Wisząc na dziadku
Ani oni miejscy, ani wiejscy. Zawieszeni.
Leszek Zych/Polityka

Ani oni miejscy, ani wiejscy. Zawieszeni.

Coś ekstra w śmietniku

Andżelika ze wsi Walga jest bystra i zdolna. Jasno poznać już po rozmowie, że to pierwszorzędny materiał uczniowski na karierę szkolną i dalszą. Jej dwóch młodszych braci – fajne wygadane szkraby. Od września zaczną dojeżdżać rowerami do szkoły gminnej. W zimie też, przez śnieg, przez zaspy. Lecz nie szkodzi, przywykli. Na rowerze będzie jeździć z nimi mama, Marlena Kurzawa. Strach puścić małe dzieci same w daleką drogę. Marlena skończyła podstawową specjalną nie z powodu (co jasno poznać nawet po krótkiej rozmowie) marnych dyspozycji, lecz ponieważ urodziła się na dolnej społecznej półce. I musiała na niej zostać.

Jak jej dzieci. Mieszkają w jednym pokoju z piecem węglowym, czyli kozą, który jest sypialnią, kuchnią, łazienką i trudno sobie wyobrazić, gdzie tu można położyć zeszyt i zabrać się za lekcje. W pozostałej części domu mieszkają dziadkowie, dzieci i ich dorosły syn. Bezrobotny.

Dziadek nabudował kilometry dróg i ma teraz do niczego nogi i niegojące się na nich rany. I niczego sobie emeryturę, ale rodzice Andżeliki nie wiszą w całości na dziadku i babci, która też ma rentę. Dzieci widzą, jak ich ojciec, syn dziadka, wychodzi do pracy. Widzą, że taki widok istnieje: wychodzenie do pracy dorosłej osoby. Ojciec jeździ na wysypisko i wyciąga z niego rzeczy do sprzedania. Żyją ze śmietnika plus rodzinne za dzieci. Dzieci widzą także, że ojciec próbuje budować dom. Postawił ściany z najtańszych pustaków. I na tym koniec. Stoją już długo, ale początek domu jednak jest. A nuż trafi się coś ekstra w wysypisku. Albo w życiu, nigdy nic nie wiadomo. Andżelika chce zostać modelką. Ma twarz z obrazu Botticellego. Musi przebyć tysiące kilometrów rowerem do szkoły, a potem musi się znaleźć coś ekstra w śmietniku, żeby starczyło na bilet miesięczny i internat. Do wybiegu ma daleko jak do księżyca. Ale wie, że ten księżyc gdzieś istnieje.

Nie ma słowa niemożliwe

Halina Hyziewicz z Tarnowej połamała sobie nogi w nieszczęśliwym wypadku i nie może już pracować. Ma rentę. Mąż rolnik, choć też schorowany, renty nie ma. Ich córka skończyła zawodówkę o specjalności zgrzewacz metali. Choruje na padaczkę. Ma rentę. Jej mąż umarł na serce. Także miał rentę. Osierocił trzy córki: Ilonę, Dominikę i Magdę, które dostają po nim rentę.

Druga córka Haliny skończyła zawodówkę, jest z zawodu kucharką. Czyta ogłoszenia w prasie, dowiaduje się, ale dla kucharek pracy jest tyle co nic. Brat skończył stolarstwo. Jego szanse zmniejsza zaliczony zakład karny. Jest nerwowy.

Jakoś żyją. Mają dwa hektary ziemi i 5 kur. Sadzą kartofle. Grażyna, trzecia córka Haliny Hyziewicz, jest zdrowa. Studiuje chemię w Politechnice Poznańskiej. Zawsze dobrze się uczyła. Miała oparcie w matce. Matka, woźna w szkole podstawowej, zanim połamała sobie nogi, namawiała córkę, żeby się uczyła. I Grażyna przekroczyła krąg, uczy się dobrze. Ma stypendium, lecz ono by nie wystarczyło, gdyby nie renta jej siostry. Padaczka siostry finansuje jej studia. Siostra chętnie się z nią dzieli.

Grażyna chce zostać nauczycielką chemii w Poznaniu. Tak, ona wie, że mogłaby starać się o pracę w laboratorium bogatej firmy zachodniej, najlepiej farmaceutycznej, wie, że nauczyciele są marnie wynagradzani, więc może powinna postawić nie na nauczycielstwo, lecz na coś finansowo wyżej?

Jeśli pani czegoś w życiu nigdy bardzo nie chciała, to pani nie zrozumie, że jeśli od dzieciństwa bardzo, bardzo się tak właśnie chce, to wtedy nie ma słowa niemożliwe – mówi Grażyna. A ona od dzieciństwa tego bardzo pragnęła.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj