Toast za lewicę
Kwiaty i dary czekały na owego milionowego wybrańca losu, którego nieomylnie wskazało specjalne urządzenie liczące przybyszów od zarania instytucji.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 10 stycznia 2004 r.

Przetrwała we Francji opowieść o tym, jak to solenne poselstwo polskie, przybywające do Paryża po Henryka Walezjusza obranego królem Polski, podkuło konie podkowami ze szczerego złota, tak jednak słabo zamocowanymi, że gubiły je one na miejskich brukach ku radości gawiedzi, a na widoczny znak podniosłości chwili i ku chwale ambasadorów. Niestety, nie udało mi się znaleźć potwierdzenia tej historii w wiarygodnych źródłach (co zresztą nie wyklucza jej autentyczności). Jest natomiast zupełnie pewne, że asysta polskich panów rozrzucała wśród tłumu złote monety i znamy nawet z nazwiska, Guillaume Donnet mu było, jednego szczęśliwca, czeladnika masarskiego, który złapał aż dwie sztuki kruszcu. Stało się to 19 sierpnia 1573 r. na ulicy Świętego Antoniego. Rzeczony Donnet wykupił się za owe pieniądze z długów.

W grudniu 2003 r., tym razem mamy dzięki „Gazecie Wyborczej” niepodważalną dokumentację, milioner Kulczyk urządził w przerobionym browarze, kupionym przedtem od miasta Poznania za znacznie zaniżoną ponoć cenę, uroczystość z okazji przybycia okrągłego w sześć zer klienta. Kwiaty i dary czekały na owego milionowego wybrańca losu, którego nieomylnie wskazało specjalne urządzenie liczące przybyszów od zarania instytucji. Fortuna uśmiechnęła się, cóż za niebywały i błogosławiony traf, do serdecznej przyjaciółki państwa Kulczyków, która skądinąd prowadzi z nimi od lat interesy, czyli jak to się dzisiaj mówi: biznesy.

I cóż to za zestawienie, wolno się oburzyć. Dowodzi ono co najwyżej, jaka jest różnica między Kulczykiem – choć ma podobno zięcia z tych Lubomirskich – a Konarskim, Zborowskim czy Tomickim, którzy stali na czele legacji z 1573 r. Niby tak, wydaje mi się jednak, iż rzecz jest warta chwili refleksji.

Zacznijmy od tego, że rachunkowo, księgowo i kapitalistycznie miał Kulczyk stuprocentową, a nawet więcej, rację (stary góral w Łącku częstując śliwowicą z beczki mawiał: z wierzchu to może i słaba, ale przy dnie ma więcej niż sto procent). Pieniądze nie leżą na ulicy, więc nie ma powodu, żeby je tam rzucać. Przypomina mi to pewne zdarzenie, którego świadkiem byliśmy z Basią w paryskiej knajpie Poule au Pot. Przy sąsiednim stoliku siedziało panisko zamawiające wina najdroższe (co wcale nie znaczy, że najlepsze); gęsie wątróbki najdroższe (jak wyżej) i popalające cygara od Davidoffa. Na nadgarstku złocił mu się Patek, a ubranie było najwyraźniej od stóp do głowy na miarę od Pierre’a Berge. Kwitek z karty podpisało piórem Mont-Blanc, cóż z tego, kiedy nie dołożyło do niego złamanego euro napiwku. Kelner ukłonił mu się lodowato, ale przechodząc koło nas nie wytrzymał i szepnął: – Widzieli państwo, milioner cholera (po francusku brzmiało to fils de pute), nawet nie zaokrąglił. No cóż – uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo Basia – dlatego właśnie jest milionerem. I oczywiście z rachunkowego, księgowego i kapitalistycznego punktu widzenia nie myliła się na jotę. Jakby trzeba było dowodów, to Kulczyk jest milionerem. Rzecz nie do podważenia.

A jednak, dziwna sprawa, społeczeństwo polskie ceni sobie raczej postawy przeciwne. Nie będę już wspominał o tym komesie Skarbku z rodu Awdańców, który cesarzowi Henrykowi V powiedział: „Idź złoto do złota”, bo można twierdzić, że tam o politykę chodziło. Już jednak Piast marnujący dla nieznajomych wieprzowinę i piwo (nie przypuszczał bynajmniej, że załatwia sobie w ten sposób świetne znajomości). Potem Bolesław II dający ubogiemu klerykowi tyle złota, ile uniesie i dodający płaszcz ceremonialny, żeby mu służył jako worek. Albo Władysław IV, co to „kilkakroć sto tysięcy kurwom swoim rozdał”. Albo Roch Kowalski, który dla zachcianki dogonienia Karola Gustawa zrezygnował z królewskiej kiesy. A jeszcze Stefan Czarniecki, który „nie z soli, ani z roli”, co oznaczało, że nie miał latyfundiów jak Potoccy ani nie spekulował na soli jak, za przeproszeniem Kulczyka, Lubomirscy, a jednak uczty żołnierzom wyprawiał osobiście opłacając wypitkę. Czy, żeby jednak nie przedstawiać Lubomirskich jednostronnie, marszałek izby poselskiej i hetman polny koronny tego nazwiska, który „palnął się bezcennym kielichem w głowę, aż kryształ rozprysnął się w setne okruchy, które z dźwiękiem upadły na podłogę, a skronie magnata krwią się zalały”. Aż przeraził się nuncjusz papieski, mówiąc: „Dla Boga! zdumienie mnie ogarnia... toż za taki jeden kielich można by dwa słuszne regimenty wojska wystawić i utrzymać”. Bo dodajmy, że był ów kielich „z weneckiego szkła, roboty tak cudnej, że za ósmy cud świata mógł uchodzić. Kryształ drążony i polerowany do cienka mógł przez lata całe rzucać iście diamentowe blaski. Nad oprawą pracowali mistrze włoscy. Podstawy były ze złota rzeźbionego w drobne figurki, przedstawiające wjazd zwycięskiego wodza na Kapitol. Jechał więc wódz w rydwanie złocistym, po drodze moszczonej perełkami. Za nimi szli jeńcy ze skrępowanymi rękoma, król jakiś w zawoju z jednego szmaragda uczynionym, dalej ciągnęli legioniści ze znakami i orłami. Przeszło pięćdziesiąt figurek mieściło się na każdej podstawie, drobniutkich, wzrostem na orzech laskowy (...). Łączyły podstawę z kielichem filigrany złote, jako włosy cienkie, powyginane dziwnym kunsztem, w liście winne, grona i rozmaite kwiaty. Owe filigrany wiły się naokoło kryształu, łącząc się w górze w jedno koło, rąbek pucharu stanowiące, kamieniami o siedmiu kolorach sadzone”. Już sam opis tego kielicha wskazuje, że Lubomirski (acz ten znacznie przesadził), a także Piast, Bolesław Śmiały, Czarniecki i zgoła większość ulubionych bohaterów polskiej kultury postępowała niezgodnie z rachunkowością, a przede wszystkim zgoła niekapitalistycznie.

Pomyślałem o tym, kiedy zaproszony przez Kubę Wojewódzkiego do jego programu Tomasz Lis oświadczył, że jest „fanem kapitalizmu”. Otóż fan oznacza potocznie wielbiciela, admiratora, kibica. Rozumiem, że można uznawać kapitalizm, popierać kapitalizm, korzystać z kapitalizmu, ale żeby właśnie go wielbić? I nie jest tu wcale najważniejsze, co by powiedzieli na tę miłość Piast, Roch Kowalski albo Jerzy Lubomirski. Tym razem dużo istotniejsze jest, jakby się ustosunkował do Lisa kelner z Poule au Pot. Jak bowiem ćwierkają wróble w Warszawie, Tomasz Lis chce się zająć polityką. Na razie ponoć być wybranym posłem do Parlamentu Europejskiego, później ewentualnie prezydentem. I owszem, Tomasz Lis ma niejakie warunki. Już ubrany jest poprawnie (Pierre Berge za chwilę), już prowadzi „Fakty” tak poprawnie, że poprawniejszym być nie można, na pewno księguje poprawnie rachunkowość. Jest też jak najpoprawniejszym fanem. Tyle... że na przedstawicieli narodu głosują także kelnerzy. Toteż przyszłość polityka Lisa widzę w czarnych barwach.

Z tym, że nie jest to naprawdę felieton ani o Kulczyku, ani Lisie (co mnie oni obchodzą), ale o lewicy polskiej, która dzisiaj z samych poprawnych fanów się składa. A kiedy chce wyjść do ludu, przyciągnąć milion klientów, to najwyżej... potłuc szkło potrafi.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj