Rynek

Sieć: odcinanie czy straszenie?

Miss Gong & The Flickers / Flickr CC by SA
Parlament Europejski prawdopodobnie przeforsuje prawo, dzięki któremu odcinanie piratów od internetu będzie utrudnione. Czy jednak cała ta wojna miała sens?
Ed Yourdon/Flickr CC by SA
Liako/Flickr CC by SA

W czwartek ze Strasburga nadeszły wieści, po których zaangażowani w walkę internauci odetchnęli z ulgą. W ostatecznym kształcie tzw. pakietu telekomunikacyjnego, przygotowywanego przez UE, ma znaleźć się zapis, według którego odcięcie możliwości korzystania z Internetu dla danego abonenta może odbywać się tylko według zasad określonych w konwencjach praw człowieka. Europosłowie podkreślają, że Europa będzie teraz jedynym regionem świata, gdzie prawo dostępu do sieci będzie tak wyraźnie powiązane z ochroną praw obywatelskich. Z tych bardzo ogólnikowych stwierdzeń prawnicy wyciągają praktyczny wniosek – natychmiastowe odcięcie dostępu, przez jakiekolwiek rządowe służby lub agendy, będzie możliwe tylko w wyjątkowych sytuacjach (terroryzm, rozpowszechnianie pedofilskiej pornografii). W innych przypadkach - na przykład za ściąganie pirackich filmów czy muzyki - wypowiedzieć musi się sąd. Tyle Europa.

W międzyczasie do Premiera Donalda Tuska list otwarty posłali Marcin Cieślak i Jarosław Lipszyc, szefowie Internet Society Poland (ISOC), stowarzyszenia upowszechniającego wiedzę o pożytkach płynących z globalnej sieci. W piśmie obaj panowie sugerują, że polską opinię publiczną żywo interesuje los pakietu telekomunikacyjnego UE, który w Parlamencie Europejskim wszedł właśnie w decydującą fazę uchwalania. Niestety – autorzy listu mijają się z prawdą. Przeciętny Polak pojęcia nie ma, czym ów pakiet w ogóle jest.

Wojna o kilka zdań

Tymczasem pakiet telekomunikacyjny, który będzie głosowany w Parlamencie Europejskim za dwa tygodnie, ma poprawić ochronę praw konsumentów na rynku telekomunikacyjnym Unii Europejskiej. Przewiduje m.in. ograniczenie do dwóch lat maksymalnego czasu, na jaki zawierana jest umowa z operatorem (zwana popularnie - ze względu na wieloletnie związanie klienta - cyrografem). Operatorzy przymuszeni zostaną również do skrócenia czasu przeniesienia numeru z jednej sieci do drugiej (dziś trwa to nawet 30 dni) oraz sprawnego obsługiwania numeru 112 nawet w sytuacjach przeciążenia łączy. Wśród zapisów pakietu telekomunikacyjnego jest również objęcie ochroną danych użytkowników portali społecznościowych oraz przeciwdziałanie spamowi w poczcie elektronicznej.

To wszystko przyćmiła jednak wojna o wpisaną do projektu tzw. poprawkę 138. Poprawka ta pojawiła się jako odpowiedź na pomysły niektórych krajów (m.in. Francji), aby internautów łamiących prawa autorskie po prostu odcinać od sieci. Zdaniem ISOC – i innych organizacji działających na rzecz sieci – stanowiła ona gwarancję na poziomie unijnym, że wszelkie takie drastyczne pod kontrolą sądów.

Poprawka 138 tak skutecznie podzieliła pracujących nad nią euro-polityków, że nie wykluczało się klęski całego pakietu telekomunikacyjnego z powodu braku porozumienia w tej sprawie. Na to jednak Parlament Europejski pozwolić sobie nie mógł. Stąd właśnie pojawiły się pomysły, aby sporny zapis usunąć, albo skutecznie rozwodnić. Na to z kolei larum podnieśli internauci.

Rewolucja francuska

Cała awantura, która miała właśnie swój finał w Strasburgu, zaczęła się rok temu we Francji. Prezydent Nicolas Sarkozy, któremu przypięto łatkę sztandarowego antypirata Europy, pod wpływem środowisk twórczych doprowadził do uchwalenia tzw. ustawy Hadopi2. To skrót od Haute Autorité pour la diffusion des œuvres et la protection des droits sur Internet co tłumaczyć należy jako „Wyższy urząd ds. rozpowszechniania utworów i ochrony praw w Internecie”. Taki urząd od 2010 r. ma monitorować przepływ informacji pomiędzy siecią a jej francuskimi użytkownikami. Pirat-internauta, który ściąga z niej filmy, muzykę lub w inny sposób łamie prawa autorskie, zostałby odcięty po trzech pisemnych ostrzeżeniach na okres 12 miesięcy. Mógłby też zapłacić grzywnę sięgającą 300 tysięcy euro, a nawet trafić do więzienia.

Zdaniem przeciwników tego rozwiązania - brzmi to orwellowsko w kraju, z którego wyszły ideały wolności, równości i braterstwa. O tym, czy ktoś ma prawo korzystać z sieci, orzekać miałby urzędnik (dopiero jego decyzja, choć już wykonalna, mogłaby być zaskarżona przed sąd). Francuska organizacja La Quadrature du Net, aktywny obserwator internetowych sporów, pozbawianie praw bez normalnego procesu sądowego nazwała „techniczną, kulturalną i polityczną porażką”.

Złośliwcy wypominają prezydentowi Sarkozy’emu, że sam przynajmniej dwa razy w życiu był piratem. Na wiecach politycznych wykorzystywał utwór grupy MGMT bez zgody autorów. Ponadto miał skopiować zamówioną przez Pałac Elizejski płytę promocyjną – z 50 legalnych kopii stworzył kolejne 400 nielegalnych. Trudno jednak nie zauważyć, że mimo kontrowersji, jakiś pomysł na rozwiązanie kwestii piractwa jednak ma.

Stąd na eksperyment francuski z zainteresowaniem zerkają inne kraje. I dlatego też przeciwnicy pomysłu Sarkozy’ego doprowadzili do wpisania w projekt pakietu telekomunikacyjnego sławnej poprawki 138. Tak aby francuskie rozwiązanie zablokować na poziomie ogólnoeuropejskim.

Łapać, skarżyć, karać

Z gruntu inna metoda walki z piractwem stosowana jest w USA. Tam działa RIAA (Stowarzyszenie Przemysłu Fonograficznego Ameryki), reprezentująca prawa twórców piratowanych treści. RIAA to olbrzymie przedsiębiorstwo, zatrudniające setki detektywów i prawników. Tropi naruszających dobra intelektualne, a potem wytacza im cywilne procesy, wygrywając spore odszkodowania. Ale o tym, jak bardzo nieoczywista jest walka z piractwem, przekonała się m.in. Patricia Santangelo, którą RIAA uczyniła ofiarą swoistego polowania na cyber-czarownice. Tę 46-letniej kobiecie zarzucono pobranie i rozpowszechnienie 1000 utworów muzycznych. Kiedy prowadzący sprawę sędzia uznał oskarżoną za internetową analfabetkę, RIAA zrezygnowała z procesu i wystosowała oskarżenie przeciw jej dzieciom. Ostatecznie rodzinie przyszło zapłacić symboliczną (z punktu widzenia koncernu) kwotę 7 tys. dolarów.

Na podobnych zasadach działa również na świecie reprezentujące producentów oprogramowania stowarzyszenie Business Software Alliance (członkowie to m.in. Microsoft, Macromedia i Adobe Systems Inc.). Misja antypiracka w ciągu ostatnich czterech lat tylko na terenie USA przyniosła tej „firmie” 22 mln dolarów odszkodowań. Obecnie furorę robi kampania „Blow the Whistle” (ang. dmuchaj w gwizdek). Zachęca ona, by donosić na swoich przełożonych, jeśli ci korzystają z nielegalnego oprogramowania. Przedsięwzięcie musi się opłacać, bo pula pieniężna na nagrody dla denuncjatorów wynosi milion dolarów. BSA twierdzi, że w jednym miesiącu wnoszonych jest nawet kilkaset oskarżeń. Według statystyk szczególnie niepokorne są firmy architektoniczne, graficzne i - o ironio – dystrybutorzy oprogramowania.

Taka metoda „ząb za ząb” nie podoba się w Europie, dlatego francuski pomysł z odcinaniem jest rozważany jako poważna alternatywa. Analizy skutków jego wprowadzenia robił również rząd brytyjski. Specjalny raport w tej sprawie z czerwca br. (Digital Britain Report) dowiódł jednak, że odłączanie nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. W raporcie zauważa się, że wprawieni hakerzy obejdą wszelkie zabezpieczenia i systemy kontroli. Dlatego też rozwiązania problemu upatruje się raczej w spowalnianiu transferów (z powolnej sieci długi film ciągnie się wiele dni). To z kolei wywołuje protesty, bo może w praktyce oznaczać, że korzystanie np. z komunikatora Skype stanie się niemożliwe.

Problemu nie umieją rozwiązać władze w Berlinie. Rząd póki co hołduje strategii strusia. Chowa głowę w piasek ufając, że przemysł rozrywkowy i dostawcy Internetu sami znajdą wyjście z impasu. Podobnie zresztą czyni polski rząd. Choć – dla naszych internautów – to może nawet i dobrze, bo wprowadzanie nieprzemyślanych rozwiązań i sankcji administracyjnych mogłoby przynieść więcej szkody niż pożytku.

Cyfrowy straszak

Główny argument przeciwników rozwiązania francuskiego jest w gruncie słuszny – odcięcie od sieci to dziś wykluczenie ze społeczeństwa i cywilizacji, a więc można już mówić o łamaniu praw człowieka. Na poziomie praktycznym pozostaje jednak inna zasadnicza kwestia. Ważkie pytanie, które w debacie dotąd nie padło, jest następujące: czy w dobie dzisiejszej techniki w ogóle byłoby to możliwe. Bo co innego zapisać odcinanie piratów w ustawie Hadopi2, a co innego je wyegzekwować.

Załóżmy, że decyzją „Wyższego urzędu ds. rozpowszechniania utworów i ochrony praw w Internecie” zostaję na rok pozbawiony dostępu do sieci poprzez linię stacjonarną (np. Neostradę). Jeżeli nawet urząd wymusi na innych operatorach stacjonarnych (np. Netii, Aster, UPC) zakaz ponownego podłączenia mnie, zawsze przecież mogę skorzystać z internetu mobilnego u operatorów komórkowych (w Plusie, Play, Orange, Erze). Nie muszę do tego podawać swoich danych – mogę kupić anonimowo kartę „pre-paid”. Zawsze też mogę się dogadać z sąsiadem zza ściany, który ma router Wi-Fi i mój laptop znakomicie łapie „jego” sygnał. A co z dostępem do publicznego internetu w otwartych hot-spotach? Co z darmowym internetem radiowym, który uruchamiają władze polskich miast (np. Rzeszowa)? Jak wreszcie ocenić to, że wraz z odcięciem mnie-pirata od sieci dostęp traci również moja żona, która nigdy nie piratowała, a potrzebuje netu do pracy. Albo dziecko, które musi wysłać pracę zaliczeniową do szkoły e-mailem?

Do podobnych wniosków doszli zresztą autorzy wspomnianego raportu dla rządu Wielkiej Brytanii, którzy uznali, że odcinanie będzie niczym innym, jak stosowaniem zbiorowej odpowiedzialności w przypadku rodzin. Zdaje się więc, że – niezależnie od tego, jak potoczą się dalsze losy przeforsowanej poprawki 138 i jej zastosowania poszczególnych państwach UE – pozbawianie dostępu do sieci pozostanie jedynie rodzajem straszaka. Urzędową możliwością, która w praktyce wykorzystywana będzie sporadycznie.

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Polonia jest taka jak my. Ewa Winnicka opowiada o polskim Greenpoincie

Mnie ten temat dlatego tak bardzo pociąga, że zmusza do zastanowienia, co to znaczy być w ogóle Polakiem – mówi Ewa Winnicka, autorka książki „Greenpoint. Kroniki Małej Polski”.

Janusz Wróblewski
16.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną