Rynek

Media w czasach d@rmochy.

Jak zarabiać na freekonomii?

Dylemat tworzących teści - czy w sieci da się zarabiać? Dylemat tworzących teści - czy w sieci da się zarabiać? BEW
Internet zmienia biznes medialny. Stare modele walą się w gruzy, wśród nowych nie ma pewnego patentu na sukces. Przedstawiamy te najbardziej obiecujące.
Symbol serwisu The Pirate Bay - pod tą flagą jednoczą się wyznawcy sieciowej d@rmochyFlickr CC by SA Symbol serwisu The Pirate Bay - pod tą flagą jednoczą się wyznawcy sieciowej d@rmochy

Czeka nas rewolucja – czy nam się to podoba czy nie. Internet to nowa wielka dziedzina gospodarki, która w przyszłości dawać będzie miliony miejsc pracy.  Niektóre jej gałęzie, np. e-handel, już dziś rosną nadspodziewanie dobrze. W przypadku produkcji i sprzedaży treści kulturalnych – a już w szczególności kultury wysokiej – jest gorzej. Wydawcy wciąż pakują w sieć złotówki, a wyciągają grosiki. Bo choć globalna sieć to wspaniałe medium, w której błyskawicznie przekazywane są informacje, to niestety nie ma na razie dobrych metod, które pozwalają ich wytwórcom zarabiać pieniądze.

Do tego dochodzi problem piractwa. Pod adresem internautów padają coraz ostrzejsze oskarżenia o kradzież i rujnowanie artystów oraz twórców. Jest w tym sporo racji - każde dobro kultury jest w Internecie na wyciągnięcie ręki. Internauci słuchają najnowszej światowej muzyki, oglądają filmy i seriale na kilka godzin po ich premierze w USA. Zapełniają swe strony internetowe wklejając (kradnąc?) informacje z innych. Nic za to nie płacą. Dla wielu artystów i twórców ta sytuacja to dramat. Kilka tygodni temu do sieci wyciekła nowa płyta zespołu Kult. Wokalista Kazik Staszewski publicznie nie przebierał w słowach. Złodzieje – to jeden z łagodniejszych epitetów, które padły pod adresem internautów. W debacie, zorganizowanej przez dziennik „Metro”, awantura na linii artyści-ściągacze rozgorzała na nowo, a obie strony zajęły z góry upatrzone pozycje po przeciwnych stronach barykady.

Ale w tym samym czasie po drugiej stronie Atlantyku wiele mówi się o najnowszej książce Chrisa Andersona „Free”. Anderson – redaktor naczelny „Wired”, wizjonerskiego miesięcznika o technologii – przewiduje w niej nadejście nowej ery cyfrowej kultury. Czasów, w których większość produktów medialnych rozdawanych będzie za darmo. Anderson twierdzi, że na naszych oczach rodzi się nowa ekonomia – freekonomia, czyli ekonomia darmochy. Czy jednak ma rację?

Na razie tradycyjne firmy medialne usiłują odnaleźć się w globalnej sieci. Przyzwyczajone do tradycyjnego układu komunikacji (nadawca > odbiorca) mozolnie uczą się porozumiewania z odbiorcami na zasadzie równy z równym. Próbują zastosować różne modele prowadzenia biznesu, chcąc łączyć właściwą sieci wolność z zarabianiem pieniędzy. Z lepszym lub gorszym skutkiem. Oto krótki przegląd najpopularniejszych pomysłów, a zarazem możliwych scenariuszy rozwoju biznesu w sieci:

  • Zamknięcie wszystkiego – czyli płatne treści

Zdaniem wielu grzechem pierworodnym internetu było zachłyśnięcie się wolnością, bez pytania, kto za to płaci. Tego grzechu nie popełniła już np. telefonia komórkowa, która dopiero teraz na całego wchodzi do sieci. Załadowanie pirackiego oprogramowania do komórki jest utrudnione Wszystko, co wgrywamy do telefonu przez mobilną sieć (dzwonki, piosenki, gry, klipy) operator łatwo sprawdzi i doliczy do rachunku. Aplikacje, dodatki i gadżety do iPhone aktywuje się i ściąga do telefonu poprzez AppStore, na którym łapę trzyma koncern Apple. Oczywiście zabiera sobie lwią część zysku, ale jednak dzieli się nim z producentami treści. Rynek oprogramowania na telefony rozwija się dzięki temu błyskawicznie.

Podobną strategię obrał medialny potentat Rupert Murdoch (właściciel m.in. „Timesa”, „Wall Street Journal”, sieci telewizji Fox). Na spotkaniu z inwestorami miliarder stwierdził stanowczo – Dziennikarstwo wysokiej jakości nie jest tanie. Trzeba znaleźć sposób, aby przedsięwzięcia internetowe mogły je finansować. Na razie widać wyraźnie, że stawiając wyłącznie na dochody z reklamy online to się nie uda. Podległe Murdochowi media testują już różne sposoby pobierania płatności za treści. Jak pisze na swym blogu Krzysztof Urbanowicz również polscy wydawcy w przyszłym roku będą na szerszą skalę próbowali sprzedawać swe informacje w sieci.

Czy jednak scenariusz zamknięcia bezpłatnego dostępu do internetowych wcieleń tradycyjnych mediów jest racjonalny? W tym celu porozumieć musieliby się wydawcy. Jednocześnie zamknąć dostęp do treści, wymusić na internautach logowanie, a potem pobierać opłaty za artykuły. To jednak nie mogłyby być duże sumy – w skrajnych przypadkach nawet kilka groszy. Tu zderzamy się z problemem mikropłatności. Kupując papierową „Politykę” za 5 zł dostają wszak Państwo „paczkę” kilkudziesięciu artykułów. Ale jak rozwiązać płacenie przy kupowaniu na sztuki, a tak zazwyczaj, wybiórczo, czyta się w Internecie? Zorganizowanie takiej kilkugroszowej operacji bankowej byłoby niewygodne dla czytelnika, a jej koszty przewyższą kwotę wpłaty. Sprawę rozwiązałby zapewne jeden zbiorczy operator, obsługujący strony wszystkich mediów. Tylko wszyscy wydawcy musieliby się dogadać, a to nie udało się ani w Polsce, ani na świecie.

  • Model więcej za mniej

To rozwiązanie z powodzeniem zastosowali przedsiębiorcy wydający w Polsce gry komputerowe. Choć jest to rynek od dawna trawiony zmorą piractwa (w latach 90 zaledwie jedna na dwadzieścia sprzedawanych u nas gier komputerowych była legalną kopią), wydawcy tacy jak CD Projekt umieli się na nim odnaleźć. Kluczem okazało się stworzenie sensownej alternatywy dla pirackich kopii, często niekompletnych i źle działających. CD Projekt wydawał gry w polskiej wersji językowej, dołączając do nich koszulki, plakaty, naklejki i inne gadżety. Jako jeden z pierwszych wydawców odważył się sprzedawać premierowe tytuły w cenach poniżej 100 zł (np. 59, 79, 99 zł).

Oczywiście nie na wiele by się to zdało, gdyby jednocześnie nie wzrosła zamożność społeczeństwa. Ostatecznie jednak znalazła się grupa kilkudziesięciu tysięcy klientów, którzy zamiast męczyć się szukając pirackiej gry dla dziecka, dla świętego spokoju kupią ją z supermarketowej półki w promocji.

Podobną ścieżką poszedł gigant oprogramowania Microsoft – dostęp do dodatkowych opcji (np. aktualizacje on-line, poprawiające bezpieczeństwo systemu) mają tylko użytkownicy oryginalnych, zarejestrowanych kopii Windows. Ten model biznesowy polega więc na stworzeniu na tyle interesującej oferty, aby klient zechciał jednak za produkt zapłacić.

  • Model freemium – czyli weź za darmo, zapłać za ekstra.

Z kolei Chris Anderson w swej książce przekonuje, że podstawą nowej ekonomii darmochy będzie model freemium (połączenie słów free oraz premium). Zdaniem Andersona najważniejszym dobrem XXI wieku będą czas i uwaga odbiorcy (klienta). A tej nic nie przyciąga bardziej, niż słówko „darmocha”. Liczyć się więc będzie masa potencjalnych widzów, których uda się danemu medium zgromadzić. Im właśnie będzie można pokazać (sprzedać) reklamy oraz – co da znacznie większe przychody – ekstra płatne usługi dodatkowe. Według autora „Free” jeżeli choć jeden na stu odbiorców zdecyduje się zapłacić w internecie za usługę dodatkową, wystarczy to na utrzymanie darmowych treści dla pozostałych 99.

Według tego modelu muzyk wpuszcza swe piosenki do sieci, zaś utrzymuje się dzięki sprzedaży ekskluzywnych płyt dla kolekcjonerów (w designerskim pudełeczku, limitowanych ręcznie rzeźbionych, numerowanych, podpisanych itp.). Poza tym – sporo zarabia na koncertach (w tym również ekskluzywnych pół-prywatnych), kontraktach reklamowych, sprzedaży czapeczek, koszulek, dzwonków na komórki. Choć przyzwyczajony do innych standardów Kazik Staszewski może uznać to za uwłaczające, tak już postępują młodzi muzycy, wchodzący dziś na rynek. Modna wokalistka Gaba Kulka większość piosenek z nowej płyty umieściła w sieci. Zachęca internautów, aby metodą kopiuj-wklej umieszczali je na swoich stronach. Mimo to jej płyta „Hat, Rabbit” uzyskała właśnie status złotej, a artystka nie przestaje koncertować w całej Polsce.

Anderson ma też pocieszenie dla mediów, które czują się zagrożone ekspansją internetowej darmochy: zapotrzebowanie na sensowne treści spadać nie będzie. W końcu znajdzie się grupa ludzi, którzy będą chcieli za nie zapłacić pieniądze większe niż dzisiaj. Nie da się jednak ukryć, że media straciły już monopol na informację oraz uwagę widzów. I od tego nie ma odwrotu.

  • Model wolnej kultury – czyli każdy jest twórcą

Zapewne wraz z rozwojem sieci będzie coraz więcej treści darmowych, tworzonych przez pasjonatów. Również artystów, którzy za pomocą sieci będą docierać bezpośrednio do fanów. W ten sposób eliminuje się pośrednika w postaci wytwórni płytowej i de facto właśnie to obserwujemy aktualnie na rynku muzycznym. – To grono pośredników coraz bardziej nerwowo stara się walczyć o swoje wpływy – pisze w swej książce Anderson.

W sieci kontakt między wytwórcą treści a ich konsumentem jest na wyciągnięcie ręki. Muzycy tworzą utwory, które pozwalają dowolnie wykorzystywać kolegom po fachu. Programiści-pasjonaci piszą darmowe programy, które ułatwiają życie użytkownikom sieci. Blogerzy poświęcają swój czas, aby tworzyć i udostępniać profesjonalne analizy polityczne czy społeczne (choć oczywiście materiały na naprawdę wysokim poziomie stanowią jedynie promil blogosfery). Flickr stał się największą na świecie bazą darmowych zdjęć. Niektóre z nich są na tak wysokim poziomie, że korzystają z nich profesjonalne komercyjne media (np. nasza strona). – Nie docenia się roli Internetu jako powszechnego, darmowego źródła profesjonalnej wiedzy. I milionów osób, które chcą się tą wiedzą dzielić – mówi Mirosław Filiciak ze Szkoły Głównej Psychologii Społecznej, koordynator finansowanego przez Ministerstwo Kultury projektu „Nowe media a uczestnictwo młodych Polaków w kulturze”. Podaje ciekawy przykład – jeden z uczestniczących w projekcie chłopaków był zapalonym fotografem-amatorem. Ale jego wiedza w tym temacie – pochodząca z sieci – w niczym nie ustępowała towarzyszącemu ekipie profesjonalnemu reporterowi, który skończył liczne renomowane szkoły.

Skoro tak wielu ludzi chce tworzyć i wrzucać do sieci za darmo efekty swej pracy, czy idea praw autorskich ma jeszcze sens? – Może się okazać, że wobec tej wielkiej masy twórców ochrona majątkowych praw autorskich to przeżytek. Po prostu podaż przewyższy popyt. Tworzyć każdy może, mimo że ze środowisk twórczych, płyną głosy, że tworzenie darmo jest psuciem rynku. No, ale mamy swobodę działalności twórczej – tłumaczy Piotr Waglowski, prawnik i specjalista od internetu.

  • Koniec kultury?

Są wreszcie tacy, którzy wieszczą niechybny koniec profesjonalnej kultury. Już dziś pieniądze, jakie stacja telewizyjna jest w stanie zapłacić producentowi filmu czy serialu, są wprost proporcjonalne do tego, jak bardzo był on w sieci spiracony. W ten sposób do stacji telewizyjnych i wytwórni kinowych fundusze będą płynęły coraz węższym strumykiem, wykształceni muzycy będą zarabiać coraz mniej, aż w końcu nic już nie uda się wyprodukować. Pozostanie tylko amatorka i – jak twierdzi Kazys Varnelis – wieczne odświeżanie i rimejki treści już wyprodukowanych. Ten naukowiec z Columbia University przekonuje na swym blogu, że ludzkość zdążyła już w swej historii wyprodukować tyle treści, że teraz wystarczy już ją tylko umiejętnie przepakowywać. Zdaniem dr Alka Tarkowskiego, socjologa, potencjalnie nieograniczoną skarbnicą takich klisz są też przepastne katalogi publicznych mediów, filmy wyprodukowane przez 1950 r., cyfryzowane właśnie archiwa. Ich otworzenie, które prędzej czy później częściowo nastąpi, da spore pole do popisu dla „przetwarzaczy”

  • Internetowy fundusz misji publicznej.

Ale czy to optymistyczna wizja? Może jednak należy znaleźć inny sposób finansowania dla tych, którzy nie mają stałej ciepłej posadki, nie tworzą „przy okazji”, zaś szeroko pojęta działalność kulturalna jest po prostu ich stałą pracą?

Własne rozwiązanie tej kwestii ma od lat Europejska Partia Piratów, która w swym programie domaga się uwolnienia dostępu do dóbr kultury. Zamiast praw autorskich każdy korzystający z internetu powinien płacić podatek na cyfrowy ZAIKS, rodzaj funduszu misji publicznej. Mógłby on być doliczany do ceny urządzeń (modemów, laptopów) albo co miesiąc do rachunku za dostęp do sieci. Wszak już dziś takie daniny na rzecz twórców są wliczone w cenę czystej płyty CD czy używanej w przedsiębiorstwie kserokopiarki. Zbierane w ten sposób sumy mogłyby być dzielone potem między producentów treści internetowych. Pytanie tylko, przez kogo i według jakiego klucza? Wątpliwe też, czy ten pomysł spodoba się samym internautom, bo – po pierwsze – nie każdy ściąga z sieci, nie każdy słucha w niej muzyki, a po drugie – oznaczałoby to wzrost opłat za dostęp do sieci.

  • Przetrwają najsilniejsi

Dla branży medialnej nadchodzą więc trudne czasy, w których wraz z coraz mniejszym strumieniem dochodów niezbędne będzie ograniczanie wydatków. To już się dzieje w USA, gdzie papierowe gazety bankrutują, zaś dziennikarze po prostu tracą pracę i zmieniają zawód. Pozostaje mieć nadzieję, że to problem epoki przejściowej – czasu przesilenia, po którym wymyślone zostaną skuteczne metody funkcjonowania mediów w czasach d@rmochy. W wizję końca kultury na pewno nie wierzy Alek Tarkowski. – Zawsze będzie zapotrzebowanie na informacje, publicystykę i rozrywkę – mówi. Pytanie tylko, kto będzie je dostarczał?

Te media i ci producenci treści, którzy przetrwają kryzys, prawdopodobnie umocnią swą pozycję rynkową. Czy powstanie więc kilka grup medialnych o globalnej sile rażenia i jaki to będzie miało wpływ na wolność słowa – ten problem już za kilka lat może zacząć martwić badaczy kultury

  • Jeden klik i już – czyli wygoda przede wszystkim

Ostatnią nadzieją producentów dóbr kultury pozostaje jeszcze czysta ludzka wygoda. Aby obejrzeć piracki film czy serial dzisiejszy nastolatek musi znaleźć plik w sieci i ściagnąć. Plik często bywa uszkodzony, film pocięty, niewyraźny. Potem trzeba znaleźć odpowiednie napisy. Jeśli lubimy duży ekran – podłączyć laptopa do telewizora odpowiednim kablem, ustawić rozdzielczość. Dużo zachodu z tą darmochą i sporo straconego czasu. Być może gdy dzieci Neostrady dorosną, zaczną zarabiać, nie będą chciały się tak szarpać. Będą wolały kliknąć i zapłacić te kilkanaście złotych. Na ludzką wygodę stawiają cyfrowe telewizje – N oraz Cyfra Plus. Kolejne odcinki najbardziej popularnych seriali – „Lost”, „Gotowych na wszystko”, „Dr. House”, „Californication” są na w nich dostępne już 7 dni po premierze w USA. I to z polskim dubbingiem. – Abonament za tą usługę wynosi u nas 30 zł miesięcznie. Chcemy stworzyć sensowną i wygodną alternatywę dla ściągania z sieci – przekonuje Michał Orgelbrand, rzecznik N. Na Cyfrze Plus jeden odcinek kosztuje 5 zł.

W obu przypadkach spełnione są warunki – cena musi być rozsądna, a całość operacji banalnie prosta dla siedzącego na kanapie widza. – Większość użytkowników chce działać zgodnie z prawem – o ile  tylko stworzy im się taką możliwość. Przyzwyczajenie jest  drugą naturą człowieka, a przyjemności oglądania filmu na dużym ekranie w jakości HD nie da się łatwo zastąpić piracką kopią na laptopie – potwierdza prezes Aleksander Kutela HBO Polska, które też pracuje nad legalną alternatywą dla internautów.

Który model zwycięży? Prawdopodobnie hybryda wszystkich powyższych sposobów zarabiania, choć nic nie wiadomo na pewno. Na to pytanie odpowie pokolenie dzisiejszych nastolatków, którzy mają całkiem inne podejście do takich kwestii jak prawa autorskie i własność intelektualna. Gdy dorosną, zaczną pracować i zarabiać, będą też mieli pieniądze, aby płacić za filmy, muzykę, artykuły. Czy zechcą? To się dopiero okaże. Na razie wielka zmiana nabrzmiewa. Taki już urok czasu rewolucji.

 


Więcej o wpływie Internetu na świat mediów, zmianie mentalności odbiorców oraz wszechobecnej kulturze d@rmochy przeczytać mogą Państwo w obszernym raporcie w najnowszym numerze Tygodnika POLITYKA, w kioskach od środy 4 listopada. (kup e-wydanie POLITYKI)

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Październik 2021: najciekawsze książki dla młodszych czytelników

Jak co miesiąc wybieramy książki mądre, ciekawe i estetycznie wydane. Dla najmłodszych czytelników.

Sebastian Frąckiewicz
23.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną