Mój bór
To tego lasu trzeba było bronić przed zapędami ministra środowiska. Ciekawe, czy minister zmieniłby zdanie, gdyby spojrzał na puszczę oczami byłego premiera?
Polana w puszczy – cicho, ale nie pusto
Stanisław Ciok/Polityka

Polana w puszczy – cicho, ale nie pusto

Białowieża – drewniana regionalna architektura
Stanisław Ciok/Polityka

Białowieża – drewniana regionalna architektura

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w lipcu 2002 r. w cyklu „Lato w dobrym towarzystwie!”

Mam głębokie poczucie, że życie w mieście jest sprzeczne z naturą człowieka. Wiem, że to konieczność cywilizacyjna, ale marzy mi się zupełnie inne życie. Dlatego, kiedy tylko mogę, uciekam z miasta. Najchętniej do mojej puszczy.

Mówią, że są czakramy, takie miejsca mocy dające ludziom jakąś niezwykłą energię. Tu w Puszczy jest takie miejsce, odkryte siedem lat temu. Drzewa nie rosną tu w jeden pień, tylko w dwa lub trzy, wszędzie głogi, które zazwyczaj nie występują w puszczy. W ziemi są zakopane kamienie, które tworzą krąg. Na środku jest kamień ofiarny, z którego ludzie wrażliwi na energię czerpią siłę.

Trzy lata temu kupiliśmy w Puszczy Białowieskiej domek. To była ruina. Kiedy jednak tutaj przyjechaliśmy, tam, gdzie teraz jest studnia, stał żubr, sto metrów dalej zobaczyliśmy pięknego jelenia, a chwilę później z zarośli ruszyła cała ich chmara, chyba siedemnaście. Przejechaliśmy kolejnych dwieście metrów i gromada saren przecięła nam drogę. Wtedy pomyślałem sobie, że tylu znaków nie można pozostawić bez odpowiedzi.

Zaczęliśmy remontować ten domek. Na początku, jeszcze wiele lat wcześniej, przyjeżdżałem tu jak setki innych osób i pewnie czułem się tak jak oni, to znaczy nie rozumiałem lasu. Z jednej strony był pociągający, bo taki tajemniczy, pierwotna puszcza, z drugiej strony widziałem w nim wiele rzeczy rozczarowujących. Ponadto trochę się bałem, przerażała mnie świadomość, że w tak wielkim lesie mogę się zgubić.

Później chodziłem po puszczy z leśnikami i przyrodnikami, podglądałem las w różnych porach roku i coraz więcej o nim wiedziałem, coraz lepiej go rozumiałem i po prostu zacząłem się tutaj czuć znacznie bezpieczniej. Dowiedziałem się, że w XIX w. pewien carski geodeta podzielił puszczę na kwadraty o długości jednej wiorsty, czyli około 1066 m. Na każdym skrzyżowaniu takiego kwadratu został zakopany słupek z numerem oddziału, od pierwszego prawie do osiemsetnego, z tym że część oddziałów jest teraz po stronie białoruskiej. Trzeba odszukać taki słupek i porównać go z mapą; to doskonale określi punkt, w którym się znajdujemy.

Korzenie

Poprosiłem nadleśniczego Jerzego Ługowoja, żeby był moim przewodnikiem. On mnie wszystkiego nauczył, pokazywał mi ptaki, rośliny, tropy zwierząt. Uczył mnie łowiectwa. Opowiadał, jak zwierzęta się zachowują, gdzie i kiedy można je najczęściej spotkać. Pokazywał mi przelatki, czyli dwuletnie dziki, wyjaśniał, który kozioł jest słaby, a który mocny i jak rozpoznać selekcyjnego byka jelenia. Ale ja od początku byłem zakochany w żubrach.

Szczególnym momentem był dla mnie 1996 r., wtedy rząd, którym kierowałem, podjął decyzję o podwojeniu powierzchni Białowieskiego Parku Narodowego. Po tej decyzji Adam Wajrak napisał w „Gazecie Wyborczej” artykuł, w którym przeczytałem, że za Stefana Cimoszewicza cała puszcza była chroniona, a za Włodzimierza – tylko 16 proc. Ale w tym artykule najbardziej poruszyło mnie, że żył tu ktoś o tym samym co ja nazwisku. Zacząłem się zastanawiać i wiązać fakty. Mój ojciec pochodzi spod Wołkowyska, a więc kilkadziesiąt kilometrów na północny wschód od Puszczy Białowieskiej, obecnie po drugiej stronie granicy; ja coś wiedziałem od ojca o jego rodzicach, natomiast skąd rodzina się wzięła, czym się zajmowali w przeszłości, tego nie wiedzieliśmy.

Adam Wajrak dotarł do dziewiętnastowiecznego, rosyjskojęzycznego dokumentu, który był tłumaczeniem oryginału polskiego z początku XVII w. Wynikało z niego, że blisko 400 lat temu Ordynacja Królewskiej Puszczy Białowieskiej wymienia cztery osoby o nazwisku Cimoszewicz: Stefan, Fiodor, Jan i Piotr. Prawie nie mam wątpliwości, że to są moi przodkowie. Mówiono mi też, że po stronie białoruskiej znajduje się uroczysko, które nazywa się Cimoszewicze. Miało to dla mnie ogromne znaczenie, zacząłem rozumieć związek z tym miejscem. Uświadomiłem sobie, że los mojej rodziny zatoczył pętlę w czasie, stąd ta rodzina wyszła. Stało się dla mnie jasne, dlaczego od lat odczuwałem niezrozumiały dla siebie, szczególny sentyment do tego miejsca. Pewnie jest to swego rodzaju atawizm, przy całym moim racjonalizmie mam wrażenie, że coś w tym jest.

Puszcza

Żeby kogoś przekonać do tego lasu, trzeba mu go pokazać, przedstawić. Na przykład kilkaset metrów stąd są czterystuletnie dęby, które zrobią wrażenie na każdym. Wystarczy przejechać kawałek i zobaczymy coś, co jest cechą szczególną tej puszczy i odróżnia ją od innych, czyli tak zwaną różnorodność siedliskową. Na przestrzeni kilkuset metrów będziemy w borze świerkowym, w lesie mieszanym, a zaraz potem w olsie i na terenie bagiennym.

Wiosną można spotkać ciągnące słonki, o które przecież w Polsce trudno, a tutaj są nieustannie. W puszczy gniazduje ponad 170 gatunków ptaków. Najbardziej atrakcyjne są oczywiście te, których nie ma na zachodzie Europy, a więc orlik krzykliwy, orzełek włochaty, bocian czarny, muchołówki, dziwonie. Dzięcioły, szczególnie dwa gatunki, które przeważnie są tylko tutaj, to jest dzięcioł białogrzbiety, związany z podmokłymi lasami, dzięcioł trójpalczasty, związany z suchymi świerkami. Tego trójpalczastego można spotkać tylko na Syberii, czasami w górach, no i tu, w puszczy. Tyle ptaków to przecież raj dla ornitologów, którzy mogą tutaj podpatrywać gatunki leśne, a potem pojechać nad Biebrzę, do Parku Narodowego, gdzie znajdą gatunki typowo błotne, czyli kaczki, sowy błotne, żurawie, cietrzewie, bekasy i bekasiki.

Żeby oglądać ptaki, najlepiej przyjechać w okresie lęgowym, czyli na początku maja. Dla myśliwego najlepszy okres to wrzesień albo styczeń, dla botanika czerwiec, kiedy jest bujność roślin. Dla zwykłego turysty nie ma to wielkiego znaczenia, dobrze po prostu przyjechać między marcem a październikiem. Jeśli ktoś miałby ochotę zobaczyć bobry, to najlepiej latem, rano, około czwartej. Występują prawie wszędzie, na każdym cieku wodnym, tam mają swoje żeremia lub nory.

A! I jeszcze grzyby. Jest ich tu mnóstwo. W zeszłym roku było ich tak dużo, że suszyliśmy je w tartaku, a potem obdarowywaliśmy wszystkich znajomych.

Jeśli las, to powstaje pytanie o kleszcze. Nie należy ich całkowicie bagatelizować, ale też nie wolno przesadzać. Po pierwsze, kleszcza widać, po drugie, zanim on zabierze się do konsumpcji, przez parę godzin szuka miejsca. Prawdopodobieństwo jakichkolwiek kłopotów przy jednorazowych odwiedzinach jest w zasadzie zerowe. Ale ktoś, kto przyjeżdża tutaj często, powinien się zaszczepić i badać co jakiś czas krew.

Dobrze jest, jak wieczorem druga osoba obejrzy nas dokładnie. To dodatkowa zachęta, żeby przyjeżdżać tutaj w parach. Taki wyjazd dla nieśmiałych.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj