Ten straszny Moniuszko
Ojciec polskiej opery – fe, nudziarstwo. I na świecie go nie znają, widocznie za słaby. Tak myśli zapewne o Stanisławie Moniuszce większość młodych Polaków. Czy da się to jeszcze zmienić?
Jak jeszcze można „sprzedać” Moniuszkę, sobie i światu?
Małgorzata Kujawka/Agencja Gazeta

Jak jeszcze można „sprzedać” Moniuszkę, sobie i światu?

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w maju 2003 r.

Patriotyczna poprawność wymaga, by kochać narodowe świętości. Jednak ten wymóg nie może przysłonić faktu, że twórczość na usługach ideologii związanych z określoną epoką z trudem poddaje się współczesnej recepcji. Dzieło Moniuszki naznaczone jest piętnem rozbiorów, pełne tęsknoty za wolnością i nostalgicznych przywołań swojskiego, polskiego zaścianka idealizowanego jako tło dla sarmackich cnót. Dziś samo pojęcie „zaścianek” ma wydźwięk pejoratywny.

Im bardziej sztuka odpowiada na aktualne potrzeby swego czasu, tym mniej współgra z dzisiejszym. Słuchając więc obecnie tej muzyki – ostatnią okazją był VI Festiwal Muzyczny Polskiego Radia „Romantyczne ojczyzny Stanisława Moniuszki” – trzeba przymknąć oko na anachroniczność jej kontekstów i obcować z samą jej substancją; jeżeli jest naprawdę dobra, obroni się sama.

Skromność organisty

Kłopot w tym, że muzyka Moniuszki jest taka, jakim był on sam jako człowiek: prostoduszna i skromna. Kompozytor zaczął edukację muzyczną jako na poły samouk; studia odbył w Berlinie. Po powrocie do ojczyzny założył rodzinę i osiadł w Wilnie. Wieloletni prowincjonalny organista, człowiek nie najmocniejszego zdrowia, spokojny, poczciwy mąż i ojciec dziesięciorga dzieci, pisał proste do granic naiwności utwory religijne, a także wdzięczne bezpretensjonalne pieśni, właściwie piosenki, do celów prywatnego patriotycznego muzykowania w polskich dworkach; wydawał je w kolejnych zeszytach „Śpiewnika domowego”. Grał w kościele, nauczał, udzielał się w założonym przez siebie Towarzystwie św. Cecylii, szerzącym „dobrą i poważną muzykę”.

I pozostałby taki do końca życia, gdyby nie opanowała go idea narodowej opery. „Halkę” w pierwszej wersji wystawiono w Wilnie w 1848 r.; premiera przeszła bez echa. Dopiero dziesięć lat później, po gruntownej przeróbce, udało się Moniuszce doprowadzić do wystawienia nowej wersji dzieła w warszawskim Teatrze Wielkim. Wielki sukces zwalił się z całą mocą na barki 39-letniego kompozytora. Życie jego zmieniło się diametralnie: przeprowadziwszy się do Warszawy, stał się czołową postacią polskiego życia muzycznego. Ofiarowano mu stanowisko dyrektora opery, ufundowano paromiesięczny pobyt w Paryżu, zwróciły się do niego wydawnictwa. Znosił to wszystko dzielnie, więcej: umiał znakomicie wstrzelić się w potrzeby warszawskiej publiczności. Premiera „Strasznego dworu” w parę lat po powstaniu styczniowym stała się tak wielką patriotyczną manifestacją, że rosyjska cenzura po trzech spektaklach zdjęła operę z afisza.

Wielkość lokalna

Drugi kłopot z Moniuszką polega na tym, że pisał niemal wyłącznie muzykę zaangażowaną. Całkowicie postawił na polskość. Jak większość ówczesnej inteligencji pod zaborami był romantykiem i pozytywistą zarazem: zagrzewał do walki o byt narodowej kultury, uprawiając pracę u podstaw.

Taki kierunek działania miał dla kompozytora siłą rzeczy dwojakie konsekwencje: z jednej strony ogromne uznanie na ojczystych ziemiach, z drugiej – niemożność wyjścia w świat. Twórczości Moniuszki brakło uniwersalizmu. Kiedy w 1861 r. udał się po raz drugi do Paryża, liczył na wystawienie tamże którejś ze swych oper; skończyło się na spotkaniu z polską emigracją oraz z kolegami po fachu: Gounodem, Auberem i sędziwym Rossinim. Był zbyt egzotyczny i chyba także zbyt nieśmiały, nie nadawał się ani trochę do podbijania kulturalnej stolicy świata. Polska egzotyka stanowiła już co prawda wcześniej wdzięczny temat dla zachodnich twórców, podejmowany w dość idiotyczny zresztą sposób, ale z rynkowym sukcesem (np. Luigi Cherubini w operze „Lodo?ska”; jakby kto pytał, to ma to być nazwisko polskie). Jednak po tylu latach pozostawania pod rozbiorami Polska nie była już we Francji modna, widziano ją jako dziwną krainę o niezrozumiałych pretensjach – całkiem niedługo potem licealista Alfred Jarry użył pamiętnego określenia „w Polsce, czyli nigdzie”. A że jeszcze niedawno kochano tu tak polskiego Chopina? Ale Chopin był na pół Francuzem, mieszkał w Paryżu i pisał muzykę prawdziwie uniwersalną. Miał też charyzmę i umiał porwać salony. A cóż mógł nieefektowny Moniuszko?

I tak już zostało. Do dziś trudno go wypromować. Dzielnie podejmowane przez polskich muzyków próby jak dotąd nie spowodowały większego upowszechnienia tej muzyki. Nawet niezmordowana Maria Fołtyn, przezywana złośliwie „wdową po Moniuszce” – choć wystawiała „Halkę” na Kubie, w Meksyku, Turcji, Japonii, Brazylii czy Stanach Zjednoczonych, a nawet w Nowosybirsku, ponadto przez lata prowadziła Festiwal Moniuszkowski w Kudowie, a w Warszawie stworzyła Międzynarodowy Konkurs Moniuszkowski – wyznała w chwili słabości w swych wspomnieniach: „Zdaję sobie sprawę, że nie jest to kompozytor wybitny”.

Może i Moniuszko nie był wybitny, ale jego muzyka jest porządnie napisana, nie brak jej melodyjności i wdzięku. Kojarzy się nam też z uroczystymi momentami. Tradycją jest granie mazura ze „Strasznego dworu” lub z „Halki” w pierwszych minutach Nowego Roku; witaliśmy tak nawet trzecie tysiąclecie wśród fajerwerków przed Pałacem Kultury.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj