Lublin: największy ośrodek akademicki we wschodniej Polsce

KUL, RzUL, Babel
Uczelnie to najwięksi pracodawcy w mieście, 25 proc. mieszkańców to studenci, a akademickość to podstawowy element strategii rozwoju dla władz Lublina.
Dni Kultury Studenckiej. W Lublinie studiują młodzi ludzie z 67 państw.
Kuba Suszek/Reporter

Dni Kultury Studenckiej. W Lublinie studiują młodzi ludzie z 67 państw.

Przekonanie o wyjątkowości KUL, w nieco szczątkowej już formie i głównie na samym KUL, trwa do dzisiaj.
Kazimierz S. Ożóg/Wikipedia

Przekonanie o wyjątkowości KUL, w nieco szczątkowej już formie i głównie na samym KUL, trwa do dzisiaj.

Początek października i na lubelskich ulicach zaczyna robić się tłoczno. Młodzi uczą się na czterech publicznych, jednej katolickiej na prawach publicznej i czterech prywatnych uczelniach w mieście.

80 tys. studentów to jeden z najważniejszych zasobów, ale też jedno z najtrudniejszych wyzwań dla dzisiejszego Lublina. Bo jednak ich liczba z roku na rok spada, uczelnie prześcigają się w sposobach, jak przyciągnąć kandydatów i zapełnić studenckim pogłowiem przeinwestowane gmachy, a miasto wciąż szuka skutecznej zachęty, żeby najlepsi po zakończeniu studiów nie wyjeżdżali za pracą do Warszawy albo za granicę. Na razie jednak to dzięki studentom ponad 6 tys. nauczycieli akademickich ma w Lublinie pracę. A miasto dochód w wysokości 15 proc. swojego PKB i te dziewięć miesięcy w roku, podczas których może czuć namiastkę tego, że jak przed wojną, jest wielokulturowe.

Tylko sześć uniwersytetów działało przed wojną w Polsce, w tym jeden w Lublinie. Prywatny Uniwersytet Lubelski, późniejszy KUL, powstał w 1918 r. dzięki ks. Idziemu Radziszewskiemu, który z powodu wybuchu rewolucji październikowej w Rosji nie postawił katolickiej uczelni w Petersburgu, tylko właśnie tu, przy Alejach Racławickich, blisko centrum miasta.

Podczas gdy na KUL kształcili się katoliccy duchowni, a na wydziałach społecznym i humanistycznym świeccy (wśród nich bezwyznaniowcy, prawosławni i Żydzi), w innej części Lublina, w górnym odcinku ul. Lubartowskiej, centrum dzielnicy żydowskiej, powstawał budynek największej na świecie uczelni talmudycznej Jeszywas Chachmej Lublin (Lubelskiej Szkoły Mędrców). Założyciel, rabin Majer Szapiro, zbierał na jej budowę pieniądze wśród Żydów na całym świecie i również z całego świata zjeżdżali tu uczniowie. Podczas wojny Jeszywa zniknęła, tak samo jak 30 proc. mieszkańców Lublina.

Ale już w 1944 r. powstał „rząd lubelski” zwiastujący narodziny PRL, jedną z pierwszych decyzji powołał Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, nazywany wtedy również m.in. RzUL (Rządowym Uniwersytetem Lubelskim), z którego parę lat później wyszły Akademia Medyczna (dzisiejszy Uniwersytet Medyczny) i Akademia Rolnicza (Uniwersytet Przyrodniczy).

– Był to uniwersytet plebejski, bez tradycji, ale otwarty na różne grupy społeczne. Jego kampus budowano od zera. Ówczesny rektor UMCS wykorzystywał negatywne nastawienie państwa do Kościoła, a więc również do KUL – starano się, by ten był uczelnią zamkniętą, o małym oddziaływaniu. To dlatego utrwalił się w Lublinie tak silny, choć w dużej mierze stereotypowy podział na czerwony uniwersytet, czyli UMCS, i ten niezależny, czyli KUL – mówi prof. Zbigniew Zaporowski, historyk UMCS.

Mit czerwonego uniwersytetu ostatecznie rozpadł się po ogłoszeniu stanu wojennego, kiedy na UMCS, jako jednej z nielicznych uczelni w Polsce, odbywały się strajki. Za to przekonanie o wyjątkowości KUL, w nieco szczątkowej już formie i głównie na samym KUL, trwa do dzisiaj.

KUL jednak rzeczywiście w czasach PRL był dla wielu ostoją wolności i miejscem, w którym nie musieli ukrywać swoich poglądów. Po wojnie trafiali tu ludzie o „niesłusznym”, arystokratycznym czy burżuazyjnym pochodzeniu (Marcin Zamoyski, syn ostatniego ordynata zamojskiego, Tadeusz Rolke, znany dziś fotografik), a potem ci wyrzucani z innych uczelni za działalność polityczną (np. Seweryn Blumsztajn, Andrzej Celiński – relegowani z UW w 1968 r.) albo w ogóle bez szans na przyjęcie na studia (jak Bogdan Borusewicz, licealista po wyroku za rozklejanie ulotek w 1968 r., czy Janusz Palikot, licealista z „wilczym biletem”).

Studentów przyciągali też wybitni wykładowcy, profesorowie z Wilna i ze Lwowa, byli żołnierze AK, działacze opozycji antykomunistycznej, dla których również KUL stanowił schronienie. W gronie znakomitych nauczycieli byli m.in. Władysław Bartoszewski, Jacek Woźniakowski, Wiesław Chrzanowski, Jan Parandowski, a także Karol Wojtyła.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj