Burmistrz też punkuje
Festiwal w Jarocinie był jedną z najważniejszych imprez rockowych w PRL, ale w nowych czasach radził sobie gorzej. Przypominamy, jak mieszkańcy miasta walczyli o jego wskrzeszenie.
Do Jarocina przyjechali festiwalowi weterani i ich dzieci. W sumie ponad 10 tys. osób.
Leszek Zych/Polityka

Do Jarocina przyjechali festiwalowi weterani i ich dzieci. W sumie ponad 10 tys. osób.

Wóz propagandowy i hełm ORMO. Tegoroczny Jarocin bawił się rekwizytami PRL.
Leszek Zych/Polityka

Wóz propagandowy i hełm ORMO. Tegoroczny Jarocin bawił się rekwizytami PRL.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w czerwcu 2005 r. Dodano śródtytuły

Po jedenastu latach mieszkańcy Jarocina postanowili sami wskrzesić legendarny rockowy festiwal. Tak długa przerwa to szmat czasu: wyrosło pokolenie, które nie kuma PRL.

W 1994 r. w wojnie punków ze skinami, a właściwie wszystkich ze wszystkimi i policją, zdemolowano miasto, co ostatecznie przesądziło o zawieszeniu kolejnych edycji festiwalu. Weterani tej wojny są dziś w większości statecznymi ojcami i matkami. Mają pieniądze, które mogliby przecież zostawić w Jarocinie – tak przynajmniej widzą sprawę włodarze, sami też wkraczający właśnie w wiek średni: burmistrz i jego zastępca, przewodniczący rady miejskiej, kierowniczka w urzędzie miejskim i szef domu kultury. – W ostatnim czasie reaktywował się zespół sprzed lat, założono nowe – opowiada wiceburmistrz Robert Kaźmierczak, rocznik 1974, od dziecka mieszkaniec bloku tuż obok amfiteatru (klatka pierwsza, gdzie co roku sypiały pokotem spite punkowe załogi). – Powstał metalowy Random Justice, w którym gra między innymi najzdolniejszy w mieście grafik, znów zaczęło grać Acapulco, w którym punkuje brat szefa przewodniczącego rady ze swoim piętnastoletnim synem. Gdy więc wiceburmistrz usłyszał w telewizji, że łódzki IPN odnalazł materiały SB dotyczące Jarocina, opowiada, to wszystko zaczęło mu się łączyć w całość. Zadzwonił do IPN z propozycją. Ustalili: będzie festiwal muzyczny z towarzyszącą mu wystawą. Zdjęcia da IPN, pieniądze – miasto i hotel Jarota. By przyciągnąć młodzież i jakoś nawiązać do tradycji, wszystko miało się odbyć w konwencji powrotu do PRL. To znaczy: z taśm trochę starych przemówień partyjnych, trochę zaczepiania, tak, jak to kiedyś robili esbecy (w tych rolach urzędnicy miejscy, w ramach obowiązków służbowych). A wszystko pod transparentami, wśród butelek po mleku i szyldów Peweksu.

Przyciągano w pierwszy piątek i sobotę czerwca.

Legendy z Jarocina

Z czasem plan się rozrósł o kino. Bo najpierw Piotr Łazarkiewicz wyraził gotowość do udostępnienia nieocenzurowanej wersji swojej, kręconej w Jarocinie, „Fali” z 1985 r., a potem siostra burmistrza obiecała obraz swojego autorstwa dawnemu szefowi radiowęzła w zakładach Jaroma Andrzejowi Borowińskiemu. W zamian za przekazanie materiałów posiadanych w archiwach. Albowiem Borowiński latami uwieczniał na polecenie szefostwa wszystkie ważne momenty z życia zakładu i miasta. Razem zebrało się dwanaście godzin filmów.

Wcześniej, w piątkowe popołudnie, na tejże małej scenie piętnaście nieznanych szerzej punkowych i metalowych zespołów. W sobotę na scenie dużej – tuzy sprzed lat z punkowym Dezerterem, bluesowym Dżemem i heavy-metalowym TSA. A także dawna miejscowa gwiazda – zespół punkowy Acapulco.

Skład: na bębnach 15-letni bratanek szefa rady miejskiej. Na basie jego ojciec Adam Martuzalski, dziś szef warzywniaka, lecz kiedyś wielka legenda Jarocina.

Tak się składa, obaj Martuzalscy, i sklepikarz, i dzisiejszy szef rady, przed laty byli bardzo kojarzeni. We własnym mieście, bo gdy się szło koło ich domu, to zawsze było słychać, jak któryś wali zażarcie w perkusję. I w całej Polsce, bo ten starszy, dzisiejszy radny, otwierał lub zamykał bramkę na koncerty i z tego powodu kochały się w nim wszystkie przyjezdne dziewczyny. A ten młodszy, Adam Martuzalski, pseudonim Swawana, nawet grał. W Czerwonym Franciszku, Nataszy i wreszcie w legendarnym Acapulco. W 1986 r. utworem „No future” (Bez przyszłości) wygrali festiwal. – Co czasem oznaczało płytę, a czasem karierę. Niestety, ja zaraz potem dostałem bilet do wojska – opowiada Martuzalski. – I zespół się rozpadł.

Po wojsku Adam podjął pracę w administracji, ożenił się z Ewą (ksywka Łazarkiewiczowa; miała największe niebieskie oczy w mieście i stąd jej twarz widać w absolutnie wszystkich filmach z Jarocina). W 1990 r. urodził im się Kuba. Jako miesięcznego niemowlaka zabrali go na koncert grupy Stalin Staccatto, szalonych punkowców z Japonii. I tak Kuba stał się najmłodszym uczestnikiem festiwalu w historii.

Drugi syn Ewy i Adama, Kacper, rocznik 1994, niestety już się nie załapał na festiwal, bo się skończyło.

Efekt Ibisza czy Marlboro

Historia festiwalu pokrótce: od lat 70. młodzi muzycy mieli w Jarocinie niewielki przeglądzik zwany Rytmy Młodych, który z początkiem lat 80. ewoluował w kilkunastotysięczny festiwal z obowiązkową prohibicją, dzięki czemu świetnie się sprzedawał butapren i woreczki foliowe. I kontrolą odgórną – w 1989 r. władza ludowa przysłała z całej Polski 220 funkcjonariuszy SB i milicji, do tego ponad 120 pałkarzy z ZOMO. Niejednokrotnie władza ściągała też muzyków ze sceny w trakcie wygłaszania kwestii nieodpowiedzialnych i niesocjalistycznych. Albo prewencyjnie na nią nie wpuszczała, choćby pod pretekstem przesłuchania w sprawie kradzieży furta ze sklepu, jak to było w przypadku Roberta Brylewskiego z Brygady Kryzys (a tak się składa, ani w Jarocinie, ani okolicy nigdy nie było sklepu futrzarskiego).

W 1990 r. po pierwszych wolnych wyborach skończyła się prohibicja. Ale też pieniądze na nagrody. W miejscu dzisiejszej największej stacji benzynowej stanęło miasteczko ekologów, protestujących przeciw budowie elektrowni jądrowej.

Prawdziwa zmiana nastąpiła w 1993 r., gdy patronat nad imprezą wzięła telewizja – opowiada wiceburmistrz Kaźmierczak. – Zaczęli przeganiać nam zespoły ze sceny, bo właśnie jest wejście na wizję. W dodatku przysłano Agatę Młynarską oraz Krzysztofa Ibisza.

A na plakatach obok niewielkiej nazwy Jarocin pojawiła się bardzo, bardzo duża nazwa papierosów. Wiceburmistrz do dziś nie wie, czy ta wielka zadyma z kamieniami, która ostatecznie na wiele lat przesądziła o zawieszeniu festiwalu, to był bardziej efekt Ibisza czy bardziej efekt Marlboro. W każdym razie w 1993 r. poszło trochę szyb, zdemolowano trzy karetki pogotowia, była jedna rana postrzałowa. Rok później ludzie już naprawdę poważnie, pod okiem kamer, pobili się na kamienie, pałki i noże. Ze sobą i policją.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj