Nie za wszelką cenę
Miejsce urodzenia dało mi zwykłość, którą pielęgnuję w sobie – mówiła przed laty Danuta Stenka.
Danuta Stenka
Łukasz Giza/Agencja Gazeta

Danuta Stenka

Rozmowa ukazała się w tygodniku POLITYKA w styczniu 2004 r., niedługo po tym, jak Danuta Stenka została wyróżniona Paszportem POLITYKI w kategorii Teatr.

Zdzisław Pietrasik: – Zacznę od formułki, którą wymyśliłem, czytając wiele pochwalnych artykułów o pani – otóż Danuta Stenka jest obecnie taką świętą aktorstwa polskiego...
Danuta Stenka:
– O, matko! Podobnie żartował ze mnie Andrzej Saramonowicz – Matka Boska Gowidlińska.

Gowidlino to wieś na Kaszubach, w której pani się urodziła. Miejsce urodzenia jest ważne dla pisarza. Dla aktora także?
Miejsce urodzenia jest ważne dla człowieka. To moje miejsce na Kaszubach jest piękne i niezwykłe, ale przecież dla kogoś innego miejscem niezwykłym z krainy dzieciństwa może być podwórko na Pradze.

Co pani wzięła ze swego miejsca?
Zwykłość, którą pielęgnuję w sobie. Jestem zwykłym człowiekiem, dziewczyną z Gowidlina. A że jakoś tam potoczyły się moje losy...?

Zanim poszła pani do Studium Aktorskiego przy Teatrze Wybrzeże, uczyła pani w szkole podstawowej niczym Siłaczka.
Taki miałam plan. Chciałam pójść w ślady mojej mamy, zostać nauczycielką.

Był jakiś niewidoczny inspicjent, który wypchnął panią na scenę?
Wprawdzie w szkole podstawowej uwielbiałam akademie, lecz w liceum, jako że wybrałam profil matematyczno-fizyczny, nie korzystano już z moich usług. Ale to w tej szkole średniej w Kartuzach moja polonistka wysłała mnie na konkurs recytatorski, wymyśliła, że powinnam zostać aktorką. Wówczas nie dopięła swego. Jak pan już wspomniał, po maturze pracowałam przez rok jako nauczycielka, ucząc się zaocznie w Studium Nauczycielskim i przygotowując do egzaminu na studia pedagogiczne. Ale jeszcze nie byłam zdecydowana. Dopiero kiedy umówiono mnie z pewnym aktorem, który miał mi przybliżyć egzaminy wstępne i pracę w teatrze, a zaczął snuć opowieści o smutnych i nawet tragicznych losach koleżanek aktorek – co zapewne miało mnie zniechęcić – poczułam, że jakaś sprężynka się we mnie napina. I poszłam w to jak w szkodę, bez świadomości co może mnie czekać!

Czy aktor na początku kariery może pomóc sam sobie?
Jeżeli ma cel, dość siły, by do niego dojść, jeśli potrafi sobie zaplanować tę podróż przez życie zawodowe... W moim przypadku tak nie było, ponieważ miałam inne plany, ktoś za mnie zdecydował, ktoś mnie w tym kierunku pchnął – dopiero kiedy znalazłam się na scenie, odkryłam, że to jest moje miejsce.

A dziś gdyby Stenki nie było, należałoby kogoś takiego wymyślić.
Ale czym właściwie charakteryzuje się taki ktoś?

No, z grubsza wiadomo, w jakim stanie znajduje się środowisko aktorskie, upadek obyczajów, bylejakość, telenowele i reklamy. Ale jest pani Stenka, która się temu nie poddaje, taki wzorzec moralny...
Wolałabym nie występować w roli szpilki, której używa się do kłucia innych w oczy. Poza tym najzwyczajniej nie jestem w stanie udźwignąć tej laurki. Może jest w niej jakaś cząstka prawdy o mnie, ale przecież nie cała prawda. Dobrze wiem, jaka jestem.

Powtarzam tylko, co się o pani pisze. Chciałem panią zapytać, jak się pani czuje z tą przyprawianą gombrowiczowską gębą?
Niewygodnie. Jak to gęba – uwiera. Wiem, że nie jestem ideałem i wiem, że dostałam bardzo wiele od losu. Co prawda nie umiem, ale też i nie musiałam zabiegać o role, co prawda odmówiłam kilka razy udziału w telenowelach, ale też i pożałowałam tej decyzji przyparta życiem do muru. Wiele jest mi dane, więc więcej można ode mnie wymagać. Zastanawiam się czasem, czy nie przyjdzie mi kiedyś zapłacić słonego rachunku. Jako że bilans musi wyjść na zero.

Zaczynała pani w Teatrze Wybrzeże, potem był Teatr Współczesny w Szczecinie, następnie Teatr Nowy w Poznaniu. Planowała pani Warszawę?
Nie miałam planu, ale nie wykluczałam takiej możliwości. Skorzystałam z propozycji Macieja Prusa, wówczas dyrektora Teatru Dramatycznego. Zobaczył mnie w „Damach i huzarach” na festiwalu w Kaliszu, gdzie był jurorem. Zresztą miałam szansę zaangażować się w Warszawie o kilka lat wcześniej, kiedy pracowałam jeszcze w Szczecinie. Z tym że propozycja została mi wówczas złożona w taki sposób, że nie mogłam jej przyjąć.

Co tak panią zniechęciło?
Warszawski dyrektor chciał, żebym przeszła do niego natychmiast, nie chcąc zrozumieć, że nie mogę z dnia na dzień opuścić teatru, w którym grałam niemal w każdym spektaklu. Bardzo dosadnie opisał, jak mam pozbyć się problemu i co zrobić z poprzednią moją umową... Zrozumiałam, że to nie jest miejsce dla mnie.

Nie obawiała się pani, że podobna propozycja nie powtórzy się?
Widzi pan, pojawiają się od czasu do czasu na mojej drodze atrakcyjne propozycje, które wiążą się z niewygodą człowieka we mnie. Wtedy intuicja podpowiada – nie musisz uprawiać tego zawodu za wszelką cenę. Oczywiście, bardzo chcę, ponieważ lubię, kocham mój zawód – mogę użyć największych słów – lecz nie za wszelką cenę.

Kiedy zapala się światełko ostrzegawcze?
Kiedy przeczuwam fałszywą sytuację. Jeżeli atrakcyjność propozycji pozostaje w sprzeczności z moim poczuciem komfortu psychicznego, nie mam wątpliwości, jakiego dokonać wyboru. Nie umiem podejmować decyzji, to jest mój codzienny koszmar, pytam do znudzenia moich bliskich, ale i tak najczęściej idę za głosem sumienia.

A w teatrze czy na planie filmowym?
Dostaję za swoje, ponieważ jestem wiecznie niezadowolona z tego, co robię. Zdarzają się jedynie małe chwile szczęścia, sekundy. Wówczas, kiedy ktoś mówi, że było świetnie, mogę z czystym sumieniem kiwnąć potwierdzająco głową. Ale to mi się zdarzyło może ze dwa razy.

Dwa kiwnięcia głową na całe życie?
To mało?

Bywa też tak, że panią chwalą, a pani wie, że nie ma za co?
Tak jest najczęściej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj