Rynek

ALTErnatywa

Nadchodzą komórki IV generacji

BEW
Czy technologia LTE - czyli kolejna generacja telefonii komórkowej - spowoduje rewolucję na rynku telekomunikacyjnym?
Podstawowy problem to teraz - gdzie wieszać kolejne nadajniki?DRB62/Flickr CC by SA Podstawowy problem to teraz - gdzie wieszać kolejne nadajniki?
Plakat, przedstawiający ewolucję telefonów Nokia od 1982 r.aidan wojtas/Flickr CC by SA Plakat, przedstawiający ewolucję telefonów Nokia od 1982 r.

UMTS, GPRS, EDGE, CDMA, HDSPA, HSPA+. To skróty angielskich nazw różnych technologii łączności komórkowej. Fachowcy mogą się godzinami spierać na temat wad i zalet każdej z nich. Kiedy jednak pada skrót LTE, zapada cisza. No tak, kiedy nadejdzie LTE, wszystko się zmieni – przyznają. LTE to skrót od Long Term Evolution (ewolucja długo­terminowa). Dla laika kolejne zaklęcie, dla speców to święty Graal telefonii komórkowych. Technologia, która dziś jest na końcowym etapie prób. Pierwsze komercyjne sieci powstaną już w 2010 r. – Na razie to taki telekomunikacyjny Yeti. Wszyscy o tym mówią, choć nieliczni widzieli – żartuje Anna Streżyńska, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Sprawa jest jednak poważna.

Telefonia komórkowa GSM miała przesyłać głos. I tyle. Potem dołączono do niej krótkie wiadomości tekstowe, czyli eseme­sy. Z czasem zaczęto system adaptować tak, by upchnąć transmisję danych, czyli bezprzewodowy Internet. Tak system GSM przekształcił się w UMTS. Także najnowocześniejsze systemy telefonii trzeciej generacji (3G) oparte są na łączeniu transmisji głosu z Internetem. W LTE, nazywanej także telefonią czwartej generacji (4G), jest odwrotnie. – Sieć z założenia służy tu do bardzo szybkiej transmisji danych w technologii internetowej. Jest rodzajem pojemnej rury, do której można wrzucić wszystko: rozmowy, Internet, telewizję HD, wideo na życzenie – tłumaczy Tomasz Kulisiewicz, ekspert w dziedzinie telekomunikacji.

Ta zmiana jest technologiczną odpowiedzią na potrzeby rynku. Klienci sieci telefonii komórkowych oczekują obok połączeń głosowych także mobilnego Internetu. Integracja usług następuje już na poziomie urządzeń, jakimi dysponują użytkownicy. Jeszcze niedawno do rozmawiania służył telefon, a do bezprzewodowego Internetu potrzebny był laptop. Wprawdzie istniało coś takiego jak WAP, czyli dostęp do Internetu przy użyciu komórki, ale rzecz była tak niefunkcjonalna, że mało kto z tego korzystał. Dziś nowoczesny telefon komórkowy pozwala nie tylko na rozmowę, ale na korzystanie z Internetu, z użytecznością niewiele różniącą się od tej, którą daje laptop. Może poza wielkością ekranu.

Producenci aparatów nakręcają popyt na usługi, wyposażając je w dziesiątki funkcji osiąganych za pośrednictwem Internetu. Przykładem może być telefon G1 oferowany pod marką internetowego giganta firmy Google. Idea jest taka, by usługi Google – wyszukiwarkę, mapy, pocztę Gmail, serwis YouTube – mieć zawsze w kieszeni. Z bezprzewodowego Internetu korzysta dziś w Polsce już 1,8 mln użytkowników. W ciągu ostatniego roku przybyło milion. W 2009 r. szacunki mówią o wzroście rzędu 30 proc.

Operatorzy komórkowi zorientowali się, że na rynku połączeń głosowych, kiedy praktycznie każdy ma telefon i każdy dzwoni niemal bez przerwy, wiele już się nie zwojuje. Tymczasem transmisja danych daje wprost nieograniczone możliwości wzrostu. Rodzą się dziesiątki nowych zastosowań bezprzewodowego Internetu – takich jak choćby czytniki elektronicznych książek (POLITYKA 46). Warunkiem rozwoju rynku zastosowań multimedialnych jest jednak duża szybkość transmisji danych. Najnowsze rozwiązania telefonii 3G (zwane technologią HSPA+), które w Polsce jako pierwsza komercyjnie w kilku miastach zaczęła wprowadzać sieć Era, pozwalają na odbieranie do 21 Mbit/s i wysyłanie 5,7 Mbit/s. Zważywszy, że dziś w wielu przypadkach przewodowy Internet działający z prędkością 0,5 Mbit/s nazywany jest szybkim lub szerokopasmowym, to można docenić, jakie możliwości dają już dziś technologie bezprzewodowe.

Co więcej może dać LTE? – Ta technologia pozwala na odbieranie do 150 Mbit/s i wysyłanie 50 Mbit/s. Trwają już prace nad następną generacją LTE, gdzie mówi się już o transmisji mierzonej w gigabajtach na sekundę – wyjaśnia Tomasz Kulisiewicz. Nic dziwnego, że operatorzy komórkowi są zafascynowani LTE, która stwarza możliwości dokonania gigantycznego skoku technologicznego. To otworzy szanse na olbrzymie przetasowanie w telekomunikacyjno-medialnym biznesie. Nagle może okazać się, że stracą sens telewizyjne platformy cyfrowe albo telewizje kablowe, bo do wielkiej rury, jaką zapewni LTE, będzie można wkładać kanały TV HD albo usługę wideo na życzenie. Zresztą włożyć będzie można o wiele więcej.

Entuzjaści LTE przewidują, że dzięki tej technologii rozwinie się wiele nowych biznesów, np. firmy medyczne będą mogły monitorować stan zdrowia osób cierpiących na przewlekłe choroby. Albo firmy samochodowe będą na bieżąco czuwać nad stanem technicznym aut. Serwisy dotyczące stanu dróg czy korków będą nieustannie przesyłane do pokładowych systemów nawigacyjnych. Miłośnicy gier sieciowych zyskają możliwość uprawiania swej pasji niezależnie od miejsca (dziś jest z tym kłopot), zaś miłośnicy dziesiątej muzy – oglądania filmów w wysokiej rozdzielczości. Z kolei pracodawcy będą mogli ciąć koszty, bo dużo łatwiejsze stanie się zatrudnianie pracowników w systemie telepracy.

„Technologia LTE zamieni telefony komórkowe w komputery przenośne o dużej mocy. Miliony nowych użytkowników, gdziekolwiek będą się znajdować, uzyskają dostęp do superszybkiego Internetu. To stworzy niezwykłe możliwości i pozwoli na dynamiczny rozwój gospodarki cyfrowej” – przekonywała niedawno Viviane Reding, komisarz UE ds. społeczeństwa informacyjnego i mediów. Unia od 2004 r. dofinansowuje prace badawcze nad LTE. W jednym ze sztandarowych projektów badawczych ARTIST 4G uczestniczą firmy z Polski. Bruksela w LTE widzi szansę na upowszechnienie dostępu do sieci i obniżenie kosztów, a także likwidacji cyfrowego rozwarstwienia, które sprawia, że tereny słabo zurbanizowane pozbawione są często dostępu do szybkiego Internetu. Do 2013 r. z kasy UE na prace nad LTE pójdzie 700 mln euro.

To kwota symboliczna, bo koszty  wprowadzenia nowej technologii będą ogromne. Na szczęście rządy państw nie są już tak zachłanne jak dziesięć lat temu, gdy nadchodziła era UMTS (telefonii 3G). Firmy komórkowe dały się wtedy ponieść emocjom i za koncesje na częstotliwości radiowe licytowały bajońskie sumy, których – tak jak w Polsce – potem często nie były w stanie zapłacić.

Dziś problemem jest jednak niedostatek wolnych częstotliwości. Eter nie jest z gumy. Większość widma fal radiowych już rozdysponowano, a LTE długo będzie musiał współistnieć z innymi technologiami łączności komórkowej drugiej i trzeciej generacji. Na szczęście pojawia się możliwość zagospodarowania „dywidendy cyfrowej”, czyli częstotliwości odzyskiwanych dzięki przechodzeniu telewizji z nadawania analogowego na cyfrowe. W Niemczech pierwsze częstotliwości z dywidendy pojawią się na rynku już w przyszłym roku. W Polsce – jak dobrze pójdzie – za cztery lata, i to pod warunkiem, że TVP przestanie hamować cyfryzację.

 

Drugim problemem są inwestycje w sprzęt do LTE. Z szacunków wynika, że do 2013 r. operatorzy komórkowi wydadzą na niego 6 mld euro. Jakie będą wydatki użytkowników – nie wiadomo, bo sprzęt dopiero się rodzi. Są już terminale do korzystania z Internetu, ale nie ma jeszcze aparatów do rozmów. Będą one działały w systemie telefonii internetowej, trochę na podobieństwo Skype’a, ale muszą zostać zintegrowane z istniejącymi systemami GSM/UMTS, by użytkownik nie musiał zastanawiać się, czy ma zasięg LTE.

– System LTE różni się zasadniczo od tego, z czym mamy dziś do czynienia w sieciach komórkowych. Niewiele da się wykorzystać z istniejącego sprzętu do obsługi GSM czy UMTS. Większość trzeba będzie zbudować od nowa – wyjaśnia Zbigniew Górski, kierownik działu sieci dostępowej w Polskiej Telefonii Cyfrowej. Dodaje, że problemem będzie nawet znalezienie wolnego miejsca dla nadajników LTE na istniejących masztach. Te są już obwieszone urządzeniami do obsługi dotychczasowych systemów. A nowa technologia będzie wymagała gęstej sieci. Wynika to z fizycznych cech fal radiowych: im wyższa częstotliwość, tym kanał jest bardziej pojemny, ale ma krótszy zasięg. – Technologia LTE w dużym stopniu musi się opierać na kablach światłowodowych. System bezprzewodowy pozwoli na rozwiązanie najtrudniejszego w telekomunikacji problemu ostatniej mili, czyli dotarcia do użytkownika – przewiduje Kulisiewicz. Dlatego dziś wyścig operatorów komórkowych paradoksalnie przenosi się pod ziemię. Chodzi o zdobycie dostępu do światłowodów. Problemem nie jest łączność między miastami, bo tu z łączami nie ma kłopotów, ale wewnątrz dużych aglomeracji, gdzie często dramatycznie brakuje połączeń, a układanie nowych kabli wiąże się z ogromnymi trudnościami.

Wszyscy polscy operatorzy komórkowi deklarują, że LTE jest technologią przyszłości, której rozwój śledzą i zapewne kiedyś ją zastosują. Ale żadnych konkretnych planów jeszcze nie mają. Może poza siecią wRodzinie, związaną z Radiem Maryja, która już dziś informuje, że jest gotowa do LTE, budząc tym rozbawienie wielkich konkurentów. Zdaniem Anny Streżyńskiej, szefowej UKE, hamulcem w rozwoju LTE może być zbyt skromna zawartość polskojęzycznego Internetu. W efekcie nie ma co wsadzić do wielkiej rury, bo na przykład cyfryzacja polskich filmów dopiero raczkuje.

Między regulatorem polskiego rynku telekomunikacyjnego a wielkimi operatorami rodzi się kolejny spór, tym razem o przyszłość LTE. Uważają oni, że jeśli Anna Streżyńska chce, by w Polsce powstała nowoczesna sieć, to częstotliwości powinny przypaść firmom dysponującym technicznym i ekonomicznym potencjałem pozwalającym na tak wielkie inwestycje. Tymczasem szefowa UKE forsuje małych i dość tajemniczych operatorów – takich jak Aero2, który wygrał właśnie przetarg na częstotliwości dla świadczenia bezprzewodowego Internetu. O spółce tej szefowa UKE mówi, że jest związana z właścicielem Polsatu Zygmuntem Solorzem, choć biznesmen temu zaprzecza. Poszlaką jest ścisłe związanie Aero2 z innymi polsatowskimi spółkami (głównie ze Sferią). Z dokumentów wynika, że firma jest własnością warszawskiego adwokata Krzysztofa Żyto. Szefowej UKE te niejasności jednak nie przeszkadzają. Nieważne, kto jest właścicielem, byle inwestował w sieć – przekonuje.

Tymczasem spółkę mecenasa czeka śmiałe wyzwanie stworzenia sieci, która obok usług płatnych przez trzy lata będzie miała obowiązek oferowania darmowego bezprzewodowego Internetu i to na taką skalę, by w zasięgu znalazło się 50 proc. populacji kraju. To ma być rodzaj promocji. Cel to zachęcić Polaków, by korzystali z Internetu, i eliminować problem cyfrowego wykluczenia. Polska wlecze się w internetowym ogonie UE. Zaledwie połowa obywateli ma dostęp do sieci, a z szerokopasmowego Internetu korzysta niespełna 9 proc. Daleko nam do Finlandii, gdzie właśnie dostęp do sieci stał się prawem, którego żaden obywatel nie może być pozbawiony.

Polityka 48.2009 (2733) z dnia 28.11.2009; Rynek; s. 46
Oryginalny tytuł tekstu: "ALTErnatywa"
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną