Świat mógł być dziwny, ale nigdy w socjalizmie

Przeboje są głupie
Kolorowe stroje były prowokacją z mojej strony. W ten sposób kontestowałem siermiężny i zaściankowy mieszczański sockonformizm oraz „elegancję” białych koszul i krawatów na gumkę – mówił przed laty Czesław Niemen.
Czesław Niemen (1999-2004)
Wojciech Druszcz/Polityka

Czesław Niemen (1999-2004)

Rozmowa ukazała się w tygodniku POLITYKA we wrześniu 1999 r.

Czesław Niemen i The Beatles wygrali w plebiscycie „Polityki”. A pan na początku kariery śpiewał piosenkę „Nie bądź taki bitels”.
Przystrzyżone głowy „na agrest” kończyły swój modny żywot z nastaniem beatlemanii. I nawet zmiana fryzury była przez władze odbierana jako wybryk. Żeby nie narazić się na radykalny zakaz występów, jak to miało miejsce z zespołem Rhytm and Blues, musieliśmy stosować taktykę swoistego kamuflażu. O kompozycji, aranżacji i wykonaniu najchętniej bym zapomniał.

Ale nie wypiera się pan tego utworu?
Przede wszystkim nie chcę nobilitować tej piosenki i nazywać jej utworem. To, że uznałem za konieczne umieszczenie jej na płycie CD „Sen o Warszawie”, dowodzi najlepiej, że się nie wypieram niczego. W realizowanym projekcie „Niemen od początku” zamierzam pomieścić wszystkie moje piosenki nagrane i opublikowane w Polsce w latach 1962–80. Traktuję to również jako terapię otrzeźwiającą. Nigdy za dużo autoironii.

Śpiewał pan tam: „zetnij bracie kudły i nie rób na złość mamie”. A cztery lata później w 1967 r. – „Dziwny jest ten świat”. Te piosenki to przecież dwa różne światy.
Wszyscy dorastaliśmy. Zresztą fakt ten także dowodzi, że przeszedłem przyspieszoną ewolucję od słodkiego belcanta do rocka i rhytm and bluesa. A świat wydał mi się dziwny, dlatego że zaczął niszczyć moją wiarę w ludzką życzliwość. Ci od nagonki nie ograniczali się tylko do krytykowania mojego sposobu śpiewania. Nie kończyli także na wyszydzaniu fryzury i stroju.

Był pan hipisem?
W sensie ideologicznym – nie. Natomiast kolorowe stroje były prowokacją z mojej strony. W ten sposób kontestowałem siermiężny i zaściankowy mieszczański sockonformizm oraz „elegancję” białych koszul i krawatów na gumkę. Zapowiadaną w tamtych latach piosenkę „Białe koszule, czarne dusze” dokończyłem dopiero w połowie lat 80. W założonym przeze mnie zespole Akwarele każdy muzyk ubierał się inaczej. Czasem urządzaliśmy niezłą hecę na ulicy. Szliśmy, na przykład, gęsiego w odstępach dziesięciometrowych. Nie było gapia, żeby się nie obejrzał, a gdy szedł dalej z odwróconą głową nadziewał się na następnego „cudaka”. Reakcja była daleka od przyjaznej. Wtedy to poznawaliśmy grozę nietolerancji tłumu.

„Dziwny jest ten świat” to była pierwsza Złota Płyta w historii polskiej fonografii, ale nie ułatwiła panu życia.
Ideolodzy do spraw kultury i socjalistycznego wychowania młodzieży mieli twardy orzech do zgryzienia. Linia podziału pokoleniowego była wyraźna. To, co dla młodych w mojej postawie było fascynujące, dla ich rodziców, a wśród tych ostatnich byli przecież i notable partyjni, symbolizowało wzorce zachodnie. Do dziś pamiętam dyrektywy nieomylnych wychowawców młodzieży, żeby nie lansować „niemenków”. Sprawa zaszła za daleko. Świat mógł być dziwny, ale nigdy w socjalizmie.

Często można spotkać się z opinią, że big–beat był taką namiastką rocka akceptowaną i sterowaną przez władze.
To prawda, że władze bez przerwy chciały nas kontrolować, ale też prawda, żeśmy się spod tej kontroli często wymykali. Big–beat był muzyką, z której wyłoniło się sporo interesujących, już typowo rockowych zespołów, by wspomnieć Polan, Breakout, Romualda i Romana. To nie były zespoły posłuszne ideologicznie. Przecież „Dziwny jest ten świat” wywołał w Opolu skandal zanim wydziały i „departamenty tchórzliwych podejrzeń” w swojej bezsilności wylansowały infantylny termin „muzyka młodzieżowa”. Byłem pierwszym, który skutecznie temu się sprzeciwił. Niech więc ci, którzy wygłaszają takie opinie, sami się zweryfikują. Że niby co? Że późniejszy Jarocin i telewizyjna scena rockowa w stanie wojennym funkcjonowały poza kontrolą? To bajki dla naiwnych!

Czuł się pan idolem?
To określenie zawsze mnie irytowało. Być może dlatego, że posługiwano się nim, pisząc o mnie na ogół z przekąsem. W takich wypadkach ogarniał mnie tylko pusty śmiech. Byłem wystarczająco niewdzięczny naturze za niedoskonałość, żeby jeszcze napawać się sobą. „Sukces”, „Człowiek jam niewdzięczny” to były piosenki zaprzeczające powszechnemu wyobrażeniu o mnie jako idolu. W latach 80. zawarłem wszystko, co czułem i czuję na ten temat w „Zezowatej biedzie”.

Jako pretensjonalnego bufona pokazał pana Marek Piwowski w filmie „Sukces”.
Wystarczy sfotografować kogoś z dołu, żeby delikwent wyszedł na pyszałka z powiększonym podbródkiem i zadartym nosem. A jeszcze odpowiednio zmontować wypowiedzi... Żadna to sztuka. Takie było zapotrzebowanie czynników i reżyser pochopnie, żeby nie powiedzieć nadgorliwie je wykonał.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj