Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Rynek

Gaz do dechy!

Skąd wziąć gaz

George Shuklin / Wikipedia
Zima trzyma i znów mamy kłopoty z gazem. Musimy iść po prośbie do rosyjskiego Gazpromu.
Polityka
[rys.] JR/Polityka
Polityka
Polityka

W Krajowej Dyspozycji Gazu panuje coraz większe napięcie. Wszyscy śledzą prognozy pogody i stan zapasów w magazynach. Każda kreska poniżej zera oznacza dodatkowe miliony metrów sześciennych gazu, jakie zużywają polscy odbiorcy. Podczas najostrzejszych mrozów zużycie przekracza 60 mln m sześc. na dobę. Tymczasem gaz płynący z zagranicy i wydobywany w kraju zapewnia nam nieco ponad 40 mln m sześc. Resztę trzeba czerpać z podziemnych magazynów, a te nie są wielkie, więc na długo nie wystarczą. Już zużyliśmy połowę zapasów, choć zimę zaczynaliśmy z pełnymi zbiornikami. Kiedy zaczniemy zbliżać się do dna, trzeba będzie racjonować paliwo. Wprawdzie do kuchenek i ogrzewania domów gazu nie zabraknie, ale ograniczenia dotkną przemysł (już zmniejszono dostawy do ZCh Police). Tym samym ucierpi cała gospodarka. Skąd ten deficyt gazu, pomijając chłody, na które przecież powinniśmy być przygotowani?

Gaz ziemny płynący do naszych domów pochodzi z kilku źródeł (patrz wykres). Największą część Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (PGNiG) kupuje od rosyjskiego Gazpromu. Sporo mamy z krajowego wydobycia. Uzupełnienie stanowi niewielka ilość gazu importowana z Niemiec. Przez lata bilans domykał się dzięki gazowi z Azji Centralnej, kupowanemu za pośrednictwem spółki RosUkrEnergo. Od roku się nie domyka, bo gaz nagle przestał płynąć, a spółka znikła.

Znaleźliśmy się w kłopotach trochę na własne życzenie. I to – paradoksalnie – z troski o bezpieczeństwo energetyczne. W latach 90., po podpisaniu z Gazpromem wieloletniej umowy na dostawy (tzw. kontraktu jamalskiego), pojawiła się obawa, że jesteśmy nadmiernie uzależnieni od jednego, i to nieprzewidywalnego, dostawcy. Postanowiono więc poszukać dodatkowych kontrahentów z innym niż rosyjski gazem. Pojawiły się projekty budowy gazociągów podmorskich z Danii i Norwegii, których realność i opłacalność do dzisiaj jest przedmiotem politycznego sporu. Jedynym rozwiązaniem możliwym do szybkiej realizacji wydawał się zakup gazu z Azji Centralnej i sprowadzanie go przez Ukrainę. Zapomnieliśmy tylko, że między Ukrainą a republikami środkowoazjatyckimi leży Rosja.

Tajemniczy dostawcy

Mimo to pojawili się chętni, by gaz nam sprzedawać – tajemniczy i podejrzani pośrednicy. Pierwszym była polska spółka Elcom, potem była spółka Sinclair, zarejestrowana w USA, a działająca na Ukrainie, o której było wiadomo tylko tyle, że jest powiązana z Gazpromem. Po niej pojawił się następny tajemniczy dostawca: spółka Eural Trans Gas, zarejestrowana na Węgrzech z kapitałem zakładowym wysokości 12 tys. dol. Jak zwykle nie bardzo było wiadomo, do kogo należy; podejrzewano, że do ważnych ukraińskich mafiosów. Pewne natomiast było, że jest związana z Gazpromem.

Eural Trans Gas pośredniczył w dostawach do Polski 2 mld m sześc. rocznie. Planowano, że będzie dostarczał 3,5 mld. Do tego jednak nie doszło, bo Eural TG nagle wypadł z gry, a na jego miejsce pojawiła się nowa spółka – RosUkrEnergo, zarejestrowana w Szwajcarii, której właścicielami był Gazprom i ukraińscy oligarchowie. Zawarta w 2005 r. umowa z nowym pośrednikiem przewidywała dostawy środkowoazjatyckiego gazu do Polski – blisko 3 mld m sześc. rocznie. Z końcem 2006 r. umowa wygasała i zrobił się problem, jak w kolejnych latach zapewnić brakującą ilość gazu.

Wszystkie projekty związane z rozbudową infrastruktury technicznej, umożliwiającej dostawy z innych kierunków niż wschodni, leżały na półkach lub zostały wyrzucone do kosza. Polscy politycy żyją problemami energetyki i być może dlatego mamy coraz więcej kłopotów w tej dziedzinie. Każda partia ma własną koncepcję uniezależnienia Polski od rosyjskiego gazu i kiedy dochodzi do władzy, przekreśla pomysły poprzedników, a zabiera się do realizacji własnych. W efekcie do dziś nie zrealizowano żadnego. Rosjanie nie przegapiają takich okazji. Kiedy więc ekipa PiS zaczęła negocjacje w sprawie przedłużenia umowy z RosUkrEnergo, usłyszała od Gazpromu: oczywiście, ale pod warunkiem zmiany zasad ustalania cen na gaz sprowadzany w ramach kontraktu jamalskiego. Chodzi o tzw. formułę cenową, czyli wzór służący do obliczania należności za zakupiony gaz. Podstawą jest giełdowa cena ropy z okresu poprzedzającego rozliczenie.

W zamian za przedłużenie do 2010 r. kontraktu na dostawy 2,8 mld m sześc. rocznie, strona polska zgodziła się płacić o 10 proc. wyższe ceny za gaz z kontraktu jamalskiego (zaspokajający ponad połowę polskich potrzeb). To oznacza, że już do tej pory – wskutek decyzji pisowskiego rządu – zapłaciliśmy dodatkowo Gazpromowi ok. 1 mld dol.

Na tym jednak nasze kłopoty się nie skończyły, bo w styczniu 2009 r., 12 miesięcy przed wygaśnięciem kontraktu, Ros UkrEnergo przerwało niespodziewanie dostawy gazu do Polski i znikło z rynku. Był to uboczny efekt ubiegłorocznej wielkiej wojny gazowej między Rosją a Ukrainą, której skutki odczuła spora część Europy. Wynikiem zawartego wówczas porozumienia między obu państwami była eliminacja z biznesu spółki, która została stworzona z przyczyn polityczno-ekonomicznych. Rosjanie ani Ukraińcy nie przejęli się eksportowymi zobowiązaniami RosUkrEnergo. Na lodzie została nie tylko Polska, ale i Węgry, którym spółka ta dostarczała ok. 20 proc. gazu.

Mityczne gazociągi

Od roku trwa dramatyczna walka, by załatać wyrwę w naszym bilansie gazowym. – I tak mieliśmy sporo szczęścia, że zbiegło się to ze spowolnieniem gospodarczym. W 2009 r. zapotrzebowanie na gaz spadło o miliard metrów sześciennych. Inaczej nie wiem, jak byśmy sobie poradzili – wyjaśnia prezes PGNiG Michał Szubski.

Gdybyśmy mieli połączenia gazociągowe na zachodniej granicy, moglibyśmy łatwo sprowadzić gaz od dowolnego dostawcy. Towaru nie brakuje, bo kryzys wywołał spadek jego zużycia. Ale my, poza rurą koło Zgorzelca, którą i tak już płynie gaz z Niemiec, innych połączeń nie mamy. A moglibyśmy mieć, gdyby rząd PiS zaraz po objęciu władzy nie zablokował przygotowanej przez PGNiG i niemiecką spółkę VNG budowy łącznika gazowego. Główny energetyczny ideolog tej partii Piotr Naimski, pełnomocnik rządu ds. bezpieczeństwa energetycznego, uznał, że taki łącznik – zwany fachowo interkonektorem – będzie konkurencją dla pomysłów dywersyfikacyjnych PiS: budowy gazoportu, czyli morskiego terminala do importu gazu skroplonego (LNG), oraz podmorskich gazociągów z Danii i Norwegii. Efekt jest taki, że budowa gazoportu dopiero się zaczyna. Pierwsze statki z LNG (o który też nie było łatwo) przypłyną z Kataru za cztery lata. Mityczne podmorskie gazociągi nie powstaną, bo nie są nimi zainteresowani Duńczycy ani Norwegowie.

Rząd PO prowadzi politykę energetyczną stanowiącą mieszankę pomysłów własnych oraz PiS. Trwają przygotowania do budowy gazoportu, mówi się też, ale bardzo nieśmiało, o dwóch gazowych interkonektorach. W tej ostatniej sprawie dochodzi do ostrych spięć między Kancelarią Premiera a Ministerstwem Gospodarki. Donald Tusk uczynił bowiem swym doradcą energetycznym Macieja Woźniaka, który za rządów PiS był bliskim współpracownikiem Piotra Naimskiego. Woźniak prezentuje tezę, że polsko-niemiecki łącznik zapewniłby nam możliwość sprowadzania gazu z Zachodu, ale w sensie fizycznym byłby to zapewne gaz ze złóż rosyjskich, więc tego robić nie wolno. Nie przekonują go argumenty, że gaz nie ma barw narodowych – ważne, kto go sprzedaje i jakie daje gwarancje dostaw.

Jeśli mamy dziś pretensje do zachodnich sąsiadów, że nam nie pomagają, i do wschodnich, że nas szantażują, warto byśmy uderzyli się w piersi i odpowiedzieli: co sami przez ostatnie lata zrobiliśmy, by uniknąć takiej sytuacji? – pyta prezes PGNiG Michał Szubski. Od razu wyjaśnia, że praktycznie nic. Można było wybudować interkonektory, ale tego nie zrobiliśmy. Mogliśmy rozbudować podziemne zbiorniki gazu, ale w ciągu ostatnich 10 lat ich pojemność nie wzrosła. Mogliśmy inwestować w poszukiwanie i wydobycie gazu krajowego, tymczasem wydobycie spada.

 

Gazu będzie za dużo

Dziś nie mamy wyjścia: znów musieliśmy iść po prośbie do Rosjan. Rozmowy były trudne. Z wielu powodów. Bo byliśmy pod ścianą, a także ze względu na tradycyjnie napięte wzajemne stosunki. Prezes Szubski zwraca też uwagę na barierę psychologiczną. – Cała Europa chce od Rosjan kupować gaz. My nie chcemy. My musimy. Rozpoczynanie negocjacji od deklaracji: musimy od was kupić gaz, nie stwarza dobrej atmosfery rozmów – ocenia prezes PGNiG.

Rozmowy dotyczyły powiększenia puli gazu dostarczanego przez Gazprom w ramach kontraktu jamalskiego oraz wydłużenia jego obowiązywania o kolejne 15 lat. Dotychczasowy kontrakt wygasa w 2022 r., po przedłużeniu kończyłby się w 2037 r. Propozycja wyszła z polskiej strony. Rosjanie nie byli nią zachwyceni.

Szczególny niepokój wywołała data, do której miałby obowiązywać nowy kontrakt. Rok trzydziesty siódmy budzi u Rosjan złe skojarzenia ze względu na pamięć o stalinowskim terrorze. Rosyjski minister energetyki Siergiej Szmatko zaczął się zastanawiać, czy to nie jest jakaś aluzja z naszej strony. Premier Pawlak zaproponował więc: to wybierzmy lepszy rok, na przykład czterdziesty piąty. Ostatecznie stanęło na 2037 r. – relacjonuje prof. Maciej Kaliski, dyrektor departamentu ropy i gazu w Ministerstwie Gospodarki.

Pomysł zwiększenia zakupów gazu w Rosji i wydłużenia kontraktu jamalskiego o 15 lat wywołał w Polsce prawdziwą burzę. Pojawiły się głosy, że to szaleństwo: gazu będzie za dużo, będziemy musieli płacić, nie mogąc go wykorzystać. Zamiast dywersyfikować dostawy, popadamy w coraz większe uzależnienie od jednego dostawcy. Gaz można przecież dużo taniej kupować w bieżących transakcjach zwanych spotowymi. Zresztą rozwój techniki być może wcześniej uniezależni nas od gazu. Bronisław Wildstein opublikował w „Rzeczpospolitej” płomienny list otwarty do premiera apelując, by ten nie dopuścił do podpisania nowej umowy. Niepokoju nie kryje prezydent, a PiS zagroził wręcz premierowi Tuskowi i wicepremierowi Pawlakowi, że złoży wniosek o postawienie ich przed Trybunałem Stanu. Wniosek o tyle dziwny, że wcześniej trzeba byłoby pociągnąć do odpowiedzialności członków rządu PiS, którzy wplątali nas w dzisiejsze tarapaty.

Przedstawiciele rządu odpowiadają: tu nie ma żadnego szaleństwa. Chcemy powiększyć kontrakt z 7,5 do 10,2 mld m sześc. gazu, co będzie w przybliżeniu odpowiadało sumie dwóch dotychczasowych kontraktów jamalskiego i Ros UkrEnergo. Dodatkowym wentylem bezpieczeństwa jest możliwość redukowania ilości zamówionego gazu (do 15 proc. rocznie) bez finansowych konsekwencji. Gazu nie będzie za dużo, bo jego zużycie musi rosnąć. Dziś statystyczny Polak zużywa 360 m sześc. rocznie, podczas gdy średnia UE to ok. 1000 m. Ten wzrost wymusi na nas unijna polityka energetyczno-klimatyczna. Już dziś w trakcie przygotowania jest kilka niskoemisyjnych elektrowni gazowych, niezbędnych do stabilizacji polskiego systemu elektroenergetycznego. Nie ma więc obaw o los gazoportu ani wątpliwości, że i dla gazu z Kataru znajdzie się miejsce na rynku.

Niewygodny wspólnik

Dlaczego jednak nie postawimy na zaopatrzenie w gaz poprzez kontrakty krótkoterminowe? Tu ceny często są dużo niższe od tych, które trzeba płacić dostawcom długoterminowym. – Rynek spot jest zbyt nieprzewidywalny, by opierać na nim zaopatrzenie w gaz, zwłaszcza gdy nie ma interkonektorów ani wystarczająco pojemnych magazynów. To dobry sposób uzupełniania zapasów, ale nie bieżącego zaopatrzenia – odpowiada prezes Michał Szubski.

Kontrakt musi być długi, bo wszystkie duże narodowe koncerny w Europie, zaopatrujące się w rosyjski gaz, mają kontrakty wygasające w latach 2030–40 – wyjaśniają przedstawiciele rządu. Dość już poparzyliśmy się na kontraktach krótkoterminowych. Jest jeszcze jeden istotny argument: dzięki kontraktowi zyskamy gwarancję, że Rosjanie będą przesyłali gaz przez Polskę Jamałem aż do 2045 r. To niezwykle ważne, bo panuje obawa, że z chwilą oddania do użytku wiodącego przez Bałtyk Gazociągu Północnego zakręcą kurek na Jamale.

Zgodnie ze starą umową z 1993 r., rosyjskie zobowiązanie do tranzytu gazu przez Polskę gazociągiem Jamał wygasa w 2019 r., ale nasz kontrakt na zakup gazu kończy się w 2022 r. Rodziło to ryzyko, że przez ostatnie trzy lata odbieralibyśmy jako jedyni z Jamału niewielką ilość gazu, płacąc olbrzymie kwoty za jego utrzymanie – wyjaśnia dyr. Kaliski.

Był tylko pewien problem: EuRoPol Gaz. To polsko-rosyjska spółka, która wybudowała, a dziś eksploatuje polski odcinek gazociągu Jamał. Współpraca między wspólnikami, czyli PGNiG i Gazpromem, układa się marnie. Mają też problem z trzecim, małym, wspólnikiem – Spółką Gas Trading, kontrolowaną przez Aleksandra Gudzowatego, którego chcą się pozbyć. Poza tym nazbierało się wiele zadr, procesów sądowych i konfliktów. Najpoważniejszy dotyczy opłat za przesył gazu przez Polskę, jakie Gazprom płaci EuRoPol Gazowi. Rosjanie kontestują taryfę ustalaną przez polski Urząd Regulacji Energetyki. Płacą mniej uważając, że decyzje URE ich nie dotyczą, bo takie są zapisy kontraktu międzyrządowego. Problem w tym, że kontrakt przez lata obrósł dziesiątkami aneksów. W efekcie wiadomo, że zalegają z opłatami za przesył, ale nie wiadomo ile. Szacunki wahają się między 100 a 300 mln dol. Bez ułożenia na nowo stosunków w EuRoPol Gazie nie można podpisać nowego kontraktu.

Przełom nastąpił w ubiegłym tygodniu. Odbyło się posiedzenie rady nadzorczej spółki, które dokonało wymiany starego, skłóconego zarządu. Tymczasowo władzę objęli członkowie rady nadzorczej – prezes PGNiG Michał Szubski i wiceprezes Gazpromu Aleksander Miedwiediew. Potem przedstawiciele Gazpromu konferowali z polskimi ministrami skarbu i gospodarki. Sprawa długów i taryfy przesyłowej została rozwiązana kompromisowo, poprzez rezygnację z roszczeń wobec Gazpromu. Prawdopodobnie w zamian za powrót do starej formuły cenowej w kontrakcie jamalskim. PGNiG i Gazprom podpisały już porozumienie. Umowa międzyrządowa zostanie podpisana niebawem.

Bronisław Wildstein w liście do premiera wzywa, by zamiast dogadywać się z Rosjanami, postawił na forum europejskim sprawę bezpieczeństwa energetycznego i solidarności energetycznej. Solidarność energetyczna to ulubiony zwrot powtarzany przez polskich polityków. W UE nic jednak z tego nie rozumieją, bo domagamy się pomocy, odcinając możliwość jej udzielenia. Wiara, że możemy w Unii zmontować antyrosyjski front gazowy, jest naiwna, o czym przekonaliśmy się boleśnie, walcząc samotnie z budową Gazociągu Północnego.

Z Unią będziemy mieli za chwilę poważniejszy problem. Bruksela domaga się od nas liberalizacji rynku gazu, grożąc nam procesem przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości. Komisji Europejskiej nie podoba się, że Polska blokuje rynek gazu, chroni monopol PGNiG i steruje cenami. Wysokie ceny gazu z importu PGNiG musi subsydiować niskimi cenami gazu krajowego, liczonego po kosztach wydobycia. W efekcie próby sprzedaży gazu po cenach rynkowych są zdane na niepowodzenie, bo nikt nie jest w stanie nawiązać konkurencji z polskim monopolistą. Pomijając już fakt, że nie ma którędy tego alternatywnego gazu dostarczyć. Nasze oficjalne stanowisko brzmi: musimy chronić odbiorców gazu przed wysokimi cenami. Uwolnienie cen oznaczałoby podwyżkę o ok. 30 proc.

Nieoficjalnie wszyscy przyznają, że boimy się otworzyć rynek, bo wejdą nań Rosjanie i przejmą cały nasz sektor gazowy. We wszystko możemy uwierzyć, ale nie w wolny rynek.

 

Polityka 6.2010 (2742) z dnia 06.02.2010; Rynek; s. 35
Oryginalny tytuł tekstu: "Gaz do dechy!"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Gerhard Schröder, towarzysz Putina. Toksyczny związek na dobre i złe

Były kanclerz Gerhard Schröder, który wciąż nie wyrzekł się przyjaźni z gospodarzem Kremla, jest symbolem wszystkich niemieckich problemów z Rosją. Ale wcale nie najgorszym.

Marek Orzechowski
19.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną