Widok z okna
13 września pisarz obchodziłby 80. urodziny. Przedstawiamy fragment jego autobiograficznej książki „Z Głowy.” Janusz Głowacki zmarł 19 sierpnia 2017 r. w Egipcie.
Jörg Schubert/Flickr CC by 2.0

Fragment ukazał się w Niezbędniku Inteligenta POLITYKI we wrześniu 2004 r.

W moim pokoju na Manhattanie mam pięć okien. Jeżeli się dobrze wychylę przez jedno z trzech wychodzących na 101 ulicę, widzę rzekę Hudson, w tym miejscu wąską, czyli szerokości czterech Wiseł. Paręnaście ulic stąd Izaak Singer, kiedy się już przeprowadził na Manhattan z Brighton Beach, obserwował cienie nad Hudsonem. Singer się martwił, że w Nowym Jorku za dużo się dzieje i dlatego nic nie widać. Więc żeby spokojnie popodglądać, pod koniec się przeniósł do Miami.

Przez dwa okna wychodzące na West End Avenue, bez wychylania, widzę synagogę, a sto metrów dalej, nad willowymi domkami prowadzącymi w stronę Central Parku, sterczą wieżowce Broadwayu. Na dachu jednego z nich umieszczono ogromną, przykrytą wieńcem trumnę. Pod nią ostrzegawczy napis: „Papierosy cię zabijają”. Mnie to akurat wisi, bo nie palę.

Marek Piwowski nakręcił kiedyś antyalkoholową reklamówkę. Ten temat jest mi zresztą bliższy. W otwartej trumnie leżał Himilsbach. Nagle sztywno jak wampir siadał i ostrzegał: „Kto pije, krótko żyje”, i kładł się z powrotem. Kiedyś napisaliśmy z Markiem Piwowskim scenariusz filmowy pt. „Ja się do polityki nie mieszam”. Wszystko się miało dziać w międzywojennej Polsce. Najpierw odrzucił go bez podania przyczyn mój były szef Janusz Wilhelmi, a zaraz potem w telewizji mój były kolega redakcyjny Janusz Rolicki, z przyczyn, że to jest niby o Michniku, co nam akurat do głowy nie przychodziło. W psychiatrii jest taki test nazywany „testem białej kartki”. Jak się alkoholikowi w ostatnim stadium delirium pokaże kawałek czystego papieru, to on zaczyna bardzo płynnie go odczytywać, wyliczając wszystkie swoje obsesje i wymieniając nazwiska wyimaginowanych nieprzyjaciół. Akurat Janusz Rolicki nie pił w ogóle, ale podobnie jak najrozmaitsze władze i cenzura czytał płynnie.

Piwowski, żeby wyjść z depresji, nakręcił na bardzo drogiej taśmie Kodaka jedyny w PRL-u krótki, ale piękny film pornograficzny, zrobiony za państwowe pieniądze. Film zastrzeżeń cenzury nie wzbudził. Miał intencje szlachetne, bo ostrzegał przed mocno rozpowszechnionymi wenerycznymi chorobami. Akcja polegała na tym, że na ekranie kilka uśmiechniętych par wykonywało prace erotyczne w mniej lub bardziej wyszukanych pozycjach, po czym pojawiał się napis: „Oto najczęstsze sposoby zarażenia”. Pamiętam długi szereg młodych aktorek czekających w korytarzu na Chełmskiej na próbne zdjęcia. Film zamówiła Wytwórnia Filmów Oświatowych i Marek bardzo się starał załatwić wyświetlanie tego utworu przed jednym z filmów Krzysztofa Zanussiego. Szefowie wytwórni obejrzeli film kilka razy, uznali za wybitne dzieło sztuki, ale jednak mieli wątpliwości. I film Zanussiego kolejny raz nie zrobił kasy.

No więc siedzę przy oknie, czytam patriotyczne przemówienie George’a W. Busha w sprawie Iraku i terroryzmu, utrzymane w tonacji przemówień Edwarda Gierka. „Nie spoczniemy, póki ostatni terrorysta nie zostanie schwytany”, i tak dalej, i jak zawsze się zastanawiam, czyby nie wrócić do Polski, a co parę minut zerkam na West End. Przed moim domem poza regularnymi przechodniami i joggerami kręcą się dziennikarze z tak zwanych tabloids, czyli „Daily News” i „New York Post” – czyli czegoś w rodzaju naszego „Super Expressu” i „Faktu”. Polują na moją 23-letnią córkę Zuzę, która podrosła i pracuje w „New York Timesie”. Chcą ją znaleźć, przepytać, a zwłaszcza sfotografować, bo jej przyjaciel, reporter Jayson Blair, stał się bohaterem może największej w historii amerykańskiego dziennikarstwa afery. W czystym jak łza i wiarygodnym do ostatniej kropli krwi „New York Timesie” wydrukował jako swój przepisany z jakiejś malutkiej prowincjonalnej gazety artykuł, a także fikcyjne rozmowy z rodzicami walczących w Iraku marines. Dziennikarze z ulicy muszą mieć zdjęcia Zuzi, bo się dowiedzieli, że się z Jaysonem przyjaźniła.

Naprawdę chodzi o to, że Zuzia jest biała i jest blondynką, a Jayson jest czarny. Więc jakby jeszcze byli kochankami, to już by była całkiem przyzwoita story. Zuzia w Nowym Jorku dorastała w tempie przyspieszonym. Najpierw się zmieniła z przestraszonej małej dziewczynki w ubraną w ciężkie buciory z kolcami i oplecioną łańcuchami uczennicę z artystycznej szkoły PS. 41 w Greenwich Village. Zaraz potem w grzeczną uczennicę z elitarnej szkoły prywatnej dla panienek z dobrych domów, czyli Nightingale-Bamford. Potem w studentkę Liberal Arts w Bard College. I za chwilę już ją przyjęli do „New York Timesa”. Po drodze była w samolotowym wypadku. Jumbo Jet, którym miała lecieć do Miami w straszliwą burzę śnieżną, się poślizgnął, wypadł ze startowego pasa i ściął skrzydłem betonową wieżę, zgubił silnik, połamał koła i zarył nosem w śniegu. W samolocie kilkanaście foteli zostało wyrwanych, w powietrzu latały walizki, jęczeli lekko i ciężko ranni, a 13-letnia Zuzia nakręciła to wszystko kamerą wideo. Chwilę potem otoczyli ją polujący na nieszczęścia szakale z telewizji. Zobaczyli, że kręci, więc pomyśleli, że jest jednym z nich i kanał Fox 5 odkupił od niej kasetę. A od niego odkupiły kanały inne. Wieczorem wszystkie pokazywały to, co Zuzia nakręciła. Nazywali ją wtedy dzielną młodą Amerykanką. Ale teraz „Daily News” pisze: „Tajemnicza kobieta z Polski”. Tak czy inaczej koniecznie jest potrzebne zdjęcie Zuzi. Bez zdjęć nie ma rozmowy. Same słowa już są do niczego. Czytelnicy tabloidów nie chcą słów. Chcą krwi i mięsa, słowa mają gdzieś. Zwłaszcza że nie każdy czytelnik umie czytać.

Więc reporterzy czekają, wymieniają się, wypytują sąsiadów, przysyłają mi przez portierów listy, że „to wszystko dla prawdy”, „Tylko prawda nas interesuje”, „Dzianus help us!”. Ale ja piszę dla teatru i wiem, o co chodzi i oni też wiedzą, że ja wiem, ale próbują. A jak na razie demaskując kłamstwa Blaira, w poszukiwaniu prawdy kłamią coraz bardziej. To, czego oni nie wiedzą, to jest to, że Zuzia już od roku się wyprowadziła. I trochę się martwię, że jeżeli najbardziej przebojowi reporterzy nie umieją zdobyć nowego adresu i telefonu Zuzi w Nowym Jorku, to czy aby CIA na pewno da radę odnaleźć Osamę bin Ladena.

Ja nie będę ukrywał, że to zamieszanie koło Zuzi i Ewę, i mnie mocno trzasnęło. Pocieszało nas, że my oboje strasznie chcielibyśmy, żeby została prawdziwą Amerykanką, weszła w system i dlatego tak się cieszyliśmy, że pracuje w „New York Timesie”. Ale jakoś zapomnieliśmy, że prawdziwą Amerykanką to ona była od początku, a teraz stała się przez przypadek częścią czegoś o wiele bardziej amerykańskiego niż system, czyli skandalu.

Między reporterami się kręci Japończyk transwestyta. Bo gdyby jego zdjęcie się pokazało na gossip, czyli plotkarskiej kolumnie w „New York Post”, to kto wie, mógłby to być początek kariery. Więc Japończyk trochę histeryzuje i słyszę z czwartego piętra, że odwołuje się do wyższych uczuć. Opowiada o trudnym dzieciństwie, przeprasza za Pearl Harbor, ale transwestyci są już niemodni i nikt nie chce zmarnować na niego kliszy.

Niby powinienem zasłonić okno, się skupić, pisać, ale ciężko jest przetrzymać ograniczenie ścianami. Tyle że z takim nieograniczeniem ostatecznym też nie jest zawsze lekko. Josif Brodski powiedział, że nie może wytrzymać oceanu, dopóki nie zobaczy jakiegoś żagla albo komina statku. Jak już jest jaki najmarniejszy nawet punkt zaczepienia, to się daje wytrzymać. Tak samo jest z mieszkaniem mimo okien. Na dłuższą metę samemu trudno, więc się kogoś wpuszcza. Kobietę na przykład. I jest chwila ulgi. Ale potem już nie można tego tłoku wytrzymać, się ją wyprowadza i znów można żyć. I potem od nowa. Nie ma wyjścia. Mdłości chwytają, coś jak bohatera w programowej książce Sartre’a. Ale Sartre, żeby przyzwoicie wyłożyć program egzystencjalizmu, potrzebował całej powieści. U nas w Polsce to się daje ująć krócej. Ktoś idzie sobie na przykład ulicą, widzi faceta, który rzyga, i mówi: „Całkowicie się z panem zgadzam”. Tyle że polski egzystencjalizm traci czystość, bo się zawsze troszkę politycznie kojarzy. Brodski odradzał mi wymianę kobiet. Bo po trzech latach wszystko jest tak samo, tyle że przybywa rachunków na biurku. Ale wymieniał.

Michał Kott, syn profesora Jana, jeden z najinteligentniejszych ludzi, jakich znam, który przez omyłkę zamiast pisaniem zajmuje się sprawą beznadziejną, czyli nauczaniem wschodnich Europejczyków demokracji, dostał w college’u w Ameryce nagrodę za esej o perwersjach. Napisał, że perwersja to jest głównie brak kontaktu między partnerami. Dlatego za perwersję uznał, na przykład, zdecydowanie jednostronną nekrofilię, ale w żadnym wypadku wykonywany z pasją i za obopólną zgodą układ sado-maso. Z kolei wygląda, że jest nią stosunek małżeński, bo mechaniczny, a więc bez kontaktu. Ale co z tego. Michał ma żonę i trójkę dzieci.

No i już czas, żeby wyjrzeć przez okno. Większość reporterów poszła na kawę do Starbucksa, zostali tylko ci z aparatami i siwy bezdomny Murzyn, co sobie śpi na chodniku. Między nimi przepycha się smutna procesja. Starszy, wymęczony mężczyzna ciągnie niską drewnianą platformę do przewożenia mebli, na czterech żelaznych kółkach. Siedzi na niej ogromny i bardzo stary pies. Platformę z tyłu popycha kobieta. Pewnie boi się, żeby mąż nie dostał zawału. Pies siedzi smutny i obojętny. Wiem, gdzie jadą, dwie ulice dalej jest szpital dla zwierząt. Tam się usypia stare i chore zwierzęta. Wygląda na to, że pies odbywa swoją ostatnią podróż i że o tym wie. Stary Murzyn się budzi, uprzejmie podciąga nogi i platforma przejechała. Co to jest, że dramat zwierząt bardziej mnie porusza niż ludzi. Ze „Zbrodni i kary” poza moimi ulubionymi postaciami Marmieładowem i Świdrygałowem najlepiej pamiętam zatłuczenie konia przez oszalałego z żądzy mordu woźnicę. Czy chodzi o to, że bezbronność zwierząt jest na tle ludzi bardziej bezbronna? Że nie rżną albo nie zabijają dla przyjemności? Sławny reżyser z dawnego Hollywoodu Cecile de Mille po obejrzeniu materiału z jakiegoś filmu powiedział: „Nie lubię tego bohatera. Dać mu psa”. Tak czy inaczej psy traktuje się na Manhattanie z większym zrozumieniem niż ludzi, oczywiście nie na tyle, żeby zaraz ten kondukt sfotografować. Po chwili Murzyn znów wygodnie wyciągnął nogi. Transwestyta pokręcił się jeszcze chwilę i zniknął. Zuzia na razie wzięła z „New York Timesa” urlop.

Z dachu mojego domu na West End Ave jest bardzo piękny widok na Riverside Park i rzekę Hudson. Dach jest płaski, szeroki i idealnie nadaje się do opalania. Ja byłem na nim tylko raz, 11 września 2001, kiedy drugi samolot uderzył w drugą wieżę. Razem z Zuzią wjechałem windą na dziewiętnaste piętro. Stała tam już i patrzyła na czarny dym i płomienie sąsiadka z piętra czternastego. Przed godziną jej mąż zabrał ośmioletniego synka, żeby pokazać mu World Trade Center. Po pierwszej eksplozji zadzwonił z komórki, że są OK. Po drugiej już nie zadzwonił. Przytuliła Zuzię i powiedziała: „Przepraszam cię, że musisz na to patrzeć. To nasza wina. To nasze pokolenie spieprzyło ten świat, ale ty nie powinnaś za to płacić”. Potem pojechała na dół miasta szukać męża i synka. Obaj nie żyli.

W moim pokoju w Warszawie na ulicy Bednarskiej mam okno tylko jedno. Ale też sporo widać. Okno wychodzi na parking samochodowy, od ulicy odgrodzony kamiennym sięgającym powyżej pasa murkiem oraz po bokach łańcuchami takimi jak na skrzyżowaniach. Po drugiej stronie parkingu jest przekleństwo, moje małe prywatne piekło. Kara za wszystkie świństwa, jakie w życiu zrobiłem i jakie jeszcze zrobię, czyli szkoła muzyczna. Tłum może zdolnych, a może nie, uczniów katuje w niej od rana do wieczora instrumenty i gardła. Wiosną, latem i jesienią stoją w otwartych oknach i grają na trąbkach i tym podobnych. Kiedyś osłaniały mnie dwie topole, ale jedną wycięli, bo alergię wywołuje, a trąbka i wycie jej, nie. Topola druga na szczęście jeszcze żyje. Mieszkańcy dookoła znoszą szkołę pokornie. Są pogodzeni z losem. Socjalizm przyzwyczaił ich, że nic się nie da zmienić. Nie wierzą, że mają jakieś prawa. Ja też nie wierzę. Coś tam próbowałem, ale nie wyszło, więc zamykam okno, wsadzam korki w uszy, a jak już zupełnie nie mogę wytrzymać – jadę do Nowego Jorku.

Jeżeli się dobrze wychylę, przez to jedyne okno widzę Agencję Towarzyską, wieczorem oświetloną ładnie, na różowo. Ona też ma związek z muzyką. Zawsze wiem, kiedy jest w Warszawie koncert chopinowski, bo na Bednarską 23 sunie wtedy wężyk Japończyków.

Na lewo od parkingu jest restauracja „Pod Retmanem”. Teraz jest w niej smutno i pustawo. Co jakiś czas zajeżdżają autokary z zagranicznymi wycieczkami. Wtedy przebrani za krakowiaków skinheadzi obejmują wytatuowane na ramionach krakowianki i tańczą dla Niemców kujawiaki. Niedawno szedłem wieczorem do domu, a z drugiej strony murku wystawała głowa parkingowego. „Panie Januszu – zawołał – niech pan pozwoli”. Parę razy mocno potrząsnął moją ręką: „Pan nawet nie wie, jak ja pana szanuję. Przepraszam, że w tej chwili oddaję mocz”. Pomyślałem, że chyba jednak powinienem wrócić do Polski.

W latach sześćdziesiątych „Pod Retmanem” to była kipiąca życiem restauracja rzemieślników. Co noc przychodzili tu twardziele, których nie potrafiła złamać dintojra urzędów podatkowych. Tu obchodzono imieniny i urządzano wesela. Wpadając na wieczorną „setę”, nasłuchałem się unoszących się w niebo lirycznych westchnień, namiętnych obietnic i czułych wspomnień o gorących poślubnych nocach: „Dałem jej po pysku, żeby wiedziała, i odbiłem konia, żeby nie myślała, że mi na niej zależy”.

Później na parkingu odbywały się porachunki. Kuśnierze tłukli się z producentami plastiku, szewcy ze stolarzami. Uczucia, jak u wielkich pisarzy rosyjskich, wybuchały nagle i gasły. Raz złodziej, uciekając z czyimś portfelem, zawadził o łańcuch, runął na ziemię i złamał nogę. Okradziony dżentelmen podbiegł do niego, ściskając w dłoni rozbitą butelkę, ale kiedy zobaczył, że człowiek zwija się z bólu, natychmiast doznał migotania uczuć. Mimo że padało, ściągnął marynarkę, podłożył mu pod głowę i zaczął pocieszać: „Leż sobie, leż spokojnie, ty biedny złodzieju”. Tyle że za chwilę, w związku z wywołanym przez koniak, winiak, jarzębiak i soplicę wahnięciem, krzyknął: „Oddawaj, kurwo, złodzieju, marynarkę”.

W tej restauracji, a właściwie w jej podziemiach, umieściłem akcję mojego długiego opowiadania „Paradis”. To było już dwa czy trzy tomy po „Wirówce nonsensu” i byłem, jak to często pogardliwie pisano, pisarzem środowiskowym, o którym poza Kawiarnią literacką nikt nie słyszał, na dodatek pozbawionym instynktu moralnego. Na ten mój brak narzekano ze wszystkich stron. Z jednej, że pracuję nie tam, gdzie trzeba, czyli w warszawskiej „Kulturze”, na dodatek tak się składa, że ulegam uczuciom z pewnością dalekim od bezinteresowności w stosunku do malarki Bożeny Wahl, siostry żony Romana Bratnego. Do tego Janusz Wilhelmi, chwaląc mnie za jakąś książkę w jednym z felietonów, porównał to co piszę z twórczością lansowanego przez partię, znienawidzonego przez opozycję, Andrzeja Brychta. Życzliwy mi Henryk Krzeczkowski zapytał wtedy: „Dlaczego Wilhelmi aż tak cię nienawidzi?”.

Z drugiej, na przykład Zdzisław Andruszkiewicz, redaktor naczelny „Walki Młodych” i późniejszy kierownik wydziału prasy KC, też miał co do mnie wątpliwości, którymi w roku 1970 podzielił się z czytelnikami tego pisma w poświęconym mi w całości artykule pt. „Wątpliwości zostały rozbudzone”. Pisał tam między innymi: „Czy literatura ma wychowywać? Czy ma mówić głosem swych bohaterów o trudzie budowania, tworzenia nowych wartości moralnych, nowego człowieka? Czy ma rozruszać, dostarczać przeżyć i sił do walki o świat lepszy, bardziej celowo i po ludzku urządzony? Głowacki powiada, że nie. Głowacki odrzuca społeczne funkcje literatury, jej obowiązek uczestniczenia w socjalistycznej świadomości”. „Zupełnie wystarczy – powiada – jeśli literatura będzie budzić wątpliwości, zmuszać do refleksji”. Oto credo Głowackiego... A potem: „wystarczy lada podmuch, by spowodować całkowitą bezradność, zagubienie załamanie. Przypomnijmy sobie postawy wielu studentów w dniach marcowych 1968, postawy tych młodych ludzi, których niedostatecznie wyposażono w umiejętność rozpoznawania, gdzie swój, gdzie wróg”. No i bardzo proszę.

Ale mimo wszystko szło mi nieźle. Zaprzyjaźniłem się z dużym i małym Heniem, czyli Krzeczkowskim i Berezą. Z Markiem Piwowskim wykonaliśmy „Psychodramę” i „Rejs”. Komplementowali mnie Iwaszkiewicz, Słonimski i Kisielewski. A kiedy napisałem opowiadanie „Polowanie na muchy”, Andrzej Wajda zadzwonił, że chce to nakręcić.

Opowiadanie było o słabiutkim i bezradnym mężczyźnie, którym manipulują silne kobiety-modliszki. Niby chcąc go uszczęśliwić, ale naprawdę, jak każde uszczęśliwianie na siłę, wpędzając w głęboką depresję. To był troszkę nowy w polskim kinie, a zwłaszcza u Wajdy, rodzaj bohatera zaplątanego w szarą rzeczywistość, bo mu się po nocach nie przypomina ani wojna, ani obóz, ani chociaż Niemiec z psem owczarkiem. A kiedy rozpina rozporek – to ze środka nie sypią się łuski.

Było to także dość świeże podejście do kobiet i na kolaudacji filmu przedstawicielka Ligi Kobiet oświadczyła, że ten film obraża polskie kobiety, które bohatersko zdały egzamin w czasie okupacji. Opowiadanie istotnie było cokolwiek mizoginiczne. Mnie akurat rzuciła malarka Bożena Wahl – pierwsza kobieta, z którą mieszkałem, i pierwsza, która mnie namawiała, żebym pisał. Zrobiła to zresztą pod głupim pretekstem, że ją cały czas zdradzam, więc byłem rozżalony. A znów Beata Tyszkiewicz rozstała się burzliwie z Andrzejem Wajdą, więc on też miał coś do powiedzenia na temat niszczących kobiet. Zabawne było to, że zaraz po rzuceniu Wajdy Beata się zgłosiła spokojnie na próbne zdjęcia do głównej roli – czyli kobiety-modliszki. Wajda jej nie wziął, więc już miał drobną satysfakcję. A tę rolę zagrała znakomicie bardzo piękna Małgosia Braunek. Tyle że w czasie kręcenia się zakochała w reżyserze Andrzeju Żuławskim, który ją natychmiast z lekka wyssał. Jak widać, czegoś prawdziwego ta opowieść dotykała. Andrzej Wajda tego filmu nie lubi, a ja też za nim nie przepadam. Opowiadanie jest smutno-szaro-śmieszne, a film je jakoś ubarwił i ugroteskowił. Ale i tak byłem szczęśliwy, bo film z Andrzejem Wajdą to wtedy lepiej w Polsce nie było można. Zresztą – Zygmunt Kałużyński, który miał najwyraźniej jeszcze większy żal do kobiet, napisał entuzjastyczną recenzję pt. „Świat zatruty przez panie”.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj