Tacy zwyczajni ludzie
15 lat temu w jednym z mieszkań w Łodzi policja odkryła ciała czworga dzieci w beczkach. Tą głośną sprawą żyła cała Polska.
Matka, Jadwiga N. nie przyznaje się do zabójstwa czwórki swoich dzieci.
Adam Słowikowski/Reporter

Matka, Jadwiga N. nie przyznaje się do zabójstwa czwórki swoich dzieci.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w maju 2003 r.

Zdarzało się, że Jadwiga i Krzysztof N. wypili za dużo, bywało, że awanturowali się po nocy. Po pieniądze chodzili do opieki społecznej albo dorabiali na czarno, zalegali z czynszem, kradli prąd, a czasami także coś z supermarketu. Normalnie, jak to na łódzkim Polesiu. Przeciętni, niczym nie różnili się od innych. Tylko jednym – zabili czworo własnych dzieci.

List gończy za Krzysztofem N. (29 lat, wykształcenie podstawowe niepełne) policja wysłała dwa lata temu. Nie szukali go jednak zbyt intensywnie. Nie był dla nich żadnym groźnym przestępcą. Dostał dwa lata w zawieszeniu za znęcanie się nad synem Kamilem. Karę mu odwiesili, bo N. nie spotykał się z sądowym kuratorem. A że nie stawił się do więzienia – trafił na listę poszukiwanych. Nic szczególnego – w Łodzi figuruje na niej ponad dwa tysiące osób. Co kilka miesięcy policjanci sprawdzali, czy nie ma go w domu przy ulicy Radwańskiej. Całowali klamkę i odchodzili.

– Tamtej soboty było inaczej – z mieszkania dochodziły wyraźne odgłosy wskazujące na to, że ktoś jest w środku – mówi funkcjonariusz z Komendy Miejskiej Policji w Łodzi. Nikt nie otwierał drzwi. Wezwano straż pożarną i policjanci weszli do mieszkania przez balkonowe okno od podwórka. W środku była tylko żona poszukiwanego – 30-letnia Jadwiga N. Zaczęła się rewizja. W szafie w pokoju znaleziono trzy plastikowe beczki. Zwyczajne, do kiszenia kapusty. Zamknięte i uszczelnione silikonem. W beczkach zawinięte w folię, zmumifikowane, martwe dzieci. Czworo – dwóch pięcioletnich chłopców i dwoje niemowląt: chłopiec i dziewczynka. Jadwiga N. powiedziała: – To moje.

Sąsiedzi zeznali, że z małżonkami N. mieszka tylko najstarsza 11-letnia córka Monika. Ktoś widział ją na ulicy z ojcem. Bliźniaków Adama i Kamila nie widziano w domu już od kilku lat. Sekcja zwłok potwierdziła, że to ich ciała znaleziono w beczce. Zostały tam zamknięte cztery lata temu. Dziś chłopcy mieliby po dziewięć lat. O istnieniu niemowląt nikt nie wiedział. Jadwiga N. urodziła je w domu. Porody odbierał Krzysztof N. Prawdopodobnie od razu uśmiercał noworodki.

Okno na podwórze

Radwańska jest jak miniatura Łodzi. Zaczyna się przy reprezentacyjnej Piotrkowskiej, w jej środkowej części stoją puste hale upadłej fabryki włókienniczej, zamyka ją hipermarket. Wszędzie zrujnowane komunalne kamienice. Niby Radwańska jest taka jak inne ulice tej dzielnicy – Polesia, a jednak trochę gorsza, bo ostatnio nawet tutejszy dzielnicowy podał się sam do dymisji. Miał dość Radwańskiej – kradzieży paliwa na stacjach benzynowych, kradzieży w hipermarkecie, napadów rabunkowych w Parku im. Poniatowskiego. Doniesień, że ktoś dał sąsiadowi po gębie, ktoś inny zaprawił pijanego w łeb i ukradł mu pieniądze albo wyniósł mu z domu jakieś przedmioty i zamienił w jednej z wielu melin na Radwańskiej na alkohol. Do dziś jest wakat. Nikt nie chce tej posady.

Pod numerami 45 i 47 – w kamienicy, gdzie mieszkają N. – niemal wszyscy wszystko o sobie wiedzą. Numery są dwa, ale kamienica jedna: w kształcie litery C z dwiema bramami prowadzącymi na wspólne podwórze. Każdy zagląda każdemu w okno. A czego nie wypatrzy, tego dowie się od sąsiadki. Ale Jadwiga i Krzysztof N. stanowili zawsze dla sąsiadów zagadkę. Z nikim się nie przyjaźnili, nie rozmawiali, nawet „dzień dobry” nie mówili. Wiedzieli o nich tyle, ile można było zobaczyć przez balkonowe okno od podwórza – to samo, które sforsowała potem policja.

Czasem można tam było zobaczyć bliźniaków Kamila i Adama. – Pamiętam, jak bawili się we trójkę z siostrą na balkonie. Maluchy były w samych gateczkach. Zastanawiałam się wtedy nawet, czy nie jest im za zimno – wspomina pani Grażyna, niegdyś pracownica łódzkich zakładów, dziś „na mopie” w jednym z łódzkich hipermarketów.

Sąsiedzi wiedzieli, że kiedy Krzysztofa N. skazano za znęcanie się nad synem, dzieci poszły do domu dziecka. Po kilku miesiącach kurator Krzysztofa N. uznał, że są nadzieje na poprawę jego zachowania i dzieci wróciły na Radwańską. Całą rodzinę objął opieką drugi kurator – rodzinny. Krzysztof N. i Jadwiga, którzy żyli na kocią łapę, wzięli ślub, zgłosili się do poradni więzi rodzinnych, wyremontowali jednopokojowe mieszkanie i wydzielili w nim kącik dla dzieci. Wydawało się, że idzie ku dobremu. Krzysztof N. zaczął zarabiać na czarno na budowie. Kurator się cieszył. – To teraz normalne, że ludzie pracują na czarno, byle utrzymać rodzinę – mówi Bożena Maćkowiak, szefowa kuratorów rodzinnych w Sądzie Okręgowym w Łodzi.

We wrześniu 1999 r. podczas wizyty w domu państwa N. kurator dla dorosłych zauważył, że jeden z chłopców ma siny policzek. Zapytał, co mu się stało. Rodzice powiedzieli: uderzył się o klamkę. Kurator nie zobaczył więcej ani jego, ani brata. Gdy odwiedzał mieszkanie państwa N., ci tłumaczyli mu, że dzieci są u babci w Warszawie albo że poszły na spacer. Przekonywali, że bliźniacy chodzą do logopedy, że Kamil leczony jest na nerki. – Kurator nie prosił o przedstawianie pisemnych potwierdzeń, że dzieci są pod opieką lekarską, by nie burzyć zaufania swoich podopiecznych. Może gdyby w rodzinie był alkoholizm albo jakieś inne oznaki patologii – byłby czujniejszy. Ale w tej rodzinie wszystko wydawało się normalne – mówi Bożena Maćkowiak.

Sąsiadom Jadwiga N. powiedziała, że chłopcy znów zostali zabrani do domu dziecka. To samo sąsiadce, która zauważyła, że Jadwiga N. była w ciąży i pytała o maleństwo. Sąsiedzi wierzyli. Czemu nie?

Nie wszyscy jednak uważali małżonków N. za przyzwoitych ludzi. – Podpięli się na krótko do prądu. Poszedłem wtedy do Krzysztofa N. i mówię grzecznie: złodzieju jeden, kradniesz prąd przez tyle lat, spali się przez ciebie ta rudera. A on do mnie: ty taki owaki. No to zgłosiłem kradzież w administracji – mówi Marian Krakowiak, sąsiad N. z pierwszego piętra. Na pracownikach administracji doniesienie nie zrobiło większego wrażenia. Podpięcia do tablic na klatkach schodowych są w komunalnych kamienicach na porządku dziennym. Przez nie straż pożarna wyjeżdża do kilkunastu pożarów dziennie. Pod 47 wysłano więc tylko elektryka. Naprawił, ale Krzysztof N. znów znalazł obejście. N. zalegali też z opłatami czynszu. – Jak co trzecia rodzina z Radwańskiej. Dlaczego mielibyśmy zwrócić uwagę właśnie na nich? – pyta pracownica administracji nieruchomości.

Państwo Nieuchwytni

Zimą 1999 r. o tym, że N. mieszkają przy Radwańskiej, świadczyło już tylko światło zapalone nocą w balkonowym oknie. Przychodzili do domu późno. – Robili iluminację jak na dworcu. Na całym podwórzu robiło się jasno – wspomina pani Grażyna. – Wychodzili o szóstej rano. Jak szłam do pracy na pierwszą zmianę, spotykałam ich często w bramie. Mieli zawsze duże, turystyczne plecaki. Nosili w nich ulotki, które rozdawali na ulicach – mówi Irena Bobrowska. Ma pracę na poczcie. Więc na Radwańskiej jest elitą. A pani Grażyna dodaje: – Przemykali błyskawicznie gęsiego przez podwórko. On – ubrany na sportowo, w czapce z daszkiem nasuniętym na oczy, za nim dziewczynka, a na końcu matka.

Kuratorzy, którzy odwiedzali ich w tym okresie, wkładali w drzwi kartki z zapowiedziami następnych wizyt. Żądali spotkania z całą rodziną. Na nic. Od sąsiadów też nie mogli uzyskać informacji. – Dzisiaj wszyscy są rozmowni. Wtedy kuratorzy słyszeli tylko: nic nie wiem, nie powiem, proszę do mnie nie dzwonić – mówi Wiesława Liszke, kurator okręgowy Sądu Okręgowego w Łodzi. Liszke broni łódzkiego sądu: to właśnie wówczas, na wniosek kuratora, sąd podjął decyzję o odwieszeniu Krzysztofowi N. wymierzonej mu kary więzienia za znęcanie się nad dzieckiem. Kurator rodzinny wnioskował z kolei do sądu o odebranie dzieci małżeństwu N. i skierowanie ich do domu dziecka. N. jednak nie stawili się na posiedzenie. Sędzia uznała, że nie może odebrać dzieci bez wiedzy rodziców i odrzuciła wniosek kuratora. – Obecnie toczy się postępowanie wyjaśniające w tej sprawie. Sąd sprawdzi, czy sędzina postąpiła słusznie. Być może górę wzięła w tym przypadku rutyna – mówi Grażyna Jerzewska, rzeczniczka Sądu Okręgowego w Łodzi. Policja przypuszcza, że decyzja sądu i tak nie uratowałaby życia bliźniętom – prawdopodobnie zostały zamordowane jesienią 1999 r. Może nie zginęłyby jednak niemowlęta.

Z balkonowego okna świetnie widać dzieci na podwórku. Zawsze jest tam zgrana paczka. Dziewięcioletnia mała królewna podwórka Edyta i jej rówieśniczka – zawsze blada i chudziutka Karolina, trzynastoletnia Magdalena z ciut wystającymi zębami, dziewięcioletni zapatrzony w Edytę Bartek i jego brat Dominik. Po szkole nawet nie zdążą iść do domu, rzucą teczki pod mur i do zabawy. Dziewczyny kręcą na trzepakach fikołki, bawią się w dom. Kiedy przychodzą chłopcy, zaczyna się chowany. Właśnie tyle przez lata widziała Monika.

Dominik: – Raz krzyczała do mojego taty, który reperował na podwórku samochód, że chce skoczyć, bo jest sama w domu i się boi, żeby powiedział jej, czy balkon jest wysoko. Nie było to dawniej niż 1,5 roku temu, tyle tu mieszkamy. Tata nie wezwał policji. Powiedział jej tylko: – Nie skacz.

Opłatek dla zmarłych

Dorośli pamiętają więcej. Grażyna Drogosz – jak dwa lata temu, w lipcu, Monika wybiła szybę w balkonowym oknie. – Krzyczała, żeby dzwonić na policję – wspomina. – Wychylała się przez wybitą dziurę, a nad nią wisiała szyba. Sąsiedzi wołali: – Cofnij się! Szyba utnie ci głowę! Podobno rodziców nie było w domu od trzech dni. Wezwałam policję. Przyjechali, popatrzyli i kazali jej się cofnąć do mieszkania. Powiedzieli, żebym zwróciła uwagę, jak coś się będzie działo.

Halina Piechota, sąsiadka N. z naprzeciwka, opowiada, jak Monika przybiegła z płaczem i mówiła, że się boi być sama w domu. Była noc. – Powiedziała, że rodzice wyjechali do innego miasta roznosić ulotki i zostawili ją samą. Nie było ich dwa dni. Chciała zadzwonić do babci w Warszawie. Zadzwoniłyśmy do niej. Poprosiła mnie, żebym się zaopiekowała Moniką. Pomyślałam jednak, że to tylko dziecięce strachy. Powiedziałam jej, żeby sobie zapaliła światło. Potem w balkonowym oknie widać było trzy cienie. Znaczy, że rodzice Moniki wrócili. Czego bała się Monika? Widziała śmierć swoich braci i siostry? Ludzie mówią, że ojciec zeznał, iż w Boże Narodzenie dzielili się opłatkiem z tymi, którzy byli w beczkach. Kładli na każdej po kawałeczku.

Kto jest winien

Od ujawnienia zbrodni wszystkie instytucje, które miały kontakt z rodziną N., przerzucają się oskarżeniami. Szukają odpowiedzialnych. Skoro bowiem sąsiedzi widzieli N. codziennie, czemu nie widziała ich policja, kuratorzy, szkoła, czemu pracownicy pomocy społecznej płacili, nie interesując się, komu.

Dyrekcja Szkoły Podstawowej nr 46 w Łodzi, do której powinna chodzić Monika, nie poczuwa się do winy. Dziewczynka została przeniesiona kilka lat temu do szkoły w Warszawie, a więc była poza ich zainteresowaniem. Do rodziny N. wysyłano dwukrotnie wezwania, by zapisali do szkoły braci Kamila i Adama. Według ewidencji szkolnej obaj powinni zacząć naukę już dwa lata temu. Rodzice nie reagowali, więc dyrekcja szkoły wysłała także dwa pisma do policji. Ta odpisała, że nie może zastać małżeństwa N. I koło urzędowych pism się zamknęło.

Urząd Miasta Łodzi, który sprawuje kontrolę nad wykonywaniem obowiązku szkolnego przez uczniów, czuje się bezradny. Według opublikowanego ostatnio raportu NIK w Łodzi jest około tysiąca dzieci, które do szkoły nie chodzą, choć powinny. Urząd doliczył się dziewięciu. – Za to, że rodzice nie posłali dzieci do szkoły, możemy jedynie nałożyć finansową karę. Ale to nie ma sensu: do szkoły nie posyła dzieci tylko rodzina patologiczna, a taka i tak nie zapłaci – tłumaczy Michał Machejek, dyrektor Wydziału Edukacji UMŁ.

Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej Łódź Polesie od kilku lat wypłacał rodzinie N. zapomogę – około 100 zł dla pięciu osób. Pracownik MOPS był jedynym urzędnikiem, który był w mieszkaniu N. Nie wiedział jednak o nich nic.

Gdy pytał, gdzie są dzieci, Jadwiga N. pokazywała mu łóżeczka i mówiła, że poszły na dwór albo do lekarza. Gdy prosił o dowód, że dzieci są leczone, Jadwiga N. podpisywała oświadczenie, że to prawda, a jemu to wystarczało. Paweł Sibiński, kierownik MOPS na Polesiu: – Wykazaliśmy się pewną niefrasobliwością.

Pracownica poradni przy ul. Wileńskiej, w której powinny się leczyć dzieci N.: – Każde dziecko musi przejść okresowe obowiązkowe szczepienia i badania, ale od lat nikt o to nie dba. Najwyżej kasa chorych zaoszczędzi.

Wszystkie instytucje mają pretensje do policji, że choć wyposażona w tyle uprawnień, nie umiała miesiącami znaleźć małżonków N. Dla policji przyczyny są prozaiczne: – Jak wyważymy drzwi, to potem ktoś musi mieszkanie zabezpieczyć. Kiedyś robiły to administracje nieruchomości. Dziś jak mieszkanie zostanie na chwilę otwarte, to aresztowany zaraz twierdzi, że został okradziony. Występuje o odszkodowanie i policja musi płacić. Więc odchodzimy grzecznie z kwitkiem. A jak już trzeba wejść, to się wzywa straż pożarną i idzie przez okno – mówi jeden z funkcjonariuszy.

Pod dachem z mordercą

Śmierci więc nikt nie widział, nikt się jej nie domyślał. Nikt nie wie, kiedy i co stało się za balkonowym oknem od podwórka. Czy prawdziwe są zeznania Krzysztofa N.? Został zatrzymany w Parku im. Poniatowskiego. Była z nim Monika. Mówi, że syn Kamil zmarł na nerki. Ukrył ciało, bo bał się, że kara za znęcanie się zostanie odwieszona. Postanowili z żoną, że popełnią samobójstwo – cała rodzina. Przed snem każdy zażył fiolkę relanium, ale wszyscy się obudzili, nie wstał tylko Adaś. Krzysztof N. chciał sprawdzić, czy oddycha. Zanurzył mu głowę w wannie – jak sprawdza się przebitą dętkę. Dziewczynkę – noworodka utopił, bo jak zeznał, bał się, że pojawienie się dziecka nie zostanie dobrze przyjęte przez kuratora. Czwarte dziecko rodziło się, gdy ojciec był zupełnie pijany. Więc nie pamięta, czy było żywe, czy martwe.

Teraz wszyscy znów chcą zajrzeć przez balkonowe okno, interesują się, co za nim jest, co było. Okno od podwórka sfilmowały wszystkie telewizje, był nawet jeden program na żywo. N. nagle jakby stali się bardziej zajmujący, ciekawi. Dla sąsiadów, kuratorów, pedagogów, policjantów. Teraz wszyscy chcą się nimi zajmować, chcą analizować. Sąsiedzi udzielają wywiadów. Pies pani Ireny Bobrowskiej dawno już nie zażywał tak długich spacerów, bo pani Irena uważa, żeby nie przegapić ani jednego dziennikarza. Po tym, jak pani Teresa wystąpiła w telewizji, wszyscy znajomi pytają: co się tam u tych N. stało? Znani psychologowie mówią o ciężkim niedorozwoju uczuciowości wyższej u rodziców, socjologowie o zerwaniu więzi sąsiedzkich spowodowanym zwiększeniem tempa życia: częstszymi zmianami pracy i mieszkania, większą ilością pokus, by wolny czas spędzać poza domem, a kuratorzy o nowych środkach probacji.

Jadwiga N. jest w szóstym miesiącu ciąży. Nie przyznaje się do zamordowania dzieci. Monika ciągle pyta o nią: czy mama ma gdzie spać, czy ktoś się nią opiekuje.

Imiona i nazwiska niektórych osób występujących w tekście zostały na ich prośbę zmienione.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj