Wielowarstwowa tożsamość Szczecina

Niekochani
Staraliśmy się, lecz utknęliśmy w przedsionku. Niby duże miasto, jednak nie dość duże, by dołączyć do ligi tych największych; niby mamy ciekawą historię, ale gdzie indziej władze i mieszkańcy potrafią lepiej ją sprzedać, opowiedzieć.
Widok na Wały Chrobrego (dawniej Hakenterasse), Muzeum Narodowe i Urząd Wojewódzki.
Darek Krakowiak

Widok na Wały Chrobrego (dawniej Hakenterasse), Muzeum Narodowe i Urząd Wojewódzki.

Powojenny Szczecin wysiedlał i przyjmował tysiące ludzi (1946 r.).
FoKa/Forum

Powojenny Szczecin wysiedlał i przyjmował tysiące ludzi (1946 r.).

Współczesny Szczecin i szczecinianie na przebudowanych bulwarach nad Odrą.
Robert Stachnik/Reporter

Współczesny Szczecin i szczecinianie na przebudowanych bulwarach nad Odrą.

Szczecin nocą.
Zenon Zyburtowicz/EAST NEWS

Szczecin nocą.

Szczecinianie lubią debaty o sobie. Urodziłam się w 1963 r. i pamiętam rytuały lat 70. Miały formę akademii, odbywanych pod wyciętymi z brystolu napisami „Myśmy tu nie przyszli, myśmy tu wrócili”. Hasło znane na Ziemiach Odzyskanych, zneutralizowane satysfakcjonującą teraźniejszością w miejscach takich jak Wrocław – wieczny konkurent, przedmiot zazdrości, bardziej uzdolniony uczeń XX-wiecznej lekcji historii. W Szczecinie zamarło nam na ustach, wisi gdzieś w powietrzu nad ulicą Wielką, czyli do końca wojny Breitestrasse, przemianowaną w 1981 r. na ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego, czy nad aleją Jedności Narodowej, czyli Kaiser Wilhelm Strasse noszącą obecnie imię Papieża Jana Pawła II. Dodano „papieża” z neoficką gorliwością, być może wyuczoną w szkołach, w których nauczyciele tłukli do naszych głów ideologię piastowskich ziem. Na pewno papież, na pewno zawsze była tu Polska, a przynajmniej jakaś słowiańszczyzna, wyparta przez germański ekspansjonizm i niesprawiedliwość dziejową, którą wyrównamy wspólnym wysiłkiem pionierów i patriotów lokalnych.

Podczas szkolnych akademii nie zadawałam sobie pytania, kim są „myśmy”, skąd wrócili i w jaki sposób ma wyglądać ich (nasze?, moje?) trwanie na prapiastowskiej ziemi. Skoro wróciliśmy, musieliśmy być potomkami ludzi, którzy niegdyś, zapewne przed wojną, mieszkali tutaj, a potem wyparowali, zaginęli we mgle niedomówień i półprawd. Może wywieziono ich na wschód, skąd ich potomkowie, z niewielkim dobytkiem albo i bez niego, wracali między 1945 a 1957 r.? Podczas akademijnych montaży słowno-muzycznych śpiewaliśmy o czynie zbrojnym od Lenino do Berlina, o pożodze, nie lokalizując jednak tych historycznych żywiołów. „Tu” było piastowsko i gryficko, a „tam” rozciągało się niewiadome. Znaliśmy miejsce docelowe, niewiele wiedząc o domach opuszczonych. Reprezentowały je strzępy dobytku, oleodruki i wyszywane obrusy, monidła, chusty pioniera i książeczki do nabożeństwa. Dworków w tle, jeśli zachowały się jakieś zdjęcia, nie było widać, raczej krzywe płoty i małe ogródki.

Kwestia miejsc pochodzenia obywateli Szczecina od 1945 r. inaczej kształtuje się w statystykach, a inaczej w myśleniu potocznym. Nadal możemy spotkać opinię, że przyjechali tu przede wszystkim ludzie z kresowych miasteczek i wsi. Lwowska inteligencja, tamtejsze instytucje nauki i kultury „wyciekały” po drodze, na stacjach pośrednich. Do Szczecina przetransponowano nazwę drużyny piłki nożnej Pogoń, pomnik Kornela Ujejskiego, nie udało się przeniesienie z Wilna Uniwersytetu Stefana Batorego. W przedwojennym Stettinie nie było tradycji wyższego szkolnictwa, więc uczeni woleli szukać miejsc z lepszym, choćby przejętym, zapleczem.

Z centrum kraju do Szczecina

Jedną z dziwnych cech tego miasta jest potrzeba poszukiwania punktu odniesienia, silnego wzoru. Chętnie mówimy, że układ ulic przypomina Paryż, albo że jesteśmy „małym Berlinem”. Nie zostaliśmy „nowym Wilnem” ani „nowym Lwowem”. Zawsze więc widzimy nasze miasto jako dopełnienie istniejącego wzoru i niespełnioną obietnicę wielkości. W ostatnich latach toczymy udane boje o odzyskiwanie kopii słynnych dzieł, dekorujących Stettin, a rozparcelowanych po Polsce, i rozpalają nas dyskusje na temat sensowności tych z ducha postmodernistycznych działań. Taką udaną batalię stoczyliśmy o rzeźbę kondotiera autorstwa Bartolomeo Colleoniego, której oryginał stoi w Wenecji, a pierwsza kopia, wywieziona od nas, zdobiła dziedziniec Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Bardziej dbamy o odzyskiwanie starych, choćby symulakrów, niż o jakość nowych pomników: Anioł Wolności stojący na placu Solidarności zdobyłby znaczącą pozycję w europejskim konkursie na wzniosły kicz.

To, kim jesteśmy, wiąże się z tym, skąd przybyliśmy. W rzeczywistości największa migracja pochodziła z terenów należących przed wojną i po wojnie do Polski, w 1947 r. ludność z centrum kraju stanowiła tu 63 proc., silną grupą byli mieszkańcy Wielkopolski. Oni też często zajmowali stanowiska administracyjne. Może jesteśmy „małym Poznaniem”? Powiedzmy wprost: miastem awansu z powiatu do województwa?

Pomieszanie prawdy o wiejsko-małomiasteczkowym pochodzeniu osadników z mitem o liczebnej przewadze Kresowiaków oddaje splot kompleksu wyższości z kompleksem niższości. Kresowość postrzegana jest jako inność, zwłaszcza jeśli nie można jej łączyć z mitem dworkowym. W społecznych podziałach „oni”, rozpoznawalni po akcencie i zapóźnieniu cywilizacyjnym, mieli stać poniżej tych, którzy przybyli z uporządkowanej, znającej kanalizację, metody administrowania i mieszczańskie zwyczaje Wielkopolski lub z Warszawy, a nawet z Galicji. Okazywanie wyższości „ruskim” nadal zdarza się tu mimo zaniku akcentu i nierozpoznawalności różnic kulturowych. Językoznawcy jeszcze w latach 80. twierdzili, że w Szczecinie mówi się najczystszą polszczyzną, właśnie dlatego, że ucieczka od wszelkich różnic – gwarowych i regionalnych – miała zapewnić życiowy awans.

Przybyszów z Kresów obwiniano o wszelkie zło. Mieli być szabrownikami, zabójcami; demontować nieznane sobie urządzenia hydrauliczne, wprowadzać bałagan. Postać „zaciągającego” zbója można spotkać w reportażach i prozie z lat 40. i 50. Szabrem trudniły się raczej hordy rabusiów z Wielkopolski czy Mazowsza, mające szanse zorganizować sobie rynek zbytu. Osadnicy – westernowe skojarzenia przyjęły się w języku lokalnym – dzielili się na dobrych i złych. Dziki Zachód wymagał twardości charakteru, pracowitości, a negatywne zjawiska należało przypisywać innym, obcym, zdemaskowanym i zwalczanym w zgodzie ze schematem zadekretowanej na zjeździe szczecińskim w 1949 r. literatury socrealistycznej.

Ślady naszych przodków, ewentualnych Piastów i Gryfitów, którym natrętnie przypisywano piastowskie pochodzenie, oraz zmityzowanych pradziadków i prababć, z ich tragicznymi i niecenzuralnymi dla komunistów biografiami, zostały zatarte, a zewsząd wyzierały zupełnie inne, zwane poniemieckimi, znaki przeszłości. Monumentalna architektura Wałów Chrobrego (Hakenterrasse), Zamek Książąt Pomorskich, napisy na chodnikach i akcesoriach budowlanych, sterty podniszczonych przedmiotów z obcojęzycznymi znakami fabryk. Wały Chrobrego wydawały się zresztą „nasze” przez nazwę, tak jak całe śródmieście, spolszczone przez język. Wycisnąć z kamieni polskość, choćby miały płakać odpryskami niemieckich napisów.

Ucieczka przed przeszłością

Polska administracja przejmowała Szczecin trzykrotnie. Niemcy, których po wkroczeniu Rosjan zostało ledwie 6 tys., w maju i czerwcu 1945 r. zaczęli wracać i na początku lipca było ich ponad 80 tys. Próbowali zmieniać faszystowskie nazwy ulic na „słuszne”, np. Adolf Hitler Strasse na Ernst Thälmann Strasse. Tryb wysiedlania stanowi wstydliwą kartę, rzadko przypominaną. Czasowo obowiązujący nakaz noszenia białych opasek z literą N, przymusowa praca, głodowe racje żywnościowe, bałagan w punktach zbiorczych i warunki transportu, a zwłaszcza przejmowanie „poniemieckiego” mienia na oczach degradowanych właścicieli – nie należą do pozytywnego mitu założycielskiego, opowiadającego o wysiłku odbudowy.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj