Uwaga na kredyt

Nabici w polisę
Banki zarabiają nie tylko na sprzedaży podstawowych usług, kredytów i polis. Bywa, że próbują wykorzystać nasze zapominalstwo, niechęć do czytania umów lub po prostu nieświadomość.
Najczęściej dostajemy po kieszeni wtedy, gdy zaufamy doradcy finansowemu
pnoeric/Flickr CC by SA

Najczęściej dostajemy po kieszeni wtedy, gdy zaufamy doradcy finansowemu

Do Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) zgłasza się wielu rozgoryczonych klientów, którym bank, ubezpieczyciel lub pośrednik nie chce przyznać racji, choć sprawa wydaje się oczywista. Takich jak pani L., która o tym, że mąż wziął kredyt, dowiedziała się po jego śmierci, gdy pracownik banku telefonicznie zażądał spłaty zadłużenia. Wdowę zbulwersował nie tylko fakt, że bank udzielając mężowi pożyczki nie zapytał jej o zgodę (a tego przecież wymaga m.in. kodeks rodzinny i opiekuńczy). Gorzej, że mimo ubezpieczenia kredytu na wypadek śmierci dłużnika to do niej bankowcy zadzwonili po pieniądze!

Pierwsza sprawa wyjaśniła się szybko. Zaciągając kredyt mąż zapewniał, że... jest wdowcem. I uwierzono mu na słowo. Kiedy jednak towarzystwo ubezpieczeniowe odmówiło bankowi wypłaty świadczenia (utrzymuje, że zdarzenie, czyli śmierć męża, nastąpiło w konsekwencji chorób stwierdzonych przez lekarza przed dniem rozpoczęcia odpowiedzialności zakładu ubezpieczeń, więc pan L. nie miał prawa kupować polisy na wypadek śmierci), bank ustalił, że pani L. jednak żyje. I teraz traktuje ją jak drugiego kredytobiorcę lub co najmniej poręczyciela.

Ze skargi pani L. do KNF wynika, że zmarły mąż, starając się o pożyczkę, rzeczywiście był już po dwóch zawałach, miał zaawansowaną cukrzycę, a w dodatku był niedowidzący i głuchy, co dawało się zauważyć na pierwszy rzut oka. Bank gotów był takiej osobie udzielić kredytu tylko dlatego, że od razu ubezpieczyła go na wypadek śmierci. Ale dlaczego taką polisę w ogóle sprzedano? Wdowa w korespondencji do KNF uważa, że „ubezpieczenie kredytu jest fikcją i służy tylko wyłudzeniu pieniędzy przez bank dla firmy ubezpieczeniowej, z którą to bank ma tajną umowę, bo nikt nie chciał mi jej udostępnić ani nawet powiedzieć, co ona zawiera”.

Liczy się tylko podpis

Skarg na odmowę ubezpieczyciela spłaty kredytu po śmierci dłużnika jest wiele. Łączą je dwie rzeczy. – Bank, który udziela kredytu, oraz towarzystwo, które godzi się ubezpieczać jego spłatę, sprzedając polisy na wypadek śmierci, należą zwykle do tej samej grupy kapitałowej – mówi dyr. Adam Płociński z KNF. Na jednym pożyczkobiorcy zarabiają więc dwie instytucje. A klient – szczęśliwy, że dostał pieniądze – albo nie czyta pisanych drobnym drukiem ogólnych warunków ubezpieczenia (OWU), albo – jak wynika z licznej korespondencji – w ogóle mu ich nie przedstawiono.

W ostatecznym rachunku i tak liczy się tylko podpis pod umową. A w każdych OWU zapisano, że poważna choroba, np. zawał, uniemożliwia sprzedaż polisy na życie. Klienci potrafią ten paragraf przeoczyć, ale trudno uwierzyć, żeby nie wiedział o nim pracownik banku. Tymczasem to na tym haczyku towarzystwa ubezpieczeniowe wieszają zwykle odmowę przejęcia dalszej spłaty kredytu. Zaś autorzy skarg, którzy dziedziczą po zmarłym członku rodziny ubezpieczony kredyt, pytają z rozpaczą: czy zainkasowanie składki za ubezpieczenie nie oznacza przejęcia ryzyka? Okazuje się, że nie.

Polisy ubezpieczające spłatę pożyczki stały się produktem masowym. Większość banków od ich wykupienia uzależnia przyznanie kredytu. – Banki nie tylko sprzedają te polisy, ale także negocjują z ubezpieczycielem warunki umowy – podkreśla Andrzej Kiciński z KNF. – Klient nie ma w tej sprawie wiele do powiedzenia, a bankowi nie zawsze zależy, żeby należycie zadbać o interes pożyczkobiorcy. Doskonale natomiast pamięta o własnym. Zdarza się, że ubezpieczyciel w razie śmierci dłużnika spłaca bankowi zabezpieczony polisą kredyt, a ten ostatni żąda od spadkobierców kolejnych rat! Umowa między bankiem a ubezpieczycielem (której zainteresowany nie zna) mówiła przecież tylko o tym, że w razie jego śmierci uposażonym jest bank. O tym, że od spadkobierców nie będzie się już domagał zwrotu pożyczki, nie było tam ani słowa.

Nagminne są przypadki, że kredytobiorca zaciąga pożyczkę na wiele lat, ale spłaca ją wcześniej i oczekuje od banku zwrotu części ceny ubezpieczenia. Z reguły słyszy twarde nie, podparte odpowiednim paragrafem umowy. W kształt umów Komisja Nadzoru Finansowego ingerować nie może, chyba że naruszone zostały jakieś paragrafy ubezpieczeniowej ustawy. Klienci piszą jednak do KNF, bo wiedzą, że banki czują respekt przed tą instytucją. Duża liczba podobnych skarg skłania zazwyczaj komisję do bliższego zainteresowania się jakością zarządzania bankiem. A to może się skończyć nie tylko kłopotliwymi zaleceniami, ale nawet cofnięciem rękojmi.

Polityka rabunkowa

Na banki klienci skarżą się najczęściej. W pierwszym półroczu 2009 r. do KNF wpłynęło 2055 listów w takich sprawach. Duża część skarg dotyczyła spreadów (czyli różnic kursowych) przy sprzedaży i kupnie walut, w których zaciągane są i spłacane walutowe kredyty hipoteczne. Pazerność i arbitralność banków przy ich ustanawianiu budziła powszechny sprzeciw.

Rodziny, które zdecydowały się na wzięcie kredytu hipotecznego denominowanego we frankach szwajcarskich, były bite po kieszeni najbardziej. Za wymianę złotówek na walutę szwajcarską banki kazały sobie płacić procentowo o wiele więcej niż za inne waluty i więcej niż wymiana kosztowała w kantorach. Wydawało się więc, że rekomendacja KNF (obowiązuje od 1 lipca), nakazująca bankom przyjmowanie od dłużników zarówno złotówek, jak i franków, rozwiąże problem spreadów. Stało się inaczej.

Banki wymyślają różne sposoby obejścia. Najczęściej dłużnik, który chce spłacić ratę frankami, słyszy, że jego bank nie prowadzi obsługi kasowej w walutach obcych. Jeśli należy do upartych, to próbuje założyć konto we frankach. Często okazuje się, że i to jest niemożliwe. Co więc robić, żeby nie pozwolić obdzierać się bankowi na przewalutowaniu? Można założyć konto walutowe w innym banku. Wówczas każdego miesiąca klient też będzie uderzany po kieszeni, ale z innego tytułu. Ma już na koncie taniej kupione w kantorze franki, ale z jednego banku musi je przelać do drugiego, w którym wziął kredyt. Okazuje się, że zwiększa to koszt jednej raty minimum o 20 zł (najtańszy jest bank Millennium), ale może to być nawet 10 razy więcej (np. Pekao SA, PKO BP). – Cena wynika z długoletniej praktyki banków, które waluty obce zawsze przelewały za pośrednictwem zagranicznego banku – tłumaczy Adam Płociński. – Zarabiają na tym sporo, więc nie zależy im, by to zmienić.

W efekcie przesyłając powiedzmy 300 franków między dwoma bankami w Warszawie, korzystają powiedzmy z pośrednictwa Bank of America w Nowym Jorku. Każdy z nich musi przy okazji zarobić. Po 30–40 latach (a na taki okres bierze się często kredyt hipoteczny) koszt usług bankowych okaże się porównywalny z ceną niewielkiej kawalerki. I tak oto Komisja Nadzoru Finansowego z bankami przegrała, a zadłużeni klienci – jak w dowcipie o kozie – wyliczyli sobie, że jednak najmniej stracą, gdy banki każdego miesiąca będą od nich pobierać marżę przy zamianie złotówek na franki.

Inny sposób na klientów znalazło kilka innych banków. Chcesz zwracać raty kredytu we frankach? To musimy zawrzeć aneks do umowy. Noble Bank czy powiązany z nim Metrobank za sporządzenie aneksu liczą sobie 1 proc. wartości kredytu. Niewiele mniej, bo 0,75 proc. pobiera Nordea Bank, a Kredyt Bank 0,5 proc. Jeśli kredyt jest wysoki, to w grę wchodzą sumy nawet kilku tysięcy złotych.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną