Kultura, głupcze!

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 12 lutego 2014 r.

Prezes Kaczyński skarży się na blokadę informacyjną wokół działalności PiS. „Politycy PO postanowili zrobić wszystko, żeby zablokować nasz przekaz” – powiedział w jednym z wywiadów. Warto przełamać tę zmowę milczenia i nagłośnić stanowisko prezesa, choćby w sprawie kultury.

Kiedy gospodarka przyspiesza, a urzędujący premier jest przyjmowany przez najważniejszych przywódców Europy, z którymi ustala politykę względem Ukrainy, opozycja skupia swoje działania na kulturze. Szczęśliwy to kraj, w którym najbardziej gorące spory dotyczą historii, powstań narodowych, zwycięstw i klęsk (były takie?), wystaw obrazów i rzeźb, pomników przesuwanych, usuwanych lub postulowanych, patronów szkół i przedszkoli (polecam odpowiedni rozdział książki Mariusza Urbanka „Brzechwa”), nazw ulic i mostów, doboru uczestników pyskówek telewizyjnych oraz spotkań autorskich („za państwowe pieniądze”) w bibliotekach publicznych, no i przede wszystkim filmów.

Najważniejszą osobą w takim szczęśliwym kraju nie jest premier, przywódca opozycji czy prezes banku narodowego, tylko reżyser Pasikowski, który – jak czytamy w mediach patriotycznych – nakręcił trzy filmy: cyniczny („Psy”), antypolski („Pokłosie”) i patriotyczny („Jack Strong”). Kiedy na ekranach nie ma żadnego filmu godnego uwagi, wówczas życie polityczne skupia się wokół filmów, które nie są pokazywane w telewizji publicznej lub wręcz jeszcze nie istnieją – np. czy Państwowy Instytut Sztuki Filmowej ma dofinansować film o „zamachu” smoleńskim, o którym to filmie z góry wiadomo, że będzie dobry i słuszny. Zamach zresztą jest dużo bardziej filmowy i może liczyć na większą widownię niż nudna piła o szkoleniu na symulatorach, niedoświadczonych pilotach, karygodnym zgromadzeniu elity kraju w jednym samolocie, o mgle, wysokościomierzach, wieży w baraku i o jakiejś brzozie.

Z powodu szczelnej blokady informacyjnej wokół stanowiska PiS na każdy temat, a tym razem na temat kultury, prezes mógł liczyć tylko na dwa wierne mu media, które nagłośnią każde jego słowo, przestudiują każdą jego myśl. Oczywiście chodzi o ulubione organy prezesa – „Gazetę Wyborczą” i TVN24.

Ta pierwsza zamieściła omówienie konferencji PiS w Sejmie na temat kultury, a ta druga (w osobach pp. Morozowskiego i Kmiecika) zorganizowała dyskusję z udziałem rzecznika polityki kulturalnej PiS Jarosława Sellina (był wiceministrem w rządzie PiS) oraz Izabelli Cywińskiej, reżyser i byłej minister. Na kim jak na kim, ale na „Gazecie” i na TVN partia może polegać.

Kiedy partia mówi o kulturze – warto nadstawić uszy.

Ja jednak nie polegam na tych polskojęzycznych mediach, bo im nie ufam, bo wszystko przekręcą, wolę polegać na stronie internetowej PiS, gdzie przeczytałem, że w swoim wystąpieniu prezes kładł nacisk przede wszystkim na wolność, „sztuka musi być wolną” – powtarzał kilkakrotnie, zwłaszcza wolną od państwowej kontroli, „ale jednocześnie chciałby podkreślić, że bardzo cenna z punktu widzenia państwa, a przede wszystkim narodu jako wspólnoty, jest ta sztuka, która tej wspólnocie służy”. Jest rodzaj sztuki, która szczególnie służy wzmacnianiu wspólnoty i w tej dziedzinie sytuacja jest zła – mówił prezes i dodawał, że to pozwala sformułować pewne postulaty, ale w żadnym wypadku przymus.

Według Jarosława Kaczyńskiego środki państwowe nie mogą służyć sztuce, w której mamy do czynienia z „bardzo silnym elementem destrukcji”. „Destrukcji, wydaje się, w jakimś zakresie zaplanowanej, być może nawet jakoś koordynowanej”. Tego rodzaju sztuka powinna być finansowana wyłącznie ze środków prywatnych – powiedział prezes.

Chyba tylko na skutek blokady informacyjnej słowa prezesa nie wywołały burzy. Jeżeli sztuka w Polsce jest poddawana destrukcji, zaplanowanej i koordynowanej, to odpowiednie służby nie mogą zostać bezczynne. Z tego nie wykpi się nawet Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w którego przybytkach, takich jak Zachęta, Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie czy Stary Teatr w Krakowie, dzieją się rzeczy straszne, jak np. papież przygnieciony meteorytem, przytulanie do krzyża czy obscena na scenie. Tego nie zrównoważą kolejne miliony na świątynię, przebrane za subwencję na muzeum.

Izabella Cywińska zapytała przytomnie pana Sellina, kto będzie oceniał, czy mamy do czynienia z utworem zdrowym, wspólnotowym, czy też ze sztuką złą, destrukcyjną? Ta druga, przypomnijmy, w koncepcji PiS, które jest partią jak najbardziej liberalną, nie będzie zakazana jako zdegenerowana, mogłaby być uprawiana, nikt tu nikogo za twarz nie bierze, ale… na koszt własny. Państwo nie będzie płaciło za sztukę destrukcyjną zamiast wspólnotowej. Stanowisko to, na pozór liberalne, byłoby mniej groźne np. w USA, gdzie mecenat federalny jest stosunkowo skromny, a mecenat prywatny – potężny. Byłoby to stanowisko groźne np. we Francji, a już nie do obrony w Polsce, gdzie zdecydowanie przeważa mecenat publiczny. Kto by sfinansował niesłuszne pozycje repertuarowe w Teatrze Wielkim, destrukcyjne malarstwo w muzeach i antywspólnotowe pieśni w chórze uniwersyteckim?

Stanowisko PiS w sprawie kultury wspólnotowej i destrukcyjnej, słusznej i niesłusznej, nasuwa tak groźne skojarzenia, że nawet strach o nich wspominać. Wszak dramaty narodowe, takie jak „Dziady” czy „Wesele”, mogą być odczytywane na różne sposoby. Inaczej Holoubek, a inaczej Gomułka. A Gombrowicz? Mrożek? Miłosz? „Do piachu” Różewicza? Kantor? Lebenstein? Pągowska? Wczesny i późny Fangor? A słynny „Pisuar” Duchampa, a obraz Kandinsky’ego „Kozacy” – wspólnotowy jest czy wręcz przeciwnie? A „Śniadanie na trawie” – czy nie należałoby tej pani ubrać, skoro panowie są ubrani? Siedzi sobie na golasa, a dzieci to oglądają. A „dziurawe” rzeźby Moore’a i „Hamburger” Oldenburga – czy to jest szuka czy kpina wpuścić toto do instytucji publicznej? No i ta nieszczęsna palma na rondzie de Gaulle’a, czy ona nas wspólnotowo łączy czy raczej broń nas, Panie Boże, dzieli?

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj