Inteligencka tęsknota za inteligentnym politykiem
Rozmowa z prof. dr. hab. Edwardem Nęcką, psychologiem, o psychicznych walorach i ułomnościach polityków.
Prof. dr hab. Edward Nęcka
Leszek Zych/Polityka

Prof. dr hab. Edward Nęcka

Rozmowa ukazała się w tygodniku POLITYKA w maju 2007 r.

Joanna Cieśla: – W książce „Człowiek – umysł – maszyna. Rozmowy o twórczości i inteligencji” mówi pan, że inteligencja to jeden z czynników, na podstawie których najłatwiej można przewidywać życiowy sukces.
Edward Nęcka:
– Najłatwiej, co nie znaczy, że ze stuprocentową pewnością. W USA badano związek między poziomem inteligencji a rocznym dochodem. Na skali od 0 (brak związku) do 1 (całkowita pozytywna współzależność) uzyskano wynik 0,26.

A w jakim stopniu inteligencja przekłada się na sukces polityczny?
Inteligencja pomaga w polityce jak w każdej dziedzinie. Ale raczej jako warunek konieczny, lecz niewystarczający do sukcesu.

Partia Demokratyczna, w której średnie IQ było z pewnością wysokie na tle polskich ugrupowań politycznych, nie była w stanie samodzielnie poradzić sobie w życiu publicznym. Czy nadmiar inteligencji może przeszkadzać?
To się zdarza. Psychologia społeczna i socjologia opisują gremia eksperckie, obdarzone bardzo wysokim poziomem inteligencji i wiedzy, które jednak mają skłonność do zadziwiająco nieracjonalnego działania. W takich grupach często pojawia się arogancja intelektualna – założenie, że my jesteśmy głosicielami jedynej prawdy, a także wzajemna adoracja, lekceważenie przeciwnika i przekonanie, że nam się musi udać, bo jesteśmy wspaniali.

Czyli wysoka inteligencja, wysoka sprawność poznawcza prowadzą do zamknięcia poznawczego?
Mogą prowadzić. Mówimy tutaj o syndromie grupowego myślenia, czy w tym przypadku raczej – grupowego ogłupienia. Zjawisko synergii obserwujemy, gdy efekt działalności grupy jest wyższy, niż wynikałoby z sumy zdolności jej członków. Tu widać odwrotność: grupa inteligentnych ludzi działa poniżej poziomu najmniej inteligentnego członka tej grupy. Osoby inteligentne, zwłaszcza wykształcone w podobnych uczelniach, które podobnie myślą, czytają te same książki, łatwiej w to wchodzą. W Polsce ponadto bardzo ważny jest klucz towarzyski – podobieństwo biografii w takich grupach sprawia, że są one intelektualnie zamknięte i podatne na zbiorowe ogłupienie.

A czy polityk powinien wykazywać się inteligencją emocjonalną?
Myślę, że dla polityka znacznie ważniejsza od ogólnego poziomu intelektualnego jest inteligencja społeczna, której inteligencja emocjonalna jest w pewnym sensie składnikiem. I profesjonalizm. Jeśli polityk ma być specjalistą od organizowania zbiorowego wysiłku, musi wykształcić ściśle określone umiejętności: definiowania celów, do których wspólnie się dąży, odczytywania potrzeb społecznych, nawet kiedy nie są one jeszcze zwerbalizowane; zachowania się nieraz wbrew elektoratowi, jeżeli jest to w interesie tego elektoratu; znajdowania kompetentnych współpracowników; wreszcie zjednywania sobie przyjaciół i neutralizowania wrogów. Słowem polityk musi być zawodowcem od zdobywania, utrzymania i sprawowania władzy. Oczywiście, posiadanie tych wszystkich umiejętności to domena mężów stanu – osób, które mają wybitną inteligencję społeczną. I których szalony niedostatek odczuwamy.

Z inteligencją ściśle wiąże się umiejętność uczenia się. Czy polscy politycy nauczyli się już bycia politykami?
Z psychologicznych badań nad ekspertami wynika, że aby się stać znawcą, trzeba oprócz sprawności intelektualnej mieć doświadczenie i przemyślaną, refleksyjną praktykę w wybranej dziedzinie. Mówi się, że w zawodach inteligenckich człowiek staje się fachowcem po 10 tys. godzin praktyki, to znaczy po ok. 10 latach. Prawnik albo lekarz musi 5 lat studiować, a potem stażować, aplikować, zdobywać certyfikaty, by uzyskać status profesjonalisty. Czy w przypadku polskich polityków można mówić o wypełnionej refleksją przemyślanej praktyce? Mam wątpliwości. Wielu wchodziło w politykę z bardzo specyficznym bagażem działalności w podziemiu. Przeniesienie tych doświadczeń w warunki normalne okazało się zbyt trudne. Nasi liderzy wykształcili profesjonalne techniki szukania wrogów, ale wykorzystywanie metod z konspiracji do sprawowania władzy w dzisiejszym świecie staje się śmieszne, wręcz absurdalne.

Czy polscy politycy pod tym względem różnią się od polityków z krajów w podobnej sytuacji?
W podobnej – nie. O ile mi wiadomo, we wszystkich krajach ościennych jest mniejszy lub większy problem z elitami niedopasowanymi do zadań, które przed nimi stają.

Dlaczego na miejsce starych działaczy nie pojawiają się nowi liderzy?
Może dlatego, że polityka powinna być dziedziną opartą na relacji mistrz–uczeń; u nas nie zawsze jest od kogo się uczyć. Gdy ministrem zostaje człowiek dwudziestokilkuletni, jest to żenujące, bo choćby był superzdolny i miał świeże spojrzenie, nie może jeszcze być ekspertem. Z tym zresztą wiąże się inny problem – swoisty kult niekompetencji. Lekko podchodzi się do dawania odpowiedzialnych zadań komuś, kto nie ma o nich pojęcia.

Myśli pan, że to spadek po reżimie?
Myślę, że nie, że to leży w naszym charakterze narodowym. Nie ceni się – a czasem wręcz celowo deprecjonuje – ludzi, którzy umieją coś, co jest trudne, wymaga wiedzy, doświadczenia, wysiłku.

Ja jednak widziałabym tu związek z postawami z czasów PRL. W złym tonie było się starać, bo ten, kto się starał, działał na rzecz systemu.
Może, choć mnie raczej przypomina się scena z „Pana Tadeusza”, w której Sędzia mówi: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele i jakoś to będzie!”. Co sądzić o narodzie, którego poemat narodowy zawiera takie teksty? Mickiewicz pisał to ironicznie, ale postawa „jakoś to będzie” to taka czysto polska improwizacja.

Ale z drugiej strony można usłyszeć opinię, że jako społeczeństwo działamy racjonalnie.
Tak, ale wtedy, kiedy dotyczy to indywidualnego interesu każdego z członków społeczeństwa. Nie pójdzie pani do dentysty, któremu pani nie ufa. Ani nie powierzy pani komuś takiemu pieniędzy.

Problem, kiedy i gdzie ludzie rzeczywiście ten swój interes dostrzegają. W polityce chyba nie bardzo. Nie widzą tu związku przyczyna–skutek. Umysł ludzki przetwarza informacje na dość płytkim poziomie; jeśli może zachować się automatycznie, będzie unikał myślenia. W życiu publicznym, żeby zachować się racjonalnie – np. jako wyborca – trzeba rozumieć mechanizmy, dostrzegać zależność między wrzuceniem kartki wyborczej a jakością późniejszych rządów. A ludzie w większości nie przetwarzają informacji na tym poziomie; głosują, bo kogoś widzieli w telewizorze.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj