DEBATA: Eksperci prawdziwi i fałszywi

Komu służy ekspert?
Światem rządzą eksperci. Podpowiadają politykom najważniejsze decyzje; objaśniając rzeczywistość, kreują zagrożenia albo je bagatelizują.
Polityka.pl

Skandale związane z działalnością ekspertów biorących pieniądze od kilku panów wybuchają na całym świecie - nasz kraj wydaje się oazą spokoju. Ale to spokój złudny
Piotr Socha/Polityka

Skandale związane z działalnością ekspertów biorących pieniądze od kilku panów wybuchają na całym świecie - nasz kraj wydaje się oazą spokoju. Ale to spokój złudny

Świat stał się zbyt skomplikowany, dlatego potrzebujemy ekspertów. Ale jednocześnie - skazani na ich łaskę i niełaskę. Jak wybrnąć z tego zaklętego koła? Zapraszamy do debaty na naszym forum.

Trudno wyobrazić sobie sytuację, że rządy demokratycznych krajów decydują się wydać ogromne pieniądze podatników bez opinii ekspertów. Po ogłoszeniu przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) pandemii świńskiej grypy decyzja o masowym zakupie szczepionek wydawała się oczywista – eksperci WHO nie mieli przecież wątpliwości, że zagrożenie jest ogromne. Rządy wielu krajów wydały setki milionów euro na szczepionki, których teraz usiłują się pozbyć. Identycznie postąpił rząd fiński, mający w grupie doradców strategicznych WHO swojego człowieka. Jest nim prof. Juhani Eskola. Tymczasem duńska prasa niedawno doniosła, że kierowany przez niego Fiński Narodowy Instytut Zdrowia i Opieki Społecznej tylko w 2009 r. otrzymał na badania od GlaxoSmithKline, czołowego producenta szczepionek, ponad 6 mln euro i 9 mln dol. Pointą tego skandalu jest fakt, że inni eksperci WHO badający sprawę orzekli, że żadnego konfliktu interesów nie było. Grupa ekspertów WHO, związanych finansowo z koncernami farmaceutycznymi, jest zresztą dużo większa. Zidentyfikowała ją komisja śledcza powołana przez Komisję Europejską.

Prof. Andrzeja Górskiego, wiceprezesa Polskiej Akademii Nauk, próba ukrycia przez WHO skandalu pod dywanem nie dziwi. – W prasie naukowej od dawna już pojawiają się głosy, że autorytety ze Światowej Organizacji Zdrowia lobbują na rzecz przemysłu farmaceutycznego. Przed kilku laty WHO w cudowny sposób rozmnożyła grupę chorych na nadciśnienie wyrokując, że stan, który do tej pory uważany był za zadowalający (ciśnienie 140 na 90), teraz kwalifikuje się do leczenia. Rzesze ludzi, dotąd nieprzyjmujących leków kardiologicznych, ruszyły do aptek.

Wiele naszych sław medycznych też nie dostrzeże w postępowaniu fińskiego kolegi nic nagannego. Przecież nie wziął tych pieniędzy do kieszeni, tylko przeznaczył na rozwój instytutu. Dla dobra nauki, młodszych lekarzy i pacjentów. W świetle badań innych ekspertów postępowanie prof. Eskoli wydaje się mniej oczywiste. Andrzej Górski na jednej z konferencji naukowych prezentował badanie szympansów, które otrzymały cukierka. Małpy poczuwały się do wdzięczności wobec darczyńcy. W przypadku ludzi sprawa wygląda podobnie, a poczucie wdzięczności powoduje coś, co nazwano efektem sponsora. Czyli że o wynikach badań naukowych w znacznym stopniu decyduje ten, kto płaci.

Amerykańskie badaczki Deborah Barnes i Lisa Bero przestudiowały wyniki stu publikacji naukowych poświęconych szkodliwości palenia. Okazało się, że w przypadku artykułów pisanych przez ekspertów sponsorowanych przez przemysł tytoniowy ich autorzy w 94 proc. udowadniali, że bierne palenie jest dla zdrowia nieszkodliwe. Kiedy jednak badania prowadziły osoby niezwiązane z firmami tytoniowymi, w 87 proc. okazywało się, że bierne palenie szkodzi.

Na rodzimym gruncie efekt sponsora wywołał przed laty głośną wojnę masła z margaryną. Naukowcy robiący badania na zlecenie międzynarodowych koncernów, które przejęły polskie zakłady tłuszczowe, zdecydowanie orzekli, że dla naszego zdrowia margaryna jest lepsza. Inna grupa lekarzy żywieniowców, którzy – za pieniądze związku mleczarskiego – potwierdzili zdrowotne walory masła, usiłowała dać im odpór. W rezultacie w głowach konsumentów powstał kompletny zamęt, a medialną wojnę zakończyła śmierć aktora, który reklamował margarynę, zapewniając, iż dzięki niej ma serce jak dzwon. Umarł na zawał.

Eksperci naukowcy

Prof. Sheldon Krimsky z Uniwersytetu Tuftsa w swojej głośnej książce „Nauka skorumpowana?” twierdzi, że tylko nauka finansowana z pieniędzy publicznych może pozostać niezależna. W USA, gdzie coraz więcej badań finansuje biznes, ta niezależność zaczyna być niepokojąco problematyczna. Prof. Andrzej Górski uważa, że jeszcze gorzej może być w Polsce. Koncerny farmaceutyczne na badania kliniczne w naszym kraju wydają już kilka miliardów euro rocznie – to kilka razy więcej, niż wynosi budżet Ministerstwa Nauki.

Kłopot polega na tym, że trudno odpowiedzieć na pytanie, czyim interesem kierują się badacze? Nauki? Pacjentów? Czy koncernu farmaceutycznego, który za badania płaci? Etycy nie potrafią na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Gdyby bowiem badania kliniczne nowego leku prowadzono dla dobra nauki, to ich wyniki byłyby dostępne dla innych naukowców, mogłyby się przyczyniać do rozszerzania ich wiedzy. Tak jednak się nie dzieje, efekt badań jest własnością sponsora i pozostaje tajny. Bywa, że badania się przerywa i wtedy tym bardziej ukrywa przyczynę. A więc dobro nauki jako beneficjenta badań klinicznych raczej nie wchodzi w grę.

Dobro pacjentów też bywa problematyczne. Nie tylko dlatego, że czasem sponsor badacza pogania, gdyż konkurent pracuje nad podobnym lekiem i jeśli zarejestruje go pierwszy, zgarnie z rynku śmietankę. Wątpliwości etyków budzi też fakt, że w niektórych badaniach części pacjentów podaje się testowany lek, a innej grupie – placebo. W Polsce takie badania nie są rzadkością, w innych krajach lekarze zaczynają być im przeciwni.

Mamy coraz więcej przykładów, że lek, który po badaniach klinicznych ogłasza się jako cudowne remedium na jakieś schorzenie, potem okazuje się zabójczy. Jak głośny przed kilkoma laty Viox, który z powodu przypadków śmiertelnych wycofano z rynku, czy kilka specyfików psychiatrycznych, które powodowały u pacjentów skłonności samobójcze. Nie odpowiemy jednak na pytanie, czy można było ich uniknąć, gdyby badania kliniczne nadzorowało na przykład państwo.

Czy to źle, że coraz więcej badań klinicznych przeprowadza się w Polsce? Bardzo dobrze! – odpowiada prof. Andrzej Górski. – Ale nie może być tak, że ja w Internecie mogę znaleźć, jakie badania robi się na myszach, a nie ma informacji o badaniach klinicznych na ludziach. Ani kto, ani gdzie, nie mówiąc już o tym, za ile. Nikt zresztą nie postuluje, żeby ujawniać wysokość zarobków, chodzi o sam fakt gratyfikacji. Każda próba ucywilizowania tego zjawiska spotyka się z histeryczną reakcją badaczy, straszących, że koncerny wyniosą się z badaniami do Chin. W USA koncerny muszą na swoich stronach internetowych pokazywać, z jakimi lekarzami współpracują, w Polsce jest to kwestia ich dobrej woli. Tajemnicą poliszynela jest, że popularni badacze w koncernach farmaceutycznych zarabiają wielekroć więcej niż w klinice, w której robione są badania. Ale ich pacjenci o tym nie wiedzą. Powszechnie znany jest tylko jeden, publiczny, pracodawca. Kiedy więc w mediach ci sami eksperci domagają się, by państwo zapłaciło za lek, na testowaniu którego sporo zarobili, skąd mamy mieć pewność, że kierują się interesem pacjentów, a nie jest to efekt sponsora?

Forum, na którym najłatwiej odwdzięczyć się sponsorowi, są posiedzenia Rady Konsultacyjnej państwowej Agencji Oceny Technologii Medycznych. To tutaj medyczne autorytety decydują, czy rekomendować Ministerstwu Zdrowia wpisanie leku na listę refundacyjną, czyli że za specyfik zapłacą podatnicy. Dla koncernu oznacza to możliwość zarobienia ogromnych pieniędzy. Informacja, czy lekarz usilnie namawiający państwo do wydania pieniędzy na jakiś specyfik nie jest powiązany z firmą, która zarobi na tej decyzji ciężkie pieniądze, wydawała się bardzo istotna. Agencja zażądała więc od ekspertów wypełnienia oświadczenia, że w ich przypadku nie zachodzi konflikt interesów. – Grono ekspertów poważnie się uszczupliło – mówi Wojciech Matusewicz, szef AOTM.

Efekt sponsora utrudnia też funkcjonowanie publicznej służby zdrowia na niższych szczeblach. Kiedy Ministerstwo Zdrowia zaleciło szpitalom, by wyeliminować z przetargów na zakup leków czy sprzętu osoby powiązane finansowo z ich dostawcami, procedura zakupów niesamowicie się wydłużyła. Przetargów nie ma kto rozstrzygać.

Ekspert dwóch panów

Kiedy ekspert jest nie w porządku? Prof. Zbigniew Szawarski, etyk z Uniwersytetu Warszawskiego, ma krótką definicję – wtedy, gdy jest sługą dwóch panów, ale my wiemy tylko o jednym. Nie ma więc nic zdrożnego w tym, że wybitny naukowiec sprzedaje jednocześnie swoją wiedzę np. firmie biotechnologicznej. Konflikt interesów zaczyna się wtedy, gdy te role się mieszają albo też zainteresowany miesza je celowo. Jak Charles W. Thomas, profesor Uniwersytetu Florydy. W specjalistycznym piśmie zamieścił on artykuł, w którym zaprezentował swoje badania na temat recydywy wśród nieletnich skazanych.

Z analizy porównującej pensjonariuszy więzień prywatnych i publicznych wynikało, że nieletni odbywający karę w więzieniach prywatnych rzadziej stają się recydywistami. Wyniki tych badań stanowiły argument wspierający inicjatywy zmierzające do przekształcenia państwowych więzień w prywatne instytucje komercyjne.

Socjologom przyglądającym się badaniu wydawało się ono tendencyjne. Thomas byłych więźniów obserwował tylko przez rok, tymczasem większość przypadków recydywy pojawia się po 6–10 latach od odbycia kary. Okazało się, że autor badania był związany z Projektem Prywatnego Więziennictwa i zarobił na nim ponad 25 tys. dol. U nas nie ma wprawdzie prywatnych więzień, ale właśnie pojawił się pomysł sprywatyzowania Służby Granicznej na lotniskach. Warto przyglądać się, czy nie zostanie poparty jakimiś naukowymi dowodami na większą skuteczność ochroniarzy sprawdzających bagaże pasażerów. Niewykluczone, że będą to autorytety zagraniczne.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną