Kraków się zmienia

Krakowianie czy krakusy?
To miasto raczej wobec obcych nieufne, a krakusem można zostać dopiero w piątym pokoleniu – i to jeśli urodziło się w miejscu, gdzie słychać hejnał z wieży mariackiej. Taka jest obiegowa opinia.
Szkoccy turyści w starym Krakowie.
Marek Lasyk/Reporter

Szkoccy turyści w starym Krakowie.

Emeryci w nowohuckiej Al. Róż.
Anna Kaczmarz/Reporter

Emeryci w nowohuckiej Al. Róż.

Miejscówki pod pomnikiem Mickiewicza zawsze w cenie.
Marek Lasyk/Reporter

Miejscówki pod pomnikiem Mickiewicza zawsze w cenie.

Wbrew pozorom Kraków jest miastem dość otwartym, gładko wchłaniającym kolejne fale przybyszów. Przede wszystkim z Małopolski, którzy szukali i szukają tutaj wykształcenia i pracy. Po II wojnie do Krakowa przyjechało tysiące lwowian i innych „wschodniaków”, a także rozbitków z popowstańczej Warszawy. Wielu zostało na zawsze, choć podobno krakowianie nie witali ich z patriotycznym entuzjazmem, obawiając się, że może będą chcieli wywołać następne powstanie, a przecież mogły przy tym ucierpieć bezcenne zabytki (złośliwy dowcip tłumaczył, czemu w Krakowie powstanie nie było możliwe: bo konserwator nie wyraził zgody).

Zarówno krakowianie z przymusu, jak i ci z wyboru znaleźli tu swoje miejsce. – Kraków ma ogromną zdolność asymilowania przyjezdnych – potwierdza Magda Kursa, dziennikarka lokalnego wydania „Gazety Wyborczej” i współautorka przewodnika „Zrób to w Krakowie”. – Opowiadanie o nim jako miejscu konserwatywnym, zamkniętym na obcych to szerzenie mitu. Wystarczy popatrzeć na listę wielkich XIX-wiecznych prezydentów miasta. Ani Józef Dietl, ani Mikołaj Zyblikiewicz, ani Juliusz Leo nie urodzili się tutaj. Za swoje zasługi dla rozwoju miasta każdy z nich ma ulice swojego imienia.

Słoik? Pojęcie nieznane

Solidną przepustką do statusu krakowianina jest zdobycie w Krakowie wykształcenia. Jeśli matura, to w jednej z kilku prestiżowych szkół średnich. Ukończenie Liceum Nowodworskiego, najstarszej krakowskiej szkoły średniej, wciąż nobilituje. (Maturę w „Nowodworku” zdali Jan Matejko, Juliusz Osterwa, pochodzący spod Tarnowa Sławomir Mrożek, a także Maria Peszek). Równie dobrze zdać maturę w V LO (na liście absolwentów m.in. Józef Beck, Adam D. Rotfeld, J.M. Rokita, Alicja Bachleda-Curuś) lub II LO im. Króla Jana Sobieskiego (kardynał Franciszek Macharski, Jerzy Turowicz, a z młodszych roczników Dorota Segda czy Maciej Stuhr).

Znajomości nawiązane w szkole procentują potem przez lata. Jeśli przybysz trafił tutaj dopiero na studia, to też nic straconego. Dyplom Uniwersytetu Jagiellońskiego czy Akademii Górniczo-Hutniczej otwiera wrota do społeczności krakusów. Jacek Majchrowski, rządzący Krakowem od trzech kadencji, przyjechał tu na studia z Sosnowca. Jednak fakt, że jest profesorem prawa UJ, zamyka usta tym nielicznym, którzy mu to pochodzenie chcieliby wytykać. Ikony Krakowa – Wisława Szymborska, Piotr Skrzynecki czy Marcin Świetlicki – też nie urodziły się pod Wawelem!

Pojęcie „słoika”, który zabiera pracę, nie umie parkować w zatłoczonym mieście, a każdy weekend spędza w rodzinnej wsi czy miasteczku, jest tutaj raczej nieznane. Kraków należy ostatnio do tych nielicznych ośrodków w Polsce, gdzie liczba mieszkańców stale rośnie. I według prognoz nadal będzie się zwiększać.

Oczywiście znajdą się i tacy, którzy będą twierdzić, że mityczny „Krakówek” trzyma władzę, nie dopuszczając „obcych” do dobrych posad i atrakcyjnych zleceń. Cóż, czasem trzeba znaleźć sobie wytłumaczenie.

Projekt Nowa Huta

„Trzypokojowe kupię, Nowa Huta wykluczona” – takie ogłoszenia pojawiały się jeszcze w latach 90. w krakowskiej prasie. Dla większości mieszkańców „starego” Krakowa wyrosła po wojnie nowohucka dzielnica była dalekim i nieznanym terytorium. A także niechcianym. Uważano powszechnie, że decyzja o budowie kombinatu metalurgicznego im. Lenina była zemstą za głosowanie niepokornych krakowian w referendum w 1946 r. Większość z nich na pytanie: „Czy jesteś za zniesieniem Senatu?” odpowiadała: „Nie”. Chodziło nie tyle o dylematy ustrojowe, ile o sprzeciw wobec nowej komunistycznej władzy. Przybywający tłumnie budowniczowie Nowej Huty – często małorolni chłopi – mieli pognębić mieszczańsko-inteligencki etos Krakowa. Wychowanym w średniowieczno-renesansowym otoczeniu, socrealistyczna architektura „miasta idealnego” wydawała się odpychającym projektem wyznawców nowego ustroju.

Jednak projekt nie bardzo się udał. To w Nowej Hucie w 1960 r. doszło do pierwszych masowych wystąpień przeciw „władzy ludowej”. Mieszkańcy protestowali przeciw usunięciu drewnianego krzyża postawionego na Osiedlu Teatralnym, w miejscu gdzie miał powstać kościół. Zamieszki trwały kilka dni, a krzyż ostatecznie pozostał. Szerokie nowohuckie ulice, a zwłaszcza plac Centralny z monumentalnym pomnikiem Lenina okazały się idealnym miejscem na bitwy z ZOMO w stanie wojennym. Młodzi robotnicy z Huty noszącej imię wodza rewolucji październikowej nie bali się władzy i wzbudzali podziw krakowskich elit. Jednak „braterstwo broni” z tamtych lat długo nie trwało. Wielu krakowian do Huty jeździ sporadycznie, a mieszkańcy odległych nowohuckich osiedli całymi latami nie bywają w centrum Krakowa.

Przez dziesięciolecia nowohucianie żyli z kompleksem dzielnicy gorszej, robotniczej, niepasującej do mieszczańskiego Krakowa. Ta historyczna i kulturowa odrębność zaowocowała w ostatnich latach ruchami separatystycznymi. Pokolenie dzieci i wnuków nowohuckich junaków zaczęło propagować dumę ze swoich korzeni.

Ich ostatni pomysł to utworzenie osobnego Wolnego Miasta Nowa Huta. Przekonują, że zasiadające w Pałacu Wielopolskich władze Krakowa dyskryminują Nową Hutę na każdym kroku. W największej dzielnicy miasta, twierdzą młodzi, inwestycje są najmniejsze, chodniki najgorsze, tramwaje najstarsze, a pracy coraz mniej. Z pracą rzeczywiście jest problem, bo kombinat, w którym w PRL pracowało ponad 30 tys. osób, dziś zatrudnia 4 tys.

Nowa Huta przez ostatnie pół wieku znacznie się też postarzała. Szacuje się, że w okolicach placu Centralnego (oficjalna, acz rzadko używana nazwa to plac im. Ronalda Reagana) większość mieszkańców stanowią emeryci. Proces wymiany pokoleniowej postępuje wolno, choć ceny mieszkań, o jedną czwartą niższe niż w śródmieściu Krakowa, mogą być atrakcyjne dla młodych. Ale nawet niższa cena za mieszkanie, więcej zieleni i sporo miejsc parkingowych nie równoważą innych niedogodności. W Nowej Hucie jest tylko jedna restauracja, Stylowa, dobra dla poszukujących socrealistycznych smaczków turystów, niekoniecznie dla młodej klasy średniej. Nie ma pubów, kawiarni, a ostatnie kino broni się resztą sił przed likwidacją. Kilka tygodni temu zamknięto ostatnią księgarnię.

Separatystyczne idee nie wzbudziły na razie powszechnego entuzjazmu wśród mieszkańców 200-tysięcznej dzielnicy. Mało kto wierzy również w ambitne plany władz Krakowa, które chcą budować nowy kompleks biurowo-mieszkaniowo-przemysłowy, zwany roboczo Nową Hutą Przyszłości. Wielki boom rozwojowy, jaki stał się udziałem Krakowa po zmianie ustroju, ominął Nową Hutę, która zastygła w swojej przebrzmiałej socrealistycznej formie.

Boom turystyczny

Kiedyś turystów nazywano w Krakowie „stonką”. Chodziło o śmiertelnie zmęczone i znudzone „miastem królów” wycieczki ze szkół lub zakładów pracy. – Dziś Kraków stał się lokomotywą marki Polska na świecie – mówi Konrad Myślik, znawca miasta i działacz Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa. W 2012 r. Kraków odwiedziło 9 mln turystów. Ocenia się, że 20 proc. wszystkich miejsc pracy tutaj jest związanych pośrednio lub bezpośrednio z turystyką. – Dlatego nie ma co się krzywić, że ściągają do nas tłumy i zadeptują nam miasto – podkreśla Magdalena Kursa. One raczej Kraków nieco przewietrzają.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj