Zimna woda zdrowia doda
Pierwszy raz mors wchodzi do zimnej wody z ciekawości, drugi – na przekór sobie, a trzeci – z przyzwyczajenia.
Do kriokomory wysyłają chętnie, a przecież morsowanie jest starsze.
Maciek Nabrdalik/VII Mentor/Polityka

Do kriokomory wysyłają chętnie, a przecież morsowanie jest starsze.

Klub morsów z Brennej-Leśnicy. Spora część to górnicy na wczesnej emeryturze
Maciek Nabrdalik/VII Mentor/Polityka

Klub morsów z Brennej-Leśnicy. Spora część to górnicy na wczesnej emeryturze

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w lutym 2009 r.

Pierwszy raz mors wchodzi do zimnej wody z ciekawości, drugi – na przekór sobie, a trzeci – z przyzwyczajenia. Tych przyzwyczajonych jest w Polsce kilka tysięcy, twierdzi organizator Ogólnopolskiego Zlotu Morsów w Mielnie. Nigdzie na świecie nie znajdziemy takiej liczby ludzi kąpiących się zimą w tym samym miejscu i czasie – zapewnia. A pozostali? Lubią kameralnie...

Kiedy babcię Halinę brała choroba, prosiła dziadka, żeby zawinął ją w mokre prześcieradła i szczelnie przykrył pierzyną. Choroba zdjęta – oświadczała uroczyście po kilku godzinach. Artur miał siedem lat, gdy wygrzebał pośród papierów dziadka „Moje leczenie wodą” Sebastiana Kneippa (tego samego, który zalecał codzienne mycie). – Moja pierwsza samodzielnie przeczytana książka. Dziewiętnastowieczna, przetłumaczona piękną polszczyzną – wspomina. Pamięta każde zdanie i sam się dziwi, że rady niemieckiego księdza trafiły do pierwszoklasisty. Do dzisiaj wierzy w cudowną moc polewania zimną wodą, chłodne kąpiele i szeroko otwarte okna w trzaskający mróz. Po 37 latach zmieniło się tylko tyle, że na noc zakłada bawełnianą czapkę – żeby łysa głowa nie zmarzła.

W każdą sobotę dojeżdża z warszawskiego Ursynowa na otwockie morsowisko. Najpierw metrem, potem dwoma autobusami. Żeby dostać się do starego koryta Wisły, musi jeszcze kawałek przejść. – Rozgrzewanie się gorącymi napojami jest podobno niewskazane, ale ja morsuję po swojemu – tłumaczy, popijając herbatę. Dopiero po kąpieli wypije krupnik na miodzie. Podobnie jak większość morsów wyznaje zasadę: przed wejściem do wody ani kropli alkoholu. Przysiady i podskoki muszą wystarczyć. W przeciwieństwie do kolegów, wchodzi, jak ksiądz przykazał – bez czapki, rękawic i butów. W przerębli siedzi do 10 minut. Dłużej wytrzymuje tylko Jacek – 20 minut zanurzenia. Nawet smrodu szlamu nie czuje. Gdy reszta rusza do samochodów, Artur dopiero się przebiera. – Wyglądasz jak z obrazu Bruegla: tyle lodu i ty jeden – usłyszał ostatnio na pożegnanie. Właśnie kończył wciągać pomarszczone kalesony.

W skandynawskim stylu

Jędras, polej! – przez drzwi drewnianej budki bucha gorąca para. W środku sami panowie, wśród nich dwóch nowych. Prawie się nie ruszają. Mało mówią. Czasem któryś zażartuje, ale śmiać się ciężko, bo w płuca pali. Na zewnątrz skwierczy kiełbasa. – Po trzeciej kolejce będzie gotowa. Lubię przypaloną – zaciera dłonie Grzesiek. Pilnuje, aby co sobotę kto inny kupował półtora kilograma podwawelskiej. – Przychodzę na morsowisko już piąty sezon. Fajna zabawa. No a potem bania. Rekord Grześka to 11,5 minuty w przerębli, ale zimnego prysznica w życiu by nie wziął. Trzy lata temu założyli z Jackiem, informatykiem, w Internecie stronę, na której podali tylko swoje namiary, miejsce i godzinę spotkań. Od tamtego czasu uzbierało się kilkanaście osób.– Często na czacie ktoś pyta: co zrobić, żeby zostać morsem? Przyjechać i wykąpać się, odpowiadam. Wchodzisz do wody, zanurzasz się i tyle. Wszystko leży w psychice. Za pierwszym razem w przerębli dłużej niż minutę nie wysiedzisz. Ale można wchodzić nawet trzy razy. No, i rozgrzać się trzeba dobrze. Pobiegać, poskakać. I musisz chcieć. Chęci są najważniejsze – przekonuje Grzesiek. Ogródek działkowy, położony 30 km od Warszawy, odziedziczył po teściowej. – Działki to nie mój klimat. Latem nie da się tu wytrzymać. Pełno ludzi! Sąsiadki w białych stanikach – dowcipkuje. Cieszy się, że zjawia się tam zimą.

Wody, wody! – zipie wytaczający się z oparów Jędrek i pada prosto w śnieg. Grzesiek bez pośpiechu sięga po wiadro i przechyla je nad parującą głową. Jędras porykuje. – To jest sprawca całego zamieszania – mówi Grzesiek, wskazując na tarzającego się kumpla. Pomysł na banię Jędrek przywiózł z wakacji w Estonii, gdzie podobnie jak w innych krajach skandynawskich morsowanie ma długą tradycję i nie sprowadza się do kąpieli w lodowatej wodzie, tylko od niej zaczyna. Sauna nad jeziorem to luksus, o którym otwockie morsy śnią po nocach.

Przebywanie na zmianę w skrajnie niskich i wysokich temperaturach to sprawdzona i stosowana od pokoleń kombinacja. Niewątpliwie takie morsowanie działa pobudzająco na organizm, zwiększając jego wydolność i metabolizm– twierdzi doc. Krystyna Księżopolska-Orłowska, kierownik Kliniki Rehabilitacyjnej w Instytucie Reumatologii w Warszawie. – Wysokie temperatury nie są wskazane przy stanach zapalnych mogą zwiększyć objawy i ból. Za to mokre zimno, z którym morsy mają kontakt, wpływa korzystnie na przekrwienie, uelastycznia mięśnie, poprawia krążenie, zwiększa zakres ruchu w stawach. Działa też korzystnie na psychikę. Podczas zimnych kąpieli uwalniają się betaendorfiny, które mają działanie zbliżone do morfiny – uśmierzają ból i dają poczucie większej swobody, lekkości, radości. Betaendorfiny łagodzą również stany depresyjne, których przyczyną jest nadmiar pracy, przewlekłe zmęczenie, choroby, stres. Wtedy jednak najlepiej działać krioterapią. (Krioterapia to leczenie zimnem w komorze wychładzanej ciekłym azotem lub dwutlenkiem węgla do temperatury minus 140 stopni Celsjusza). – Morsowanie to fajna zabawa, ale nie uznaje się tego za terapię, tylko za sport – podsumowuje pani doktor. – Natomiast krioterapia to już bardzo konkretne leczenie.

Tak zimno, że aż ciepło

Jędras, zachwycony estońskimi zwyczajami, wysłał esemesa do Grześka. – I jakby bania już była – mówi. Grzesiek poczytał w Internecie, narysował sobie na karteczce: tu się wywali ścianę, tu postawi stelaż, obije deskami... Budował po pracy, przez trzy miesiące. Stanęła przytulona do domku, nie gorsza od estońskiej. Piec tylko wyszedł wielki, jak do pieczenia chleba, ale temperaturę trzyma: 120 stopni Celsjusza, z polewaniem kamieni – jeszcze więcej. – Najlepiej byłoby prosto z bani do zimnej wody wskoczyć. Mamy tu prysznic, wodę ze studni, ale całym ciałem zanurzyć się to byłoby to – wzdycha Grzegorz. – Cały tydzień idzie w niepamięć. Wiem, że cokolwiek by się działo, i tak w sobotę wszystko się wymrozi – dorzuca Paweł. Studiuje wieczorowo na politechnice. Pisze inżynierkę z ogrzewnictwa. – Pod wpływem zimna, podobnie jak przy oparzeniu, naczynia krwionośne gwałtownie się kurczą. Dlatego nagłe oziębienie na skórze odczuwa się tak samo jak oparzenie. Już po kilku sekundach układ krążenia zaczyna działać na zwiększonych obrotach, ogrzewając organizm – tłumaczy Rafał Olczyk, fizjoterapeuta, doktorant Kliniki Chorób Wewnętrznych i Rehabilitacji Kardiologicznej UM w Łodzi. – Mylnie przyzwyczailiśmy się ciepło kojarzyć z dobrem, a zimno ze złem. Tymczasem krioterapia, do której porównuję morsowanie, dowodzi zbawiennego wpływu zimna na ludzki organizm.

Jednak, wbrew przyjętym opiniom, nie każdy może zostać morsem. Powinny być to osoby prowadzące regularny tryb życia. Zimne kąpiele Olczyk odradza pacjentom po chorobach nowotworowych, z arytmią serca, miażdżycą, odmrożeniami i zmianami skórnymi. Z morsowaniem jest u nas trochę tak jak z lekami u starszych ludzi: ta tabletka mi pomogła, to i ciebie uzdrowi. To nie tak. Każdy początkujący mors powinien się przebadać. Inna sprawa, że jeszcze nie spotkałem lekarza, który zalecałby zanurzenie w lodowatej wodzie. Do kriokomory wysyłają chętnie, a przecież morsowanie jest starsze. I nic nie kosztuje. Dlatego nazywam je krioterapią dla ubogich.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj