Ziemia jałowa
Stajemy się niewidzialni. Wszystko rozumiejący postęp glajszachtuje i sterylizuje. Płaszczymy się pod nim jak zagłaskane koty.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 2 października 2013 r.

Rok 1984 – to były czasy! A dziś to nawet proli już nie ma. Wszystko czyste i zrozumiałe, wyjaśnione i zaakceptowane. Wszystko pod miękką kontrolą. Nie ma głupców i nieuków – są osoby, które nie dostały szans edukacyjnych. Nie ma biedoty – są osoby o niskich dochodach. Nie ma bandytów – są tylko sprawcy przestępstw. Mamy jeszcze pewne „patologie”, ale generalnie jest cacy. Gdybyż to była tylko stara poczciwa obłuda, z jej głupimi eufemizmami. Niestety, sprawa jest poważniejsza. Nadciąga nowa epoka. Epoka lodowcowa ducha. Nadchodzi z północy i wdziera się białymi jęzorami aż po Morze Śródziemne, aż po Zatokę Meksykańską.

Stajemy się niewidzialni. Wszystko rozumiejący postęp glajszachtuje i sterylizuje. Płaszczymy się pod nim jak zagłaskane koty. Sartre miał jeszcze mdłości, a my już chyba zwymiotowaliśmy, bo nie czujemy nic. Nasza codzienność staje się tak dosłowna i poprawna, że uszła z niej cała ludzkość człowieka. Natrętny filister-technokrata wszędzie zapala światło, a każde szaleństwo posyła na kozetkę lub do modnej galerii. Usłużny rynek wszystko miele, a stosowne instytucje na wszystko znajdują słowo i procedurę. Wolny od uprzedzeń, bezpruderyjny Moloch nie pozwoli, byśmy zrobili sobie krzywdę. Dopatrzy nas i w łóżku, i w kiblu.

Oto i nowa „epoka klasyczna”. Epoka równości i jawności. Wierząca w Wielki Dialog, który uchroni nas przed wojną. Z sercem na dłoni, perwersyjnie skrywa przed nami swój własny potencjał przemocy. Jak wiatry nad tundrą zrywa się ta przemoc, to tu, to tam, w bezładnym terrorze. Strzały na wyspie Utoya żądały bolesnej realności w naszym odcieleśnionym świecie. Krew ofiar na chwilę zmyła naszą nietzscheańską winę: wielką Małość. Ofiarne dzieci Molocha nie miały gdzie się skryć. Zaiste, na lodowej pustyni hiperborejczyków nie ma kryjówek. W zamian za to wszyscy jesteśmy rozgrzeszeni. Ze wszystkiego. Po co więc się kryć? Czyżbyś wstydził się hemoroidów?

Jako ludziom rozsądnym i oświeconym nie wolno nam być nawet kołtunami. Ani śmiesznymi i strasznymi mieszczanami. Wszak uczymy się o nich w szkole. Możemy być tylko szanownymi Zerami. Obłymi jak cały nasz świat. Bez szans na ucieczkę. Bo dokąd uciekać po powierzchni kuli? Czy jakiś Sebald, Pilch albo Stasiuk odważyłby się pokochać miasta i „miejscowości” tego świata? Czy na tej ziemi jałowej może jeszcze urodzić się wiersz?

A to wszystko dlatego, że zawierzyliśmy pewnej iluzji, w której starą „duszę” zmienił na metafizycznej wachcie „podmiot”. Oto dziś zdaje się nam, że w każdym człowieku tkwi jakieś niewinne, gołe „ja”, takie samo u wszystkich. Okoliczności – jakieś geny, środowisko, ekonomia – nakładają na to „ja” kolejne warstwy znaczeń i tożsamości, jak kostiumy. Same w sobie owe „tożsamości” są obojętne i nie mogą mieć wpływu na „postrzeganie człowieka”, który „podlega rozmaitym determinacjom”.

Jeśli wariat, to chory. Jeśli bydlę, to zaniedbany wychowawczo. Bo to „ja” jest zupełnie abstrakcyjne i nieokreślone, a przez to niepodlegające moralnej ocenie. Ma strukturę nienaruszalnego kapitału. Dlatego w społecznej wyobraźni uchodzi za jakiś nietykalny skarb, za jakąś „godność”, która się każdemu należy i której nie można stracić, choćby nie wiem jak było się lekkomyślnym i podłym. A świat tylko temu wtóruje. Potakuje: tak, tak, masz godność i człowieczeństwo niezbywalne, masz prawa niezbywalne, chronić i szanować cię trzeba zawsze, kimkolwiek jesteś.

Słuszność i prawda, winy i zasługi nie liczą się tu wcale. Bezpieczeństwo, równość i poczucie własnej wartości są wszystkim, czego nam trzeba, abyśmy zachowali pokój. Pokój, za wszelką cenę pokój! Wrrr! Nie waż się naruszyć równowagę i sprowadzić niebezpieczeństwo na nasze domy, samochody, ogrody i psy. Ostatni homo sacer, ostatni kozioł ofiarny musi zostać zdemaskowany i usunięty. Bo nie możemy sobie pozwolić na wykluczanie kogokolwiek. Wszak przemoc rodzi przemoc. Za wielkie ryzyko. A ryzyka nienawidzimy bardziej niż czegokolwiek innego.

A jak już tak wszystko sobie wytłumaczymy i zrozumiemy, to na koniec staniemy twarzą w twarz z naszym odartym z kostiumów „ja”. W żargonie epoki to się nazywa „być sobą”. I spytamy: Jak się nazywasz, obca istoto? Nazywam się Nikt. Dokąd zmierzasz? Na wyspę Ultima Thule. Gdzie ona? Nigdzie i wszędzie.

Tak oto wypełzliśmy z zaczarowanego ogrodu dziejów i wstąpiliśmy na pusty płaskowyż naszego raju poza czasem. Teraz tylko żyć i umrzeć. Nikt nas nawet nie wspomni.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj