Irańczyk z Iranką na próbę
20 lat temu w Iranie ostatnim krzykiem mody były małżeństwa na chwilę, dla wygody lub przyjemności. O sprawie z bliska.
W Islamskiej Republice Iranu zakazane jest przebywanie razem mężczyzn i kobiet, o ile nie są spokrewnieni lub spowinowaceni.
pouria/Pixabay

W Islamskiej Republice Iranu zakazane jest przebywanie razem mężczyzn i kobiet, o ile nie są spokrewnieni lub spowinowaceni.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w październiku 1998 r.

W Islamskiej Republice Iranu w zasadzie wszystko jest zakazane. Zwłaszcza przebywanie razem mężczyzn i kobiet, o ile nie są spokrewnieni lub spowinowaceni. Niewiernemu za stosunek z muzułmanką grozi kara śmierci, nawet jeśli – jak w głośnym przypadku niemieckiego biznesmena – tym stosunkiem był pocałunek. Zakazany jest taniec. Prywatki. Anteny satelitarne. Alkohol. Niesłuszne książki. Zachodnie filmy, pisma, muzyka popularna. Irańska zresztą też. Kolorowe ubrania. Odsłonięty kosmyk kobiecych włosów, obnażony kawałek damskiej szyi bądź stopy. Makijaż. Niestosowny śmiech. Radość życia. A przecież wszystko to jest. Podszyte lękiem, szarżą, łaknieniem życia takiego, jakie się wydaje, że powinno być. Nawet więcej: to, co jest ostatnim krzykiem mody w Paryżu – małżeństwa na chwilę, dla wygody lub przyjemności – Irańczycy praktykują od 10 lat.

Fruwający meczet

Z Amsterdamu wylatuje kilkuset pasażerów, prawie sami Irańczycy. Niektóre kobiety już wtedy są zasłonięte. Ukazują tylko twarze, które pozbawione schowanych pod chustą włosów, czół, uszu, podbródków wydają się jednakowe. Podróżują z mężami, niewiele się odzywają. Reszta wygląda na Europejki. Ale wraz ze zbliżaniem się do Teheranu, na pokładzie samolotu rozpoczyna się wielka przemiana. W toaletach i na fotelach biznesowe kostiumy, spódniczki mini, bluzki, spodnie, nagie ręce, łydki, fryzury nikną pod płachtami materiału wyciągniętymi z podróżnych toreb.

Dwa dokumenty tej samej kobiety. W holenderskiej karcie identyfikacyjnej zdjęcie uśmiechniętej, atrakcyjnej czterdziestolatki. Bujne, pofarbowane na ciemny blond włosy. Żywe, zadziorne spojrzenie. W irańskim paszporcie otoczony czernią skrawek o trudnym do określenia wieku, ale raczej starej twarzy.

Samolot, który startował z Amsterdamu nie różnił się od tego, który wiózłby na wakacje do domu Włoszki lub Greczynki. W Teheranie lądował fruwający meczet. Wszystko wydawało się czarne. Na lotnisku wczuć się w klimat pomagały wielkie portrety surowo spoglądających ajatollahów. Zaskoczenie było bardziej natury estetycznej, bo w sumie przecież tak miało być. W końcu to osławiona Islamska Republika Iranu. Symbol wyraźny i jednoznaczny, jak mało który w świecie.

Tak też – potwierdzająco – na pierwszy rzut oka wyglądały ulice: wszechobecne ideologiczne muralia, czczące męczenników wojny z Irakiem, krzyczące „niech żyje” i „precz”, przekazujące idee brodatych patriarchalnych przywódców o groźnych spojrzeniach. Najbardziej niesamowity jest chyba Chomeini, namalowany tak, że cały czas podąża wzrokiem za obserwatorem.

I obłe, czarne figury kobiet, owo marzenie perwersyjnych mułłów, dla których sama idea dbania kobiet o siebie jest jawnym bluźnierstwem. Ale gdy zmienić perspektywę, nagle wszystko wygląda inaczej. Zwłaszcza w północnych, bogatszych dzielnicach miasta. Czerń pozostaje czernią, ale już nie płachtą czadoru, lecz modnym płaszczem z Paryża lub Mediolanu. Chusta narzucona na głowę skrzy się orientalnym wzorem lub kompozycją popularną właśnie w Londynie. I włosy, przecież powinny być całkowicie zasłonięte, a nie są. To cała sztuka: jak daleko można się posunąć, by zaznaczyć swoją odrębność, a jednocześnie nie sprowokować basidżis, ochotniczych jednostek stróżów moralności? Więc włosy potrafią wystawać na pięćdziesiąt różnych sposobów.

Make–up. Oczywiście, że jest zakazany, ale skoro zabroniono ukazywania wszystkiego innego, trzeba walczyć przynajmniej o twarz, a przecież perskie kobiety zawsze lubiły ostry makijaż. No i buty. Buty są może najważniejsze. Im akurat nie poświęcono rygorystycznych przepisów. Nimi więc można się pokazać. Goła stopa jest zakazana, ale w Teheranie odsłonięcie tego kawałka ciała stało się wyzwaniem rzuconym w granicach rozsądku.

Feministki w kraju agresywnego machismo

Znalezienie podanego adresu w Teheranie jest czynnością z pogranicza niemożliwości. Po kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt ulic nosi tę samą nazwę. Więc żeby ci pomóc, gospodarze zaczynają tłumaczenie od jakiejś głównej arterii, przechodząc do coraz drobniejszych odnóg. Tak zresztą wyglądają też oficjalne adresy; pięć, sześć kolejnych nazw. Połowa nazw zmieniła się po rewolucji, ale po 19 latach ludzie i tak używają starych. Co tam ludzie. Ważny urzędnik w Ministerstwie Kultury i Przewodnictwa Islamskiego tłumaczy, jak trafić do biura wizowego podając stare nazwy.

Stałem więc bezradnie na skrzyżowaniu obracając w kółko mapę, kiedy podeszły dwie dziewczyny pytając, czy mogą pomóc. Przypomniało mi się od razu, że przebywanie z kobietą grozi więzieniem i chłostą. W najlepszym wypadku. Dla niewiernego za stosunek z muzułmanką – kara śmierci. A stosunek może przecież w Iranie znaczyć cokolwiek. Na przykład pocałunek jak w przypadku niemieckiego biznesmena skazanego kilka miesięcy temu na karę śmierci. Wyroku wprawdzie do dzisiaj nie wykonano, Europejczyk przechodzi gehennę kolejnych uchyleń i przywróceń wyroku, kolejnych interpretacji (jest wdowcem, jego zmarła żona była kurdyjską muzułmanką i adwokaci twierdzą, że przed ślubem i on sam przeszedł na islam, w związku z czym nie może być mowy o zbrodni, a co najwyżej podlegającym chłoście występku), ale kto wie? Gdzie jest granica? Kto ją określi? Może więc sama rozmowa na ulicy jest niebezpieczna? Zdenerwowany odburknąłem coś i szybko odszedłem.

Gdy wieczorem opowiedziałem tę historię Europejczykowi mieszkającemu od lat w Iranie, gospodarz długo pokładał się ze śmiechu. – Nic strasznego się nie stało, straciłeś tylko okazję na flirt albo miłą rozmowę, ale posłuchaj mnie uważnie. Zapomnij o Islamskiej Republice. Tu jest Persja. Pójdziesz do meczetów, bo są piękne. Ale są puste. Pełno jest za to ludzi przed telewizorami w czasie meczów i na imprezach. Kto się nie bawił na balandze w Teheranie, nie wie, co to życie. Moje słowo. Brzmiało dziwnie, nawet absurdalnie. Do czasu.

No więc balanga. Jeszcze tego samego wieczoru. Pierwsze wrażenie, pod wpływem wspomnień z samolotu: film puszczony do tyłu. Do willi jedna po drugiej wchodziła – by posłużyć się określeniem de Maupassanta – śmierć na spacerze. Ale potem, z korytarzyka służącego za szatnię, wyłaniały się wydekoltowane dziewczyny w mini. Ostro umalowane, tak ostro, że zaczynałem tęsknić do nieśmiałych cieni z ulicy. Całe obwieszone złotem, często we fryzurach jakby stworzonych przez uczniów Gaudiego. I wszystkie na czarno. Na ulicy musiały, bo tak kazali brodaci władcy, tutaj też musiały, gdyż takie wzory jaskółki niosły z Paryża.

Studentka z zachodniej Europy przebywająca na stypendium w Teheranie opowiadała, że nie jest w stanie tego pojąć: jej irańskie koleżanki figlowały z chłopakami, czasem uprawiały tylko seks francuski i analny, by nie tracić przed zamążpójściem wymaganego przez tradycję dziewictwa, albo tuż przed małżeństwem za dwieście dolarów dziewictwo to u chirurga odzyskiwały, a jednocześnie uważały, że kobiety z Zachodu to bez wyjątku dziwki i wzniośle prychając dawały wszem i wobec odczuć swą moralną wyższość.

Jak one tańczyły! Drapieżnie, agresywnie, niemal atakując mężczyzn, omiatając ich prowokacyjnymi, wzniosłymi, dumnymi spojrzeniami. To też było trudne do pojęcia. Przecież kobiety miały być tu zerem. A patrzą prosto w oczy, z jakąś nieokrzesaną dumą – zalotnie, niekiedy zaczepnie. Czyżby był w błędzie mój europejski rozmówca, który twierdził, że Iran jest przede wszystkim przypadkiem rządów agresywnego machismo, męskich szowinistów, gdzie kobiety są traktowane niewiele lepiej niż bydło?

Jak w innych krajach rządzących się prawem islamskim, głos kobiet przed sądem jest wart połowę tego co mężczyzny. Mogą być wydane za mąż po ukończeniu dziewiątego roku życia i od tego też wieku ponoszą odpowiedzialność karną (chłopcy od 15 roku), ale żeby wyjechać na stypendium, muszą mieć zgodę ojca lub męża.

Shirin Ebadi, czterdziestoparoletnia prawniczka wsławiona obroną w licznych procesach politycznych, nazywana jest (przez islamistów z przekąsem) czołową irańską feministką. – Wierzę w równość ludzi, mężczyzn i kobiet, muzułmanów i niemuzułmanów, Persów i nie–Persów. Jeśli to jest feminizm, to proszę bardzo. Ebadi jest gorliwą muzułmanką, w swym gabinecie przyjmuje w płaszczu i narzuconej na głowę chuście. – Prawo islamskie tu nie ma nic do rzeczy. To jest problem jego złej interpretacji. 9–letnia dziewczynka może wyjść za mąż, a nie może głosować. Więc gdzie według prawa islamskiego kończy się dzieciństwo dziewcząt?

Trzeba zmienić interpretację. Nic nie jest dane raz na zawsze. Mułłowie też kilkakrotnie zmieniali prawo. Po rewolucji praktycznie każda muzyka była zakazana, bowiem tak każe szariat. Ale zorientowali się, że to nierealne, więc Chomeini zezwolił na muzykę "nieodurzającą". Islam zabrania lichwy, więc po rewolucji zakazano w ogóle pożyczek na procent. Wkrótce banki stanęły na krawędzi bankructwa. Szybko, co prawda okrężną drogą, ale oprocentowanie przywrócono. Jeśli to można było zmienić, czemu nie można uczynić tego samego z zasadą hidżabu (zasłonięcia kobiet)?

– Problemem nie jest islam, lecz pewni ludzie, ktorzy się nim posługują do sprawowania władzy – tłumaczy Ebadi. – Islam pozwala, by prawa dostosowywane były do wymogów czasu i sytuacji.

Na uwagę, że i tak w Iranie kobiety cieszą się większymi swobodami niż w krajach arabskich, Ebadi z niesmakiem się krzywi i mówi to, co chętnie i z pewną irytacją powtarzają jej rodacy:

– Nie jesteśmy Arabami.

I to jest druga strona medalu. Iranki prowadzą aktywne życie zawodowe, zajmują odpowiedzialne stanowiska. Iran szczyci się najniższym w regionie współczynnikiem analfabetyzmu kobiet. Nikogo nie dziwi widok grupki kobiet wybierających się do restauracji czy na piknik poza miastem. Blisko dwie dekady rządów mułłów nie zabiły pamięci o sytuacji kobiet w czasach szacha; matki opowiadają o tym córkom.

O ironio, wyzwoleniu kobiet przysłużył się i sam Chomeini. Gdy narastała już rewolta przeciwko szachowi, ajatollah wezwał do wyjścia na ulice niewiasty z najbardziej konserwatywnych i religijnych rodzin, które w normalnych warunkach rzadko kiedy opuszczały swe domostwa, nawet w towarzystwie mężów. I gdy wyszły w swych czadorach pomstując na marionetkę amerykańskiego Wielkiego Szatana, to nawet jeśli nie stały się podobne do Shirin Ebadi, to przekroczyły pewną granicę.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj