Rynek

Premia dla bankiera

Kontrowersyjne zarobki szefów banków

Londyńskie City błyszczy jak dawniej Londyńskie City błyszczy jak dawniej Robert Scarth / Flickr CC by SA
Czas postu się skończył, a o pokucie nigdy nie myślano. Bankierzy znów wypłacają sobie gigantyczne premie, a większość rządów bezczynnie się temu przygląda. Nieliczne wyjątki to m.in. Brytyjczycy i Amerykanie.
Lloyd Blankfein, prezes Goldman Sachs, i James Dimon, szef JPMorgan Chase. Boją sie nowego podatku, planowanego przez ObamęLarry Downing/Reuters/Forum Lloyd Blankfein, prezes Goldman Sachs, i James Dimon, szef JPMorgan Chase. Boją sie nowego podatku, planowanego przez Obamę
Pensje bankierów znów w górę.ad photo/Flickr CC by SA Pensje bankierów znów w górę
Polityka

Globalne kasyno znów otwarte – tak złośliwi komentują olbrzymie pieniądze, przeznaczane na wypłatę premii za ubiegły rok w największych bankach świata. Łączna wysokość tych bonusów ma wynieść, według wstępnych szacunków, prawie 50 mld dol. A przecież jeszcze niedawno banki błagały o pomoc rządzących, oferując im w zamian własne akcje. Przez kilka miesięcy funkcjonowały tylko dzięki wlewaniu na rynek olbrzymich pieniędzy przez banki centralne. Ale teraz prezesi przekonują, że sytuacja jest zupełnie inna. Ostatnie kwartały przyniosły bardzo szybką poprawę wyników finansowych, a to przecież od nich tradycyjnie uzależnione są premie. Do tego wiele banków zwróciło już rządową pomoc i radzi sobie znakomicie bez kurateli państwa.

W efekcie, po chwilowym ograniczeniu wynagrodzeń, pracownicy banków, szczególnie ci najważniejsi, znów uznali sowite premie za rzecz naturalną. Słynny Goldman Sachs, którego prezes Lloyd Blankfein twierdzi, że banki krzewią Boże dzieło, zarobił w III kwartale 2009 r. 3,2 mld dol. Jego konkurent JPMorgan Chase był nawet o 400 mln dol. lepszy. Z pewnością bankierów ośmieliła nieudolność najważniejszych państw świata, które w ramach grupy G20 próbują reformować globalny system finansowy.

Mimo kilku spotkań na najwyższym szczeblu liderzy świata wciąż nie porozumieli się w sprawie wiążących zasad wypłaty premii i ich maksymalnej wysokości. Uzgodniono co prawda, że bonusy powinny być związane z długo-, a nie z krótkoterminowymi zyskami, ale sprzeczne interesy nie doprowadziły do przyjęcia jednoznacznych reguł. Nie znaczy to jednak, że wszystkie rządy, widząc oburzenie opinii publicznej, siedziały bezczynnie. Złość wobec banków, współodpowiedzialnych za doprowadzenie świata na skraj finansowej przepaści, wcale nie minęła mimo stopniowego wychodzenia z kryzysu.

A tę złość łatwo wykorzystać, szczególnie przed zbliżającymi się wyborami. Takie właśnie motywy kierowały zapewne brytyjskim premierem Gordonem Brownem, który dość niespodziewanie spowodował wprowadzenie w grudniu podatku od zbyt wysokich premii. Pracownicy banków, którzy do kwietnia otrzymają więcej niż 25 tys. funtów, będą musieli połowę powyżej tej kwoty oddać brytyjskiemu fiskusowi. Jeszcze kilka miesięcy temu Wielka Brytania byłaby ostatnim krajem podejrzewanym o tak ostrą reakcję. Jednak nadchodzące wybory parlamentarne z jednej strony i olbrzymi deficyt budżetowy z drugiej zrobiły swoje. Brytyjski rząd nie przestraszył się gróźb największych banków, rozważających głośno nawet wyprowadzkę z londyńskiego City. Szef JPMorgan James Dimon miał telefonicznie wręcz grozić brytyjskiemu ministrowi finansów, że wstrzyma budowę nowej siedziby banku w londyńskiej dzielnicy Canary Wharf.

Banki znów silne

Za przykładem Wielkiej Brytanii ma już niedługo pójść Francja. Nicolas Sarkozy chce wprowadzenia podatku w tej samej wysokości i powyżej podobnej kwoty. Rekordowe 90 proc. od zbyt wysokich premii zabiera u siebie Grecja, choć Ateny trudno nazwać ważnym centrum finansowym.

Większość pozostałych krajów na takie pomysły reaguje sceptycznie. Szczególnie Niemcy musiały rozczarować Browna i Sarkozy’ego, bo Angela Merkel, choć o francuskich i brytyjskich projektach wypowiedziała się ciepło, uznała je za trudne do obrony przed konstytucyjnym trybunałem. Zresztą największe niemieckie banki same zawarły porozumienie o ograniczeniu premii i w ten sposób udobruchały lokalnych polityków.

Na razie nowy podatek nie wywołał paniki w Londynie, a czynsze w biurowych dzielnicach mają tam w tym roku nawet wzrosnąć. Masowego exodusu banków do Niemiec czy Szwajcarii zatem nie będzie. Ale równocześnie pomysł Browna nie spełnił swojego podstawowego zadania – zniechęcenia banków do wypłaty wysokich nagród. Przeciwnie, wielu bankierów uprzedza, że podniosą pracownikom nominalne wypłaty po to, by mieli dodatkowe środki na podatek. Rząd brytyjski zakładał, że przyniesie on budżetowi 0,5 mld funtów – w rzeczywistości może to być kwota cztery razy większa. Ale to marne pocieszenie, bo oznacza fiasko procesu odstraszania. Co więcej, prezes Deutsche Bank Josef Ackermann wpadł na pomysł, aby koszty brytyjskiego podatku rozłożyć równomiernie między wszystkie swoje oddziały. W ten sposób jego londyńscy pracownicy zbyt mocno nie ucierpią.

Choć w Stanach Zjednoczonych pomysł Browna przyjęto sceptycznie, także i tam rośnie chęć uwolnienia banków od nadmiaru ostatnio zarabianych pieniędzy. Powód jest prosty. Na ratowanie sektora finansowego rząd USA i amerykańscy podatnicy wyłożyli w sumie kilkaset miliardów dolarów, z czego tylko część została zwrócona. Barack Obama chce zatem odzyskać resztę pieniędzy, a oburzenie opinii publicznej z powodu wysokich premii może mu w tym tylko pomóc. Prezydent ogłosił zamiar wprowadzenia nowego, nadzwyczajnego podatku, pobieranego przez 10 lat. Ma on przynieść łącznie nawet 117 mld dol. Objętych zostanie nim około 50 największych instytucji finansowych, których aktywa są warte więcej niż 50 mld dol. Nie ma przy tym znaczenia, kto wcześniej otrzymał rządową pomoc, a kto kryzys przetrwał o własnych siłach – wszyscy wielcy mają płacić.

Choć same banki, wspierane przez niektórych polityków republikańskich, straszą przerzuceniem kosztów nowego podatku na klientów, Obama z pewnością zrobi wszystko, aby uzyskać dla swojego pomysłu aprobatę Kongresu. A rozłożenie nowej daniny aż na 10 lat ma właśnie zminimalizować ryzyko droższych kredytów dla amerykańskiej gospodarki. Media już ochrzciły ten pomysł podatkiem karnym, czyli wystawieniem spóźnionego rachunku za doprowadzenie Ameryki do najcięższego kryzysu od 80 lat. A Unia Europejska zastanawia się, czy nie pójść śladem Obamy.

Polisa ubezpieczeniowa świata

Chętnie podobny podatek na swoje banki nałożyliby Islandczycy. Naród ten – jedna z pierwszych ofiar kryzysu – jego skutki odczuwać będzie jeszcze długo. Ale islandzkich banków tak naprawdę już nie ma – wszystkie zostały wzięte pod kuratelę państwa i praktycznie zamroziły działalność. Wielka Brytania i inne kraje, które zaufały małej Islandii, domagają się od wyspy zwrotu depozytów swoich obywateli. Chodzi przede wszystkim o klientów Icesave, internetowej oferty jednego z islandzkich banków. Ponad 300 tys. osób w Europie Zachodniej zachęciło korzystniejsze oprocentowanie lokat niż w rodzimych bankach. Parlament islandzki, chcąc usunąć poważną przeszkodę na drodze do Unii Europejskiej, uchwalił ustawę zakładającą stopniowy zwrot Wielkiej Brytanii i Holandii prawie 4 mld euro. Miałoby to potrwać aż do 2024 r. Ale po wecie prezydenta o ostatecznych losach tej ugody zdecydują w referendum 6 marca sami mieszkańcy wyspy. A ci w większości nie mają ochoty płacić rachunków za swoje nierozważne banki. Jeśli jednak zdecydują się głosować przeciw ustawie, ucierpią nie bankowcy, ale... sami Islandczycy. Marzenia o wejściu do Unii i jej większej pomocy finansowej trzeba będzie odłożyć na lata. Wiarygodność Islandii jako dłużnika po raz kolejny zostanie zniszczona.

Nic dziwnego, że coraz częściej pojawiają się głosy postulujące stworzenie mechanizmów chroniących świat przed skutkami następnych kryzysów finansowych. Najbardziej promowany jest powrót do idei tzw. podatku Tobina. Pod tą nazwą kryje się danina, którą wymyślił jeszcze w latach 70. amerykański ekonomista James Tobin. Proponował wprowadzenie globalnego podatku od transakcji wymiany walut. Pomysł Tobina nigdy nie wszedł w życie, bo ma podstawową wadę – musiałby zostać przyjęty we wszystkich ważnych gospodarczo państwach świata. W przeciwnym razie banki przeniosłyby działalność tam, gdzie podatku by nie było. Dziś podatek Tobina w zmienionej postaci miałby objąć wszystkie transakcje finansowe, nie tylko te dotyczące wymiany walut. A środki z niego nie byłyby przeznaczone na pomoc dla państw rozwijających się (tak kiedyś proponował sam Tobin), ale stanowiłyby swoistą polisę ubezpieczeniową świata. To właśnie dzięki nim ratowano by banki w razie kryzysu, chroniąc w ten sposób narodowe budżety.

Oczywiście banki walczą z pomysłem wprowadzenia podatku Tobina w jakiejkolwiek postaci. I raczej nie mają się czego bać, bo o ile Unia popiera tę ideę, to już w USA nie może ona liczyć na większy aplauz. – Wprowadzenie podatku Tobina, ograniczonego do samej wymiany walut, oprócz stworzenia poduszki bezpieczeństwa dla światowego systemu finansowego miałoby i tę zaletę, że zmniejszyłoby ogromną spekulację różnymi walutami. Jej ofiarą padł w ubiegłym roku choćby nasz złoty – przypomina Piotr Kuczyński, analityk Xelionu.

Zwolennicy podatku Tobina argumentują, że byłby to tylko niewielki procent od każdej transakcji. Ale to nie uspokaja sektora finansowego, dla którego wiele codziennie przeprowadzanych operacji, przynoszących często minimalne zyski, stałoby się nieopłacalne. A wówczas globalne kasyno drastycznie ograniczyłoby swoją działalność.

Debata na temat wynagrodzeń bankierów Polskę na razie raczej omija. Dzieje się tak przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Stanów Zjednoczonych, u nas państwo nie musiało ratować żadnego banku przed upadkiem. Nie ma zatem powodu, by wobec banków żywić bardziej niechętne uczucia niż zazwyczaj. Nie możemy, w przeciwieństwie do Brytyjczyków czy Niemców, mówić, że skoro pieniądze z naszych podatków przeznaczono na pomoc dla sektora finansowego, mamy moralne prawo współdecydować o wysokości premii, jakie przyznają sobie bankierzy. Nasze banki wyszły z kryzysu obronną ręką i o własnych siłach.

Co więcej, to nie Polska jest jedną z głównych siedzib globalnego kasyna. – Największe wynagrodzenia, związane z udziałem w zyskach, wypłacane są w sektorze banków inwestycyjnych, a ich działalność u nas jest bardzo ograniczona. Polscy prezesi nie mogą, oczywiście, narzekać na pensje, ale zagraniczni właściciele pilnują, by w naszych bankach nie zrobiło się finansowe eldorado – mówi Michał Macierzyński, analityk portalu Bankier.pl.

Ministerstwo Finansów informuje, że nie pracuje nad polską wersją podatku od nadmiernie wysokich premii pracowników sektora finansowego. Polska na forum europejskim nie zabiera raczej głosu także na temat pomysłów ukrócenia spekulacyjnego apetytu banków. A przecież podatek Tobina, ograniczający wahania kursowe, byłby nam z pewnością na rękę. Tym bardziej że z narodową walutą musimy żyć jeszcze kilka lat (oby nie więcej), a w tzw. mechanizmie kursowym ERM2, który ograniczy wahania kursowe złotego, będzie ona szczególnie narażona na ataki spekulantów.

Odzyskana wolność

Ale nie tylko Polska boi się składać jednoznaczne deklaracje czy proponować śmiałe pomysły. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w sektorze finansowym życie zaczyna wracać do przedkryzysowej normy, a lekcja nie dała zbyt wiele. Co prawda nie ma już Lehman Brothers, ale inne banki inwestycyjne, które przetrwały kryzys i przejęły swoich konkurentów, dzisiaj czują się znów silne. Sektor finansowy argumentuje, że jeśli nie prosi już rządów i banków centralnych o pieniądze, może sam o sobie decydować. Dowolność w kształtowaniu wynagrodzeń ma być właśnie papierkiem lakmusowym tej odzyskanej wolności. Ale banki, mimo niezdecydowania światowych przywódców i marnych efektów działalności grupy G20, nie mogą spać spokojnie. Bo to państwa mają do zapłacenia olbrzymi rachunek za kryzys. I dopóki go nie uregulują, stale będą pamiętać, komu go w dużej mierze zawdzięczają.

 

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną