Ambitni, do dzieła!
W metaforycznym języku Ewangelii letniość doczekała się napiętnowania. Pożądana temperatura jest oczywiście wysoka.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 14 lutego 2004 r.

Im więcej lat mam za sobą, tym chętniej uczestniczę we wszystkim co nowe i niezrozumiałe, bo to znajome mniej pociąga. Siedem lat temu uczestniczyłem w powstawaniu na Politechnice Warszawskiej Wydziału Mechatroniki i na próżno w moich słownikach wyrazów obcych szukałem wtedy wyjaśnienia, co ten termin naprawdę oznacza. Ogląd naoczny wydziału daje odczuć, że słownikowa definicja jest dość zawężona. Studenci mechatroniki interesują się wszystkim; a szczególnie wszystkim, co się znajdzie na styku elektroniki (która praktycznie jest wszędzie) i sztuki widowiska, które także rozlewa się dzisiaj na wszelkie obszary życia i stąd moje zajęcia z propedeutyki reżyserii.

W mym akademickim doświadczeniu potwierdza się reguła, że im bardziej zainteresowania studentów wychodzą poza ściśle określone ramy jakiejś szczegółowej dyscypliny, tym żywsze są nasze spotkania i tym więcej zaskoczeń mnie spotyka. Grupka dyplomantów, z którymi się spotkałem, wydała się chętna do podjęcia refleksji o sztuce, a w efekcie dostrzegłem, jak dziurawe są moje własne przemyślenia.

Za punkt wyjścia refleksji o sztuce i życiu próbowałem przyjąć krzywą Gaussa, która – jak pamiętam z wykładów statystyki – odzwierciedla naturę procesów i zjawisk, z którymi bardzo często spotykamy się w przyrodzie. Krzywa Gaussa mówi o tym co przeciętne, a przez to najbardziej powszechne, i o tym co niezwykłe, ekstremalne, nietypowe.

W metaforycznym języku Ewangelii letniość doczekała się napiętnowania. Pożądana temperatura jest oczywiście wysoka. Mamy być gorący, a nie letni (że o oziębłych nie wspomnę). Przemawiając do młodych ludzi zastanawiam się, jak myśli i czuje pokolenie wychowane już w czasach wolności, które wchodzi w życie. Na ile demokracja zachęca do średniactwa, a na ile wolny rynek powoduje, że popadamy w wyścig szczurów. Na pewno ci co powiedzą o sobie, że są pokoleniem nowego tysiąclecia, okażą się bardzo różni od tych, którzy żyli w czasach przemiany ustrojowej. Czy będą bardziej podatni na skrajności, czy też właśnie bardziej wyrównani, bardziej harmonijni, wielostronni? I tu nagle cała moja retoryka związana ze statystyką zaczyna być dziurawa. Czy harmonia to jest średniactwo? Czy pełnia może oznaczać umiarkowanie, a nie letniość? Czy fanatyzm plasuje się na szczycie krzywej Gaussa, czy przeciwnie, jest postawą nieskomplikowaną i prostacką, a więc trafia na obszar średni, większościowy?

Kultura demokracji piętnuje wszelki elitaryzm i pamiętam, jak w szkole średniej nie było dobrze widziane, jeśli ktoś miał opinię prymusa. Być najlepszym było aspołeczne. (Zabawne, że takie myślenie nie odnosi się nijak do sportu. Być mistrzem, czyli championem, w obszarze dyscyplin sportowych to było zawsze pożądane, podobnie jak dobrze widzianym było mieć najlepsze ubranie albo najlepszy rower). Prymus, najlepszy w nauce, wydawał się konformistą, bowiem wpisywał się w program szkoły, który należało kontestować. Najlepszym mógł być każdy zabijaka, bo to była konkurencja pozaszkolna, natomiast ten, który miał najlepsze stopnie, był w elicie tworzonej przez szkołę, a więc przyjmował reguły gry narzuconej z góry.

Mam wrażenie, że pierwsza fala zachwytu, a zatem pochwały przeciętności i bylejakości, powoli zaczyna opadać. Byłoby za wcześnie powiedzieć, że fala ta już przemija, ale intuicja mi podpowiada, że z samej natury człowieka wynika tęsknota do wielkich ideałów i że w każdym nowym pokoleniu znajduje się nowy wyraz tej właśnie wrodzonej tęsknoty.

Spędzając wiele czasu na spotkaniach w różnych częściach kraju mam wrażenie, że jest dzisiaj wielkie zapotrzebowanie na rozmowę o samej sztuce życia i że nowe pokolenie młodych ludzi nie dostaje z domu od rodziców, a tym bardziej od swojej szkoły, materiału, który by pozwolił zorientować się, co w życiu warto, a co jest tylko pozorem i nie stanowi wartości. Indoktrynacja rynkowa uprawiana przez konformistyczną młodzieżową prasę ma wielką siłę prania mózgów, ale, jak widzę, w wielu ludziach budzi świadomy opór. Sztuka, szczególnie te jej dyscypliny, które portretują życie, jest jakby nieobecna, kiedy chodzi o zastanowienie się nad tym, co warto, a czego nie warto. Najefektywniejsi są ludzie. Kiedy mówią i swoją postawą zaświadczają o tym, że nie kłamią.

Jeżdżąc po kraju trafiam czasem na fale, które zostawiają za sobą publicyści piszący o sprawach publicznych z jakiejś osobistej perspektywy. Podam dla przykładu Żakowskiego i Lisa. Wydaje mi się, że młodym są oni dziś bardzo potrzebni, bo przemija czas, kiedy nawet najlepsi myśleli, że wolność bez żadnych reguł, które by ją ograniczały, jest wystarczającą odpowiedzią na wszystkie życiowe pytania.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj