Feministki: Czy jest o co palić staniki?
Dlaczego w Polsce tak trudno być feministką? Na to pytanie próbowała odpowiedzieć autorka artykułu nominowanego do nagrody Grand Press.
Polskim feministkom niełatwo przebić się z oczywistą, wręcz banalną, ich zdaniem, prawdą, że kobiety mają w Polsce gorzej.
Arkadiusz Ścichocki/Agencja Gazeta

Polskim feministkom niełatwo przebić się z oczywistą, wręcz banalną, ich zdaniem, prawdą, że kobiety mają w Polsce gorzej.

Nie ma jednej definicji feminizmu, bo już od dawna nie ma jednego feminizmu.
Orset Bernard/Polityka

Nie ma jednej definicji feminizmu, bo już od dawna nie ma jednego feminizmu.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w sierpniu 2000 r.

Starsza, bita przez męża kobieta, która przyszła po pomoc do Krakowskiego Centrum Kobiet, widząc na grzbietach książek w biblioteczce powtarzające się słowo „feminizm” zawołała ze zgrozą: – To wy tu jesteście przeciwko mężczyznom?! O feministkach ostatnio coraz głośniej – w życiu publicznym i mediach – bo i feministki stają się coraz głośniejsze. Ale też ciągle w Polsce kojarzy się z nimi stereotyp sfrustrowanej baby z brodą, która najchętniej wykastrowałaby wszystkich mężczyzn. Na drugim biegunie jest postawa aktywnych kobiet sukcesu, przekonanych, że równouprawnienie stało się już faktem i nie ma o co palić staników. Polskim feministkom niełatwo przebić się z oczywistą, wręcz banalną, ich zdaniem, prawdą, że kobiety mają w Polsce gorzej.

„Że możecie same po ulicach chodzić, koleją jeździć, o czem chcecie, o rozumnych książkach czy nierozumnych plotkach w towarzystwie rozmawiać, wszystko to winnyście pierwszym radownicom, co wam wśród szyderstw i wydziwiań drogę utorowały”.
Narcyza Żmichowska

Arystoteles, jeden z ojców duchowych naszej cywilizacji, twierdził, że kobiety nie są zdolne do racjonalnego myślenia. Nie trzeba jednak sięgać tak daleko wstecz, by przekonać się, że emancypacja jest zjawiskiem bardzo świeżej daty. Mary Ward, która w XVII w. założyła szkołę dla kobiet, została z nakazu Stolicy Apostolskiej aresztowana i oskarżona o herezję. Spędziła w więzieniu 4 lata. W wydanym 200 lat temu kodeksie Napoleona czytamy, że „osobami, którym nie przysługują prawa sądowe są: nieletni, zamężne kobiety, kryminaliści i debile”. Szwajcarki uzyskały prawa wyborcze dopiero w 1971 r. To tylko kilka faktów z długiej listy. Janusz Korwin-Mikke jeszcze dziś twierdzi, że nie powinno się zmuszać kobiet do nauki matematyki, bo to im szkodzi na kobiecość.

Pierwsza fala

Tak dziś oczywiste i naturalne przywileje jak prawo wyborcze czy prawo do edukacji zawdzięczają kobiety działalności XIX- i XX-wiecznych sufrażystek, określanej dziś jako feminizm I fali. Jego apogeum był marsz emancypantek na angielski parlament. Kobiety przez 6 godzin walczyły wtedy z policją. Dwie zginęły, kilkadziesiąt zostało rannych. Sufrażystki ogłaszały strajki, głodówki, podpalały urzędy publiczne. U nas nie było tak dramatycznych epizodów. Polki w tym czasie haftowały sztandary, darły szarpie i chodziły na msze za ojczyznę. Nie znaczy to jednak, że nie było feministek. Były: Maria Konopnicka, która odeszła od męża i sama wychowywała i utrzymywała szóstkę dzieci, Eliza Orzeszkowa, która w „Kilku słowach o kobiecie” postulowała dostęp do edukacji i rynku pracy. Były nawet stowarzyszenia feministyczne, takie jak Entuzjastki skupione wokół Narcyzy Żmichowskiej czy Związek Równouprawnienia Kobiet Polskich Pauliny Kuczalskiej, nazywanej u nas papieżem feminizmu. O Paulinie Kuczalskiej i dziesiątkach innych działaczek nikt dziś nie pamięta. Współczesne feministki próbują odgrzebywać historię swoich patronek, a odnalazły je nawet w XV w., w postaci Nawojki, córki rektora szkoły w Wielkopolsce, która przebrana za mężczyznę studiowała w Akademii Krakowskiej. Takim pomostem do przeszłości była książka Sławomiry Walczewskiej „Damy, rycerze, feministki”, nominowana do Paszportu „Polityki”.

Polki uzyskały prawa wyborcze wcześnie, bo już w 1918 r. Powszechnie uważa się, że nie musiały o nie walczyć, dostały je w prezencie razem z niepodległością.

– Także zapis, że gwałt w małżeństwie jest przestępstwem, o co walczyły feministki na Zachodzie, funkcjonował w polskim prawie już przed wojną. Problem w tym, że wiele Polek do dziś nie zdaje sobie z tego sprawy – mówi prof. Małgorzata Fuszara prowadząca na Uniwersytecie Warszawskim Gender Studies (gender to płeć kulturowa, w odróżnieniu od sex – płci biologicznej).

Świat na pół

Druga fala feminizmu ominęła Polskę. Natomiast na Zachodzie w latach 60. i 70. dokonała się prawdziwa rewolucja: mentalna, polityczna, seksualna. Trudno właściwie wskazać punkt, od którego się zaczęła. Na pewno przełomem była wydana w 1965 r. „Mistyka kobiecości” Betty Friedan, książka analizująca ankietę przeprowadzoną wśród amerykańskich kobiet, z której wynikało, że różowy stereotyp szczęśliwej amerykańskiej rodziny to mit, a kobiety czują się zepchnięte na margines życia. Potem był rok 1968 i wybory Miss Ameryki, zakłócone przez feministki, które wywiesiły z galerii transparent z napisem „Women‘s Liberation”. Wyprowadzone przez policję dołączyły do grupy oczekujących na zewnątrz kobiet, by do wielkiego kosza wrzucać kolejno: pasy wyszczuplające, sztuczne rzęsy, lokówki, egzemplarze „Playboya”, buty na szpilkach, wreszcie staniki. Do spalenia tego całego kramu nie doszło, bo władze nie zezwoliły na rozpalenie ognia. Ale legenda palaczek biustonoszy przetrwała do dziś. Z tamtego czasu pochodzą hasła: Kobieta jest Murzynem świata (pamiętne z piosenki Johna Lennona), prywatne jest polityczne, weźcie połowę odpowiedzialności za dom i oddajcie nam pół świata.

Pierwszą ważną datą dla polskich feministek jest rok 1986, gdy zorganizowały Kino Kobiet – przegląd kilkudziesięciu filmów reżyserowanych przez kobiety z całego świata. Ale dopiero debata o dopuszczalności przerywania ciąży na dobre obudziła uśpiony polski feminizm. Aleksandra Solik, działaczka Stowarzyszenia Kobiet na rzecz Równego Statusu Płci, wspomina, że do tamtej pory nawet wyraźne z dzisiejszej perspektywy przejawy dyskryminacji uważała za irytujący, ale niegroźny folklor. W 1989 r. zarejestrowano Polskie Stowarzyszenie Feministyczne, które zorganizowało seminarium w Mądralinie. Mówiono o aborcji, o społecznym przyzwoleniu na przemoc wobec kobiet, o totalitarnym charakterze oddziałów położniczych, niesprawiedliwym podziale obowiązków w rodzinie. Z dwudziestoparoletnim opóźnieniem Polki przerabiały lekcję, którą ich zachodnie koleżanki miały już dawno za sobą.

PSF rozpadło się z powodu wewnętrznych konfliktów, ale jego działaczki w większości są aktywne do dziś. Pracują w feministycznych fundacjach, centrach, stowarzyszeniach.

Dyskutują partie prawicowe, kółka ornitologów, dlaczego akurat feministki miałyby się we wszystkim ze sobą zgadzać– tłumaczy Beata Kozak, redaktor naczelna feministycznego pisma „Zadra”. – Nie jesteśmy monolitem, a feminizm to nie jest zamknięty system ideologiczny. Różnimy się w poglądach na niektóre sprawy.

Smereczyńska na papieża

Nie ma jednej definicji feminizmu, bo już od dawna nie ma jednego feminizmu. Słowniki wymieniają feminizm liberalny, socjalistyczny, marksistowski, anarchistyczny, czarny, lesbijski, transcendentalny i ekologiczny etc. „Nigdy dobrze nie wiedziałam, czym jest feminizm. Wiedziałam tylko, że ludzie nazywali mnie feministką, gdy wyrażałam uczucia, które odróżniały mnie od ścierki do podłogi czy od prostytutki” – napisała jedna z zachodnich aktywistek.

U nas przyjęto minimum programowe, które można by streścić w dwóch punktach: 1. pozycja kobiet jest w Polsce gorsza niż sytuacja mężczyzn; 2. należy tę sytuację zmienić.

Jednym z feministycznych postulatów jest wprowadzenie zasady parytetu, który miałby wyrównywać szansę mężczyzn i kobiet. Proponowano na przykład, by na listach wyborczych partii politycznych 30 proc. miejsc zagwarantować dla kobiet. Na głosy sprzeciwu, że wówczas w ławach parlamentarnych zasiądą osoby niekompetentne, promowane tylko z tego powodu, że są kobietami, feministki odpowiadają: Trudno, zastąpią niekompetentnych mężczyzn. W wielu demokracjach zachodnich wprowadzono różne formy akcji afirmacyjnej ułatwiającej kobietom start do kariery. U nas nie udało się nawet przeprowadzić poważnej dyskusji na ten temat.

Kobiety są dyskryminowane przede wszystkim na rynku pracy. A te, które robią zawodową karierę, w pewnym momencie uderzają o „szklany sufit”, który pozwala na awans tylko do pewnego stanowiska. Bywa, że pracodawcy zmuszają je do przeprowadzania testów ciążowych. Dalej feministki wymieniają odebranie kobietom prawa do aborcji, zlikwidowanie dopłat do antykoncepcji, fakt, że ofiary gwałtów nie są należycie chronione. Minister Kazimierz Kapera, który wstrzymał dotowany przez ONZ program budowy schronisk dla bitych kobiet i dzieci, bo uznał, że stawia to w złym świetle polskich ojców, jest ulubionym bohaterem polskich feministek. Przyznały mu nagrodę Złotego Zęba i urządziły na krakowskim rynku happening, podczas którego przebrane za ciężarne Matki Polki wyśpiewywały na modłę kościelną fragmenty jego wypowiedzi. Gdy minister Kapera stracił stanowisko pełnomocnika rządu do spraw rodziny (bynajmniej nie przez wypowiedzi na temat kobiet, ale na temat białej rasy), jego miejsce zajęła Maria Smereczyńska, która też już zdążyła stać się bohaterką happeningu. 8 marca maszerujące ulicami Warszawy feministki postulowały: Smereczyńska na papieża. Postać pani minister uznały za żywy dowód, że nie płeć świadczy o człowieku.

– Różnica między Polską a Zachodem polega na tym, że tam problemy kobiet traktuje się poważnie, a u nas ciągle są to śmichy-chichy – mówi Barbara Limanowska z Ośrodka Informacji Środowisk Kobiecych OŚKA. – Sejmowa debata o równym statusie to był ciąg prymitywnych i ordynarnych żartów. Raport rządowy na temat realizacji postanowień konferencji pekińskiej nie tylko nie był dyskutowany z organizacjami kobiecymi, ale nawet nie został nam udostępniony. Na konferencję ONZ „Kobieta 2000” wysłano ministra Jerzego Kropiwnickiego, który skompromitował polską delegację. Pytany, dlaczego akurat on tam pojechał, odpowiedział: a dlaczego nie? U nas na kwestii kobiecej zna się każdy, bo każdy przecież wie, co chłop, a co baba.

Chłopcy są w błędzie

Główne ośrodki feminizmu w Polsce to Kraków i Warszawa. W Krakowie działa Centrum Kobiet Fundacji Kobiecej eFKa. Wydaje kwartalnik „Zadra”, organizuje konferencje, spotkania dyskusyjne i wieczory autorskie, udziela kobietom darmowych porad prawnych, prowadzi grupy wsparcia i telefon zaufania.

Większość telefonów dotyczy problemów w związkach, rozwodów, przemocy domowej – opowiada Sławka Walczewska, z zarządu eFKi. – Czasem dzwonią kobiety, by poradzić się w sprawach antykoncepcji albo spytać, co mogą zrobić, gdy są molestowane seksualnie w pracy. Udzielamy informacji, rozmawiamy, ale nie mówimy kobietom, co mają zrobić ze swoim życiem. Niektóre potrzebują po prostu się wygadać. Pamiętam sprawę wykładowczyni jednej z krakowskich uczelni, którą mąż, też wykładowca, tak łomotał, że złamał jej żebro. Jako psycholog wiedziała wszystko o przemocy domowej, ale dość późno zorientowała się, że jej samej też to dotyczy. Zadzwoniła do nas, bo rozwód to był kryzys w jej życiu i nie chciała być z tym sama. Takie miejsca są kobietom potrzebne.

W Warszawie działają m.in. Centrum Praw Kobiet, OŚKA, Centrum Kobiet przy Mokotowskiej. Wydają biuletyny i książki, mają własne biblioteki, a CPK, podobnie jak eFKa, prowadzi działalność poradniczą i telefon zaufania. Większość ośrodków funkcjonuje dzięki pieniądzom od zachodnich fundacji, głównie niemieckich i amerykańskich.

Na Uniwersytecie Warszawskim powstały Interdyscyplinarne Studia nad Kulturową i Społeczną Rolą Płci – Gender Studies. Podobny ośrodek działa na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, także na Uniwersytecie Jagiellońskim są osoby zainteresowane założeniem Gender Studies. Mimo ich krótkiej historii zdołały już wywołać w prasie burzliwą dyskusję. Na łamach „Rzeczpospolitej” zaatakowała je Agnieszka Kołakowska oskarżając o pseudonaukowość i doprowadzenie do absurdu zasad politycznej poprawności. Ripostowała między innymi wykładająca na GS prof. Maria Janion twierdząc, że studia te spotykają się z obelgami i oskarżeniami o krzewienie feminizmu, typowymi dla prawicowej nowomowy, choć nie jest to żadna ideologia, tylko nauka bardzo trudna i skomplikowana.

Na obrzeżach głównego nurtu działają anarchofeministki – dziewczyny, które w grupach anarchistycznych doświadczyły od swoich kolegów mniej więcej tego samego, co ich starsze koleżanki z Solidarności od swoich – tzn. że mają malować transparenty, a nie wykrzykiwać o prawach kobiet. Założyły więc własne grupy, m.in: Radykalną Grupę Anarchofeministyczną Wiedźma, Femina Front, Emancypunx. Organizują happeningi i koncerty, wydają ziny (m.in. Modliszka, Vacula). Są ostre, radykalne i groźne jak walkirie. „Chłopcy liczą na nasze przyzwolenie, naszą ignorancję, nasz strach. Chłopcy liczą, że ich fiuty, pięści, noże, pierdolenie, gwałty zmienią nas w potulne kobiety (...). Chłopcy są w cholernym błędzie” – przestrzegają w Vaculi.

Kto się boi Virginii Woolf

Feminizm często zaczyna się od książki. Dla jednych są to powieści Margaret Atwood czy „Własny pokój” Virginii Woolf, dla innych „Druga Płeć” Simone de Beauvoir. Kultową książką feministek są także „Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg – historia spotkania dwóch kobiet. Evelyn Couch, czyli gruba, pięćdziesięcioletnia Ewelina Kanapa, prowadząca nudne życie w nieudanym małżeństwie, spotyka dziwną staruszkę, która opowiada jej historię swojego życia – historię przyjaźni i miłości między kobietami. Pod wpływem tej opowieści coś się zmienia w Ewelinie Kanapie i któregoś dnia, gdy mąż jak zwykle żąda, żeby podała mu piwo, krzyczy: spierdalaj Ed! I ten okrzyk ma moc wyzwalającą. Od takiej złości też czasem zaczyna się feminizm.

Chyba nie można przestać być feministką – mówi Beata Kozak. – Bo feminizm to totalna zmiana optyki. Nagle zaczyna się jasno dostrzegać rzeczy, których się przedtem nie widziało albo wydawały się oczywiste. I zaczyna się pytać: dlaczego?

Na przykład: dlaczego do konstytucji planowano wprowadzić zapis, że „kobieta jest równa mężczyźnie” i jak to by brzmiało odwrotnie? Dlaczego młodzi mężczyźni mogą wziąć ślub w wieku lat 21, a dziewczętom wystarczy 18 i czy przypadkiem nie chodzi o to, że od chłopca oczekuje się, że zdobędzie jakąś pozycję w życiu, a 18 lat to dosyć, żeby urodzić dziecko i poprowadzić dom? Dlaczego w podręcznikach szkolnych mama z Alą gotują obiad, a tata z Olkiem robią same ciekawe rzeczy? Dlaczego po ślubie kobieta automatycznie przybiera nazwisko męża? Dlaczego kiedy kobiety zaczynają pisać książki, to krytycy nazywają to literaturą menstruacyjną? (feministki odgryzły się nazywając krytyków Bractwem Siurkowym).

Feministki przyznają, że wiele z tych pytań może wyglądać na czepianie się rzeczy bez znaczenia, ale twierdzą, że w ten właśnie sposób buduje się społeczne stereotypy ról płciowych.

Nie bez znaczenia jest jeszcze jeden stereotyp: feministki-lesbijki. Jedno z radykalnych haseł w Ameryce lat 70. brzmiało: „Feminizm jest teorią, a lesbianizm praktyką”. Nie u wszystkich wywołał entuzjazm i doprowadził do podziału w ruchu feministycznym. W polskim feminizmie nurt ten jest zbyt wątły, by stać się przyczyną konfliktów. Honorową lesbijką ogłosiła się Izabela Filipiak licząc, że za nią pójdą inne, ale nie poszły. Tematyka lesbijska pojawia się czasem na łamach feministycznych pism i zinów, niektóre organizacje tworzą grupy wsparcia dla lesbijek. Jednak Bożena Umińska, filozof, twierdzi, że z obawy przed poruszaniem tematu seksualności, także homoseksualnej, polski feminizm woli nie mieć żadnej orientacji.

– Zdecydowana większość polskich feministek ma mężów i dzieci. Ale żadna z nas nie lubi pytań o życie prywatne, bo wynikają ze stereotypu, że coś tam jednak jest nie w porządku – mówi Beata Kozak.

Zdaniem Barbary Limanowskiej feminizm polega także na tym, żeby się tej etykiety nie bać. Na naszej scenie politycznej do feminizmu przyznawała się prof. Zofia Kuratowska, a dziś deklarują go m.in. Barbara Labuda, Izabela Jaruga-Nowacka, Jolanta Banach, Wanda Nowicka. Kobiety na najwyższych stanowiskach wolą unikać tego słowa. W niektórych teoriach feministycznych określa się je jako „agentki”, czyli kobiety zajmujące prestiżowe stanowiska, ale lojalne wobec patriarchalnego systemu wartości, często występujące przeciw emancypacyjnym zapędom innych kobiet, tłumaczące z wyżyn swojej pozycji, jak cenią rolę kobiety i jak za nią tęsknią. Są kimś w rodzaju „honorowych mężczyzn”. U nas pasowałaby do tego wzorca Hanna Gronkiewicz-Waltz. Także Hannie Suchockiej feministki nie mogą wybaczyć, że jako premier pokazała się w telewizji w fartuszku i przy garach.

Sztandarową polską feministką jest pisarka i felietonistka „Wysokich Obcasów” Kinga Dunin, która swoimi radykalnymi stwierdzeniami (m.in. o patriarchacie, który zmusza kobiety do chodzenia na szpilkach) budzi zachwyt jednych, a przerażenie drugich. Wypełniając zamieszczony w „Wysokich Obcasach” tzw. kwestionariusz Prousta Jerzy Pilch na pytanie, co wzbudza w nim obsesyjny lęk, odpowiedział: Kinga Dunin, „Nasz Dziennik” uznał natomiast, że nie posiada ona duszy. Etykiety feministki nie unika także dziennikarka Małgorzata Domagalik, choć z pewnymi obustronnymi zastrzeżeniami; ona zarzuca feministkom, że nie przekładają swoich racji na przystępny język, one zaś, że jej felietony to listek figowy, który ma we „Wprost” odfajkować kwestię kobiecą.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj