Marzenie na kredyt
Zaledwie tydzień przed upadkiem banku Lehman Brothers, co zapoczątkowało ogólnoświatowy kryzys finansowy, ostrzegaliśmy Polaków przed pułapką długów hipotecznych.
Elsie Savalba z córką. Imigrantki z Hondurasu w swoim, już zlicytowanym, domu. Jego cena w ciągu roku spadła z 295 tys. dol. do 150 tys. Dramat...
Piotr Małecki/Polityka

Elsie Savalba z córką. Imigrantki z Hondurasu w swoim, już zlicytowanym, domu. Jego cena w ciągu roku spadła z 295 tys. dol. do 150 tys. Dramat...

Manassas: wyrzuceni z domów mieszkańcy zostawiają pobojowisko. Mimo to takie domy to okazja – kuszą niskimi cenami...
Piotr Małecki/Polityka

Manassas: wyrzuceni z domów mieszkańcy zostawiają pobojowisko. Mimo to takie domy to okazja – kuszą niskimi cenami...

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA 6 września 2008 r.

Polakom ku przestrodze: Amerykanie wpadli w pułapkę długów hipotecznych. A krach na rynku mieszkaniowym pogłębia kłopoty całej amerykańskiej gospodarki, co w roku wyborczym stało się nabrzmiałym problemem politycznym.

Zastępca szeryfa (deputy) Rick Booth najpierw puka do drzwi, a kiedy nikt nie odpowiada, otwiera je wytrychem. Wchodzi do wewnątrz ostrożnie, z zapaloną latarką i odbezpieczonym coltem. Nigdy nie wiadomo, co czeka w środku.

Ta kobieta w Woodbridge mieszkała w tym domu 17 lat – mówi Booth. – Ciągle pożyczała pieniądze, bo nie mogła go spłacić. Sympatyczna pani, ale musiałem jej powiedzieć, że ma opuścić dom. Powiedziała, że się nie ruszy. Wyszedłem, wróciłem po dwóch godzinach, ona nadal siedzi na sofie, bez ruchu. Proszę pani, mówię jej, jest pani eksmitowana, ma pani 24 godziny, żeby zabrać swoje rzeczy. Wróciłem następnego dnia, ona wciąż w domu, a na szyi ma wielkie szwy. Podcięła sobie gardło. Na szczęście ją odratowali.

Czasami bywa gorzej. Carlene Balderman z Taunton w stanie Massachusetts zastrzeliła się w dniu, kiedy miała się odbyć aukcja jej przejętego przez bank domu. Aukcję wyznaczono na piątą po południu; trzy godziny wcześniej Carlene wysłała faks do banku, że jak będą zabierać jej dom, nie będzie jej na tym świecie. W pożegnalnym liście do rodziny napisała: „Spłaćcie kredyt z mojego ubezpieczenia”.

W Saddle Brooke w stanie New Jersey policjanci, którzy przybyli na eksmisję, zastali 60-letniego syna właścicielki domu, jak mierzył do nich z rewolweru kaliber 22 . Trzeba było wezwać oddział SWAT (antyterrorystów), żeby przekonać mężczyznę do poddania się. Dom sprzedano na aukcji.

Deputy Booth z komisariatu w Woodbridge w stanie Wirginia przeprowadza po kilka eksmisji dziennie. W hrabstwie Prince William co miesiąc kilka tysięcy rodzin traci domy odbierane przez banki z powodu niespłacania kredytów hipotecznych (ang. foreclosures). Eksmisje to niewdzięczne zajęcie. Wyrzucani z mieszkań ludzie zostawiają śmietnik i pobojowisko. Czasami z zemsty tną drewnianą konstrukcję piłą mechaniczną, rozbijają ściany, wyłączają pompy odwadniające. Mimo to takie domy to okazja, bo ich niskie ceny kuszą. – Nic innego się teraz nie sprzedaje – mówi jeden z potencjalnych nabywców.

Dotrzymaj kroku sąsiadom

Manassas, 30 mil na południowy zachód od Waszyngtonu. Tai Whitten wynosi meble ze swego domu i ładuje je do trailera. Pojedzie nim przez całą Amerykę, aż do Arizony. Kupiła z mężem dom dziesięć lat temu za 100 tys. dol. Po dwóch latach bank zaczął zachęcać do wzięcia dodatkowych kredytów na rozbudowę. Powinniście to zrobić, mówili w banku, wszyscy tu ulepszają swoje domy, trzeba keep up with the Joneses, dotrzymywać kroku sąsiadom. Posłuchali – zrobili nowy dach, wyłożyli chodnikiem podwórze, unowocześnili kuchnię, zbudowali garaż, taras i patio. Zdawało się, że dokonali znakomitego wyboru. W pierwszej połowie dekady cena domu wzrosła prawie pięciokrotnie, do 490 tys. dol. Jak w całej Ameryce.

Wtedy jeszcze powodziło się im dobrze. Tai była menedżerem parku maszynowego w P. EE. D., jednej z największych firm hydraulicznych w Wirginii. Dobra, nieźle płatna robota; z mężem nie mieli problemów ze spłatą kredytu. Tai wspomina te czasy jak piękny sen – jeździło się motocyklami na Rolling Thunder, doroczny zjazd harleyowców pod Pentagon dla uczczenia weteranów wojny wietnamskiej. Tai od dziecka jeździła na motorach, ma na rękach tatuaże, a w młodości służyła w wojsku.

Katastrofa przyszła nagle – Tai zachorowała na terminalną chorobę układu pokarmowego związaną z otyłością. Ponieważ w pracy mdlała, firma wręczyła jej wymówienie. Wraz z pracą straciła ubezpieczenie medyczne. Mąż pokrywa koszty jej leczenia, ale wyprowadził się z domu. – Uciekł, bo nie mógł znieść, że jestem chora.

W kwietniu, gdy została bez pracy, przestała spłacać kredyt na dom. Bank zaczął ponaglać. Poprosiła o zwłokę, zmianę warunków spłaty, ale spotkała się z odmową. Czasy się zmieniły – ceny nieruchomości runęły w dół. Ich dom wart był teraz zaledwie 135 tys. Po trzech miesiącach bank przysłał zawiadomienie, że przejmuje dom. Polecono jej opuścić posesję do 10 lipca. Przez ostatni tydzień przed opuszczeniem domu codziennie płakała. – To dziesięć lat mojego życia. Tu dorastały dzieci, tu było moje małżeństwo.

Tai nie jest osamotniona – sąsiedzi też mają problemy. Marie musiała sprzedać paliwożerny suv, żeby wyrobić się ze spłatą kredytu. Podobnie Toby po drugiej stronie ulicy. Praktycznie samotna matka, bo mąż po wypadku motocyklowym leży w śpiączce. Jej 43 tys. dol. rocznie nie wystarczają na spłatę długu hipotecznego w wysokości 2 tys. miesięcznie, kiedy sama opieka nad dziećmi kosztuje tysiąc.

Wszyscy walczymy o przetrwanie. To po prostu straszne – mówi Tai.

Imigranckie błędne koło

Manassas, Woodbridge, całe prawie hrabstwo Prince William to podwaszyngtońskie sypialnie ciągnące się kilometrami, jak magma wulkaniczna rozlewająca się bez żadnej kontroli. Podobne do siebie ulice, podobne domy: szeregowce z najtańszych, prefabrykowanych materiałów, plastik udający cegłę, żadnych znaków szczególnych. Gdzieniegdzie szkoła, kościół jak stodoła, boisko do baseballa. Liczne tablice „For sale” – niektórym posiadaczom niespłacanych domów udaje się, po negocjacjach z bankiem, wystawić je na sprzedaż. Ale o nabywców trudno.

W weekendy ruch przy przeprowadzkach z utraconych domów. Ludzie ładują dobytek na ciężarówki i na yard sale próbują opylić starocie, których nie ma sensu zabierać ze sobą. Nie mają ochoty na rozmowę. W klinice dla ofiar foreclosures, zorganizowanej przez władze lokalne w college’u w Woodbridge (doradztwo, pomoc przy negocjacjach z bankiem itd.), nie sposób dostać się do poszkodowanych – dostępu do nich strzeże policja. – Oni nie życzą sobie kontaktów z mediami – mówią posępni funkcjonariusze. Utrata własnego domu, zrealizowanego wreszcie american dream, to nie powód do dumy. Chociaż ma się pretensję do banku, który zapewniał, że stać nas na coś, na co nie mogliśmy sobie pozwolić, to przecież samemu podjęło się decyzję. W Ameryce każdy odpowiada za siebie.

Bardziej rozmowni są tylko Latynosi. Część nowego Manassas, rozbudowanego w ostatnich kilkunastu latach, to właściwie osobna dzielnica. Żeby zapytać tu o drogę, lepiej znać hiszpański. José Bruno Recinios musiał opuścić dom 30 czerwca. Zamieszkał u brata. Właściwie mieszka z nim już od pewnego czasu, a swój dom wynajmuje dwóm kolegom. Liczył, że płacony przez nich czynsz pozwoli spłacić kredyt i uratować dom, ale koledzy stracili pracę i czynszu nie płacą.

José przyjechał z Salwadoru, najpierw do Kalifornii. W Wirginii pracuje jako cieśla w Richmond. Dwa lata temu kupił dom za 310 tys. dol. National Bank dał kredyt bez zadawania wielu pytań. Z początku spłacał po 1,9 tys. miesięcznie, ale po pół roku raty, ku jego zdumieniu, zaczęły rosnąć. José pokazuje talonario, książeczkę spłat: po 12 miesiącach było już 2,2 tys. dol., po osiemnastu już prawie 2,5 tys. Cieśla z Salwadoru nie miał pojęcia, że kupił dom na AMR, adjustable mortgage rate, czyli kredyt hipoteczny o racie początkowo niskiej, ale potem szybko rosnącej. – Nie miałem doświadczenia – mówi. I dodaje: – Kontrakt był tylko po angielsku.

Po dwóch latach zdał sobie sprawę, że na ziszczenie amerykańskiego marzenia nie może sobie jednak pozwolić. Cała rodzina mieszka w Salwadorze i żyje z przesyłanych przez niego dolarów. Żona, czworo dzieci i dalsze pięcioro con otra muchacha (z inną dziewczyną). A wartość domu spadła do 130 tys. i bank nie zgadza się na refinansowanie. Mimo kłopotów José nie myśli na razie o powrocie do kraju. Poczeka na lepsze czasy.

Rosa Gonzales też nie wiedziała, co podpisuje, i dlatego siedzi teraz na walizkach. Przyjechała do USA z Gwatemali. Męża zabili bandyci, zostawiając ją samą z trojgiem dzieci. W Stanach wyszła ponownie za mąż za mechanika z Hondurasu. Po kilku latach uciułali dość gotówki, aby kupić dom w Manassas za 285 tys. dol. Piękny, murowany, z gankiem, garażem i trzema sypialniami na piętrze.

Coś jednak zaczęło się dziać z kredytem zaciągniętym przez Internet w Indie Mac w Teksasie. – Płaciliśmy po 1,9 tys. dol. miesięcznie – mówi córka Rosy, urodzona już w USA Jennifer, która z mężem mieszka na razie u swej matki. – Bank mówił, że 9 proc. to stała rata spłaty kredytu, ale po czterech latach było już 18 proc. Teraz, od trzech miesięcy, w ogóle nie płacimy, bo rata urosła już do 3 tys. miesięcznie. Mąż pracuje jako hydraulik, ale bez licencji, więc nie zarabia wiele. Bank odmawia pomocy, gdyż wartość domu spadła o jedną trzecią. Kiedy przestali spłacać kredyt, bank zaczął przysyłać listy ostrzegawcze, a w końcu dał im tydzień na opuszczenie domu.

Hiszpanie w Manassas trzymają się razem i pomagają sobie w biedzie. Raul Martinez z Hondurasu sprowadził do USA całą rodzinę. – 75 osób – mówi z dumą. Pojęcie rodziny w Ameryce Środkowej jest szerokie. Teraz Latynosi wpadli w błędne koło. Niemal wszyscy pracują w budownictwie i kiedy rynek się załamał, kontraktorzy z braku zamówień zwalniają pracowników. Skąd wziąć forsę na spłatę domów?

Czytaj także: Wywiad z prof. Johnem B. Taylorem o przyczynach kryzysu

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj