Tango Congreso
Odbieram „materiały konferencyjne”, kilo makulatury. Ale torba fajna – pochodzę z nią sobie po Warszawie.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 4 września 2013 r.

Sezon należy uznać za otwarty. Sezon konferencyjny. Nasz sezon. Czas ubogich wakacji dla tabunów miernot, drobnomieszczańskiej drobnicy, akademickiego zooplanktonu. Po tygodniach papierowej mitręgi, służącej zdobyciu środków uczelnianych na samolot, hotel i tzw. fi (fee), uzbrojeni w pendrajwy z żałosnymi i nikomu niepotrzebnymi prezentacjami po niby-angielsku, pełni turystyczno-erotycznych zapałów, biegniemy na lotnisko. Jak to dobrze, że mamy doktoraty, pracę na uczelni i chodziliśmy na kurs angielskiego! Takie profity! I jeszcze będzie z tego „zagraniczna publikacja”! Żyć, nie umierać. Ja na przykład to robię w tym roku Neapol. Pompeje, te rzeczy.

W recepcji tłok. Odbieram „materiały konferencyjne”, kilo makulatury. Ale torba fajna – pochodzę z nią sobie po Warszawie. Napis World Congress of coś tam 2013. Się było, się ma torbę. Otwierająca sesja plenarna. Kilku ważnych mówi, że jest super. Potem wielki profesor ma wykład. Zaraz po wykładzie wyjedzie. Niektórzy podchodzą bliżej i robią zdjęcia. Wieśniaki! Gorsze niż nasi! Udaję, że słucham, udaję, że rozumiem. Rozglądam się, czy są jacyś fajni koledzy, a najlepiej koleżanki. Wieczorem „recepcja”, czyli wyżerka.

Cześć, jestem Baśka, Wojtek jestem. Kiedy masz referat? Jutro. A to szczęściarz, bo ja to się muszę denerwować do czwartku. Gadki szmatki. Potem jeszcze w miasto. W swoim gronie. Do drugiej nad ranem polewamy i do hotelu. Następnego dnia mordęga – ale przecież za to nam płacą. Z programem konferencji w garści włóczymy się to tu, to tam, żeby „posłuchać czegoś ciekawego”. Ale i tak nic do łba nie wchodzi, a zresztą nie ma co, bo wszyscy tu tacy sami jak my, albo i to nie. Sumienie ciężko dyszy: ile trzeba tu wysiedzieć, żeby móc się już spokojnie urwać? Starsi wiedzą – wystarczy zostać do lunchu pierwszego dnia, potem przyjść na swoją sesję i jeszcze ewentualnie pojawić się na zamknięciu. Młodzi się szczypią. Trochę zatrzymuje ich próżność („uczestniczę w życiu naukowym”), trochę interes („a nuż kogoś poznam i mnie zaprosi”).

No, wreszcie moja sesja. Na „obradach sekcyjnych” trzeciego dnia konferencji na 300 osób mam na sali jedenaście dziwnych postaci, z czego połowa nie zna angielskiego. Czytam swoje. Ktoś wchodzi, ktoś wychodzi. Ludzie bawią się tabletami. Pytania? I have a question. Wstaje Chińczyk i pyta coś kompletnie od czapy. Napisze w sprawozdaniu, że był aktywny i zadawał pytania. OK. Mam to za sobą. Teraz naprawdę już tylko wakacje. Jadę na „wycieczkę opcjonalną”. W końcu coś mi się jako inteligentowi należy. Bez inteligencji nie byłoby rozwoju. Naród musi mieć te elity.

Pięknie jest. Widoki. Dobre espresso. Kulturalne rozmowy. Zawsze o tym samym: gdzie na świecie dobrze zjeść, co warto zobaczyć. A jak tam z hotelami i jakością usług? Że kiedyś zgubili mi bagaż w São Paulo. I że Żydzi strzelają do palestyńskich dzieci, co jest okropne. A czy w Polsce dalej taki straszny antysemityzm? Ćwierć wieku jeżdżę. Znam to na pamięć. Mam ich wszystkich dokładnie tam, gdzie oni mnie. I szafa gra.

Pokręcę się jeszcze po terenie. Spotykam znajome gęby. Udają, że się cieszą na mój widok. Starzy Niemcy z drugimi żonami. Hiszpanki, Rumunki. Jest moda na exotico. Niektórzy się przystawiają, bo też by chcieli do Polski. Dawno już wybierali się do Auschwitz, ale za swoje jechać to przesada. Serdecznie zapraszamy, Panie Profesorze! Oferuję oprowadzenie po mieście i ściągnięcie grupy studentów na pański odczyt. Tyle mogę. Wunderbar! Czasem faktycznie któryś przyjedzie. Trzeba mu skołować z siedem, osiem osób na salę. I zrobić plakat. Oni te plakaty biorą sobie do domu. Co kraj to obyczaj, jak to się mówi.

Skolonizowaliśmy uniwersytet. W końcu jak demokracja to demokracja! Wszystko jest dla ludzi. Żeśmy durni, to nie szkodzi. Jak mieliśmy 30 lat, to byliśmy mądrzejsi. Teraz się młodzi kręcą koło nas i mądrują. A my ich po plecach klep, klep. Dobrze, kolego, dobrze. Jak tam habilitacja? A, za rok. Gut, gut. Jak trochę obrośniesz w piórka, to będziesz taki sam dureń jak my. Dziś nas podziwiasz, jutro będziesz nami pogardzał, a pojutrze będziesz jednym z nas. Takie tu rządzi prawo.

Ostatni dzień konferencji. Na porannych sesjach pustki. Byle do południa. Końcowa „plenarka”. Ostała się setka ludzi. Rozkojarzeni, spakowani. Nasz gospodarz z udręką na twarzy ogłasza koniec imprezy. Było wspaniale. Oklaski. Nasza dyscyplina kwitnie. Zooplankton odpływa na lotniska. See you next year!

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj