było opanować uczucie samotności (sparaliżowany nową rolą ojciec niemowlaka kiwał się pod ścianą) i niepewności towarzyszące samodzielnej zmianie pampersa, pierwszej kąpieli oraz transportowi córki z wanienki do łóżka.

Ciągle nie włączał się instynkt macierzyński, którego pojawienie się w ciągu około 72 godzin po porodzie zapowiadał inny poradnik.

Gdyby Kamila urodziła córkę w rodzinnym Kole, miałaby z pewnością potężne matczyne wsparcie. Byłoby bezpieczniej i łatwiej. Gdy Kamilę rodziła jej matka – w pogotowiu czekała trzypokoleniowa rodzina.

Pewna 45-letnia wielkomiejska kobieta umiarkowanej kariery powiada, że rozterki, zarówno przed urodzeniem dziecka jak i późniejsze 18 lat dylematów wychowawczych, wydają się jej obecnie niczym wobec dramatu tego dnia, kiedy znalazła się sam na sam ze swoją świeżo narodzoną córką. – Boleśnie uświadomiłam sobie, że przez wieki kobiety uczyły się rodzić i wychowywać w swym rozległym ekosystemie: wśród matek, sióstr, kuzynek. Bezustannie ktoś był w ciąży, parł, przewijał, odczyniał złe uroki. Moja teściowa, która nawet usiłowała spieszyć mi na odsiecz, dysponowała pewnym kapitałem wiedzy, ale czułam, że potrzebuję jakiejś światlejszej instrukcji obsługi niż ludowy przekaz o powijakach, krępowaniu nóżek, żeby się stawy nie wywichnęły, i wiązaniu czerwonych kokardek u wezgłowia łóżeczka, żeby nikt nie zauroczył.

Córce pani E. jeszcze trudniej będzie zostać matką, bo wszystkie bariery sprzed pokolenia, łącznie z instruktażowym chaosem, wciąż się wypiętrzają.

Program „Niemowlak”

Po pierwsze: bezpowrotnie i nieodwracalnie zmieniła się społeczna rola kobiety. Zazwyczaj jest solidnie wykształcona, pracuje na wyszarpanym z trudem stanowisku, a rynek recesyjny nie zachęca do przerwania nauki i kariery. Istnieje całkiem realne zagrożenie, że nawet 16-tygodniowa przerwa macierzyńska wytrąci kobietę z roboczego rytmu. O kilkuletnim urlopie wychowawczym mówi się w zakładach pracy otwarcie: nie rokuje dobrze na zawodową przyszłość. Alina Rumowska, położna, która prowadzi szkołę rodzenia w warszawskim szpitalu im. prof. Orłowskiego, przyznaje, że jej uczennice to już raczej dokształcone, uspokojone, uposażone trzydziestki. Coraz częściej czterdziestki. Są w wykalkulowanej, wychuchanej, perfekcyjnej ciąży, która nie spada już na nie tradycyjnie, po polsku, jak grom z jasnego nieba. To już nie jest naturalny stan i oczywista faza życia, ale precyzyjnie realizowany program „Niemowlak”.

Po drugie: kobieta wielkomiejska przyzwyczaiła się do wolności i swobody. Jest egoistką. O swoim egoizmie w rozbrajający sposób opowiadają młode kobiety przepytywane przez dr. Tomasza Szlendaka, toruńskiego socjologa, na potrzeby pracy „Zaniedbana piaskownica” (Instytut Spraw Publicznych, Warszawa 2003).

K.B., trzydziestolatka: „Trudno byłoby mi powoływać nowe życie, mam ze sobą zbyt dużo problemów. Przerażająca byłaby odpowiedzialność za to, że muszę być autorytetem, że muszę się poświęcić, odrzucić egoizm”. „Dla mnie większym egoizmem jest urodzić dziecko i je wychowawczo olać” – dodaje J.J., 22-letnia studentka.

Zawsze bowiem w zanadrzu posiada się plan, żeby przejechać autobusem typu Greyhound przez Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Albo umieścić się na lepiej płatnym stanowisku. Co sobota szaleć na prywatce. Niemowlak byłby poważnym utrudnieniem. Bo dziecko to koniec autonomii.

Zofia Milska-Wrzosińska, psychoterapeutka z warszawskiego Laboratorium Psychoedukacji (raczej żartobliwie): – Najlepiej, gdyby dziecko pojawiało się w okolicach sześćdziesiątki. Człowiek jest zrealizowany zawodowo i erotycznie, spokojny, chętnie mógłby się małemu poświęcić.

Po trzecie: z różnych względów trudno obecnie o długotrwały, satysfakcjonujący związek, w którym dziecko przychodzi w sposób naturalny. Trudność tę podkreśla Justyna Dąbrowska, psycholog, redaktor naczelna miesięcznika „Dziecko”: – Taki jest znak czasów. Wiązanie staje się wątpliwą wartością. Podoba się nam, że jesteśmy niezależni, bo wtedy drugi człowiek nie może nas zranić. A my odzwyczajamy się od cierpienia. Więc ze związków wypisujemy się przy byle trudności. Tylko że ze związku z dzieckiem nie da się wypisać.

Szukamy nowego wzorca

Czwarta trudność (choć może pierwsza) to anonsowana przez młodych (do 30 roku życia) bezdzietnych respondentów socjologa Szlendaka bezradność w kwestii modelu wychowania. „To, co wynieśliśmy z własnego domu i to, co wyniosły młodsze pokolenia, jest dramatem po prostu. To brak rodziny w rodzinie. Brak czasu. Częściej są to pani i pan mieszkający pod jednym dachem i mający dziecko niż rodzina”.

Mówi J.J.: „Moi rodzice tak bardzo mnie kochają, że pracują dwanaście godzin na dobę i ich nie widuję, (...) widzieli mnie tak naprawdę osiem lat temu”.

Mówi A.B. (dziennikarka, 28 lat): „Uciekamy w rzeczy. Łatwiej kupić dziecku dżinsy, niż usiąść z tym dzieciakiem i zapytać, dlaczego dostało dwóję z matmy. Łatwiej jest coś dać, niż wejść w emocjonalny kontakt”.

Respondenci opowiadają jeszcze o braku umiejętności rozwiązywania problemów w ich rodzinnych domach, o traumatycznych przeżyciach w przedszkolach i żłobkach, w których dzieci do trzeciego roku życia nie powinny się w ogóle znajdować, o koszmarach nietolerancji w szkole.

A.B.: „Szukamy czegoś kompletnie innego, niż mieliśmy w domu rodzinnym. I tu jest wielki problem, bo nie ma dobrych wzorców rodziny”. Ani przedszkola, ani szkoły.

Cztery powyższe trudności przyczyniają się do poważnego spadku przyrostu naturalnego w Polsce. Sytuacja może wydać się alarmująca. Jednak Zofia Milska-Wrzosińska uspokaja: istnieją siły potężniejsze niż trudne kwestie społeczne.

Według Zofii Milskiej-Wrzosińskiej w pewnym wieku – nawet u kobiet mniej przygotowanych życiowo albo tych, które ze względów racjonalnych odmawiają sobie dziecka – przychodzi czas rozluźnienia reguł. – Zupełnie podświadomie. Zmienia się na przykład tabletki antykoncepcyjne na łagodniejsze, w wyliczaniu dni płodnych dopuszcza się granicę błędu albo przestaje się myśleć o zabezpieczeniach. Łagodniejszym okiem zaczyna się patrzeć na partnera, któremu nie przypisywało się dotąd cech predystynujących do skutecznego ojcostwa. (Ojcowie, zwani nowymi, coraz chętniej włączają się w opiekę nad dzieckiem). Podświadomie zaczyna się sobie przyzwalać na dziecko.

I jeśli okazuje się, że ono nie przychodzi, wpada się w panikę. Posiadanie dziecka staje się obsesją. Bo piąta trudność macierzyńska to lawinowa współczesna bezpłodność.

Justyna Dąbrowska: – Jeżdżę regularnie do Londynu i sprawdzam w księgarniach literaturę fachową. Jeszcze nigdy nie było tylu półek, całych działów poświęconych leczeniu bezpłodności, metodom zapłodnienia in vitro i problemom adopcji.

Przyjmuje się, że na bezpłodność cierpi około 18–20 proc. par w wieku rozrodczym.

Stare przestaje działać

Nauce macierzyństwa par miejskich towarzyszy bardzo często uczucie dojmującej samotności. Naturalne wsparcie w postaci wielopokoleniowej, rodzącej w podobnym czasie rodziny, od której w naturalny sposób czerpie się wzorce, odeszło w przeszłość. Zresztą wzorce matek i ciotek coraz mniej przystają do rzeczywistości. Prof. Małgorzata Kościelska, pediatra, psycholog, dla „Dziecka”: „W tradycji polskiej mieści się wciąż romantyczny ideał matki Polki, która wysyła męża i synów na wojnę, zostaje sama i wszystkiemu potrafi podołać. Jest całkowicie oddana rodzinie. Tylko że dzisiejszy świat oba te wzorce – kobiety i mężczyzny – podważa, a często nawet niszczy”.

Bezpowrotnie przeterminowała się też technologia opieki nad dzieckiem. Kiedy rodziły się dzisiejsze 25-, 30-latki, do dyspozycji rodziców był podręcznik „Małe dziecko” oraz wiedza położniczo-pediatryczna, która zalecała:

– zjadanie w ciąży ok. 2 kg ziemniaków dziennie, ponieważ ta ilość dostarczała odpowiednich wartości odżywczych, powstrzymywanie się od ćwiczeń fizycznych, jedzenie za dwóch (Barbara W.: – W ciąży utyłam więc 35 kg, co dla mojej lekarki było objawem zdrowia i troski o noworodka);

– poród sterylny, bez udziału osób trzecich (Alina Rumowska, położna: – Serce się krajało na widok tych samotnych, płaczących dziewczyn w szpitalnych korytarzach);

– poród w pozycji leżącej, zakazywano siadania w zaawansowanych fazach porodu ze względu na zgubne skutki siadania dziecku na głowie;

– karmienie noworodka z zegarkiem w ręku (Milska-Wrzosińska: – Przeszło dwadzieścia lat temu lekarze dawali niemal do zrozumienia, że odejście od rygoru karmienia co 4 godziny doprowadzi do nieodwracalnego wypaczenia psychiki i zdrowia mojego dziecka);

– pozostawienie dzieci do wypłakania we własnych łóżeczkach (dziecko, sugerowano, powinno być wytrenowane w samodzielności, nie powinno rodzicem manipulować);

– żłobek i przedszkole jako standardową przechowalnię dla dzieci, których matki wkrótce po połogu powinny były wrócić na swoje traktory;

– trenowanie dziecka do grzeczności, stan ten uzyskiwano za pomocą odpowiednio dobranego systemu kar i nagród.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj