Rynek

Biointeres

Ambitne plany polskich biotechnologów

Dariusz Śladowski, wiceprezes Euroimplantu: - Nasze laboratorium będzie jednym z największych w Europie Dariusz Śladowski, wiceprezes Euroimplantu: - Nasze laboratorium będzie jednym z największych w Europie Tadeusz Późniak / Polityka
Polska biotechnologia medyczna nie kryje ambicji. Obiecuje kolana z probówki, opatrunki z wyhodowanej w laboratorium ludzkiej skóry, biologiczne części zamienne. Mierz siły na zamiary?

Instrukcja naprawy uszkodzonego kolana brzmi na pozór dość prosto. Ze zdrowego kolana pobiera się niewielką ilość tkanki chrzęstnej. Robi to lekarz w trakcie biopsji. Tkanka trafia do laboratorium, gdzie zostają z niej wyizolowane komórki chondrocytów, które następnie wędrują do inkubatora. Po 6–8 tygodniach mnożenia się jest ich dziesięciokrotnie więcej, wystarczająco dużo, by wypełnić nimi ubytek w chorym kolanie. Chirurg podczas zabiegu usuwa chorą chrząstkę i na jej miejsce wprowadza żelową zawiesinę, zawierającą namnożone chondrocyty. Te zaś podejmują zadanie regeneracji tkanki. W sposób naturalny komórki chrzęstne nie są w stanie się odtwarzać, ale biotechnolodzy rozgryźli, jak je do tego zmusić. Na laboratoryjnych pożywkach chondrocyty rosną jak na drożdżach. Podobnie jak osteoblasty, komórki tkanki kostnej służące do leczenia trudno gojących się złamań. Niewielką ilość komórek można dodatkowo zamrozić i przechować w banku tkanek, by w razie kolejnych kłopotów z chrząstką lub kośćmi wyprodukować leczniczą zawiesinę. Tak więc kolano z próbówki jest szansą na pokonanie bólu i niesprawności kontuzjowanego stawu, a często alternatywą dla endoprotezy.

Fabryka kolan

Komercyjną produkcją kolan z probówki, czyli mówiąc fachowo: terapią komórkową autologicznego przeszczepu chondrocytów i osteoblastów, jako pierwsza w Polsce zajęła się warszawska firma Impomed Centrum. Dotychczas ograniczała się do sprzedaży narzędzi chirurgicznych i instrumentów medycznych, w tym także endoprotez. Niedawno postanowiła poszerzyć działalność o inżynierię tkankową.

Korzystamy z technologii hodowli ludzkich chondrocytów i osteoblastów, opracowanej przez koreańską firmę Sewon Cellontech. Tam w ciągu roku przeprowadza się tą metodą kilka tysięcy operacji stawów. My ciągle jesteśmy na początku drogi – wyjaśnia Robert Zalewski, wiceprezes zarządu Impomed Centrum. Sam z wykształcenia jest prawie lekarzem. Prawie, bo studia medyczne przerwał tuż przed dyplomem. W 1990 r. z kilkoma kolegami zajął się biznesem i to go wciągnęło. Zaczął od małej firmy dystrybucyjnej, która z czasem zamieniła się w dużego operatora logistycznego. Po kilkunastu latach sprzedał ją zachodniemu koncernowi. Pieniądze zainwestował w inne biznesy, w tym także w Impomed, do którego dołączył jako wspólnik i pomysłodawca stworzenia laboratorium inżynierii tkankowej. Bo medycyna wciąż go fascynuje.

Pracujemy nad własnymi technologiami inżynierii tkankowej. Chcemy zająć się hodowlą keratynocytów, czyli komórek skóry, a także komórek tłuszczowych wykorzystywanych w chirurgii plastycznej i kosmetologii – wylicza prezes Zalewski. Dodaje, że współdziałają z kilkoma polskimi specjalistycznymi klinikami. W ich laboratorium pracuje tylko kilka osób, wszyscy są wysokiej klasy fachowcami z doktoratami.

Impomed jest jednak przedsiębiorstwem, a nie placówką naukowo-badawczą. Choć laboratorium, w którym prowadzone są hodowle tkankowe, powstało dzięki dofinansowaniu z UE, utrzymywać musi się samo. A przeszczepy tkankowe nie są procedurami medycznymi objętymi refundacją NFZ, co w naturalny sposób ogranicza rynek. Koszt naprawy kolana to wydatek rzędu 20 tys. zł. Na ten typ terapii decydują się dziś osoby zamożne, często sportowcy, których gnębią kontuzje stawów, a chcą kontynuować karierę. Jest także bariera wieku, bo koreańska technologia sprawdza się u pacjentów najwyżej w średnim wieku (50–60 lat), a tymczasem kłopoty z kolanami powszechnie dotykają osób starszych. Na szczęście firma może ratować się działalnością eksportową. Wyhodowane komórki wysyłane są do Wielkiej Brytanii, a także na Litwę, gdzie taka forma terapii jest refundowana. Dzięki temu działalność inżynierii komórkowej jest rentowna. Skala przedsięwzięcia jest jednak niewielka. W ubiegłym roku było to 30 hodowli, w tym roku będzie około stu.

Hodowla skóry

Nasze laboratorium będzie jednym z największych tego typu w Europie. Będziemy produkować tu materiały do regeneracji tkanek oraz zaawansowane produkty lecznicze zawierające żywe komórki. Równocześnie można będzie prowadzić hodowle w ponad 50 oddzielnych komorach – zapowiada dr Dariusz Śladowski, wiceprezes spółki Euroimplant SA, adiunkt w zakładzie transplantologii na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Przekonuje, że biotechnologia da nam niezwykłe terapie, wydłuży życie, pozwoli na hodowanie całych narządów do przeszczepów.

Jego wizje urzekły już sporą grupę inwestorów giełdowych, którzy postanowili zainwestować w spółkę Euroimplant, jedną z dwóch firm biotechnologicznych obecnych na parkiecie New Connect. Uwierzyli, że inżynieria tkankowa to może być niezły biznes. Uwierzyli – bo Euroimplant, choć przeprowadził już jedną udaną emisję akcji, a szykuje następną, jest na razie w fazie rozruchu, a zyski ma w planie. Nie ma też żadnych porównań dla inwestorskich analiz, bo rynek inżynierii tkankowej w Polsce nie istnieje. Pozostaje więc wiara, że przyszłość medycyny należy do biotechnologii, a NFZ fakt ten przyjmie do wiadomości. Terapia jest droga, ale skuteczniejsza i krótsza, więc w sumie rachunek za przywrócenie zdrowia jest niższy.

 

Na razie Euroimplant dysponuje własną technologią oraz niewielkim laboratorium w Raszynie, gdzie prowadzi prace badawczo-rozwojowe i certyfikacyjne nad nowymi produktami. Równolegle trwa żmudny proces atestacji wyrobów. Po uruchomieniu zakładu produkcyjnego, na który spółka otrzymała unijne dofinansowanie, od 2011 r. chce podbijać rynek. Na pierwszy ogień mają pójść biologiczne opatrunki kolagenowe, przeznaczone do leczenia trudno gojących się ran, a także matryce zawierające allogeniczne komórki fibroblastów (czyli skóry) do leczenia oparzeń. Allogeniczne, czyli wyhodowane z komórek pochodzących od innej osoby niż pacjent.

Wprawdzie komórki pochodzące od innego dawcy są powoli odrzucane, ale dzięki produkowanym cytokinom prowokują organizm osoby leczonej do przyspieszania procesu gojenia – wyjaśnia dr Śladowski. To, że Euroimplant chce zacząć podbój rynku inżynierii tkankowej od skóry, nie jest przypadkiem. Wszystkie analizy wykazują, że w tej dziedzinie szanse są największe. Skóra jest przydatna nie tylko dla celów leczniczych, prace nad jej komórkami są też ważne dla kolejnej rozwojowej dziedziny bioinżynierii medycznej, czyli toksykologii in vitro. To efekt unijnej dyrektywy zakazującej firmom kosmetycznym prowadzenia prób na zwierzętach. Rozwiązaniem jest laboratoryjna hodowla komórek ludzkiej skóry i testowanie na niej nowych preparatów. Zresztą nie tylko nowych, bo – jak się okazało – wiele substancji, od dawna używanych przez europejski przemysł kosmetyczny, nigdy nie było przebadanych i teraz musi nadrobić zaległości. Dla Euroimplantu to dobra wiadomość.

W planach spółki jest dużo więcej nowatorskich produktów z dziedziny inżynierii tkankowej, medycyny regeneracyjnej, toksykologii in vitro. Prezes Śladowski nie ukrywa, że spółka zamierza zająć się też odtwarzaniem tkanki chrzęstnej i kostnej, ale innymi niż Impomed metodami. Terapia powinna być dostępna także dla osób starszych. Rozważana jest nawet produkcja bioreaktora wątroby.

Analizowaliśmy rozwój firm biotechnologicznych w USA. Okazało się, że te, które koncentrowały się na jednym, nawet bardzo zaawansowanym produkcie, najczęściej bankrutowały. To branża, w której nie wszystko da się zaplanować i przewidzieć, a inwestorzy są wymagający i łatwo tracą cierpliwość. Dlatego jednoczesny rozwój kilku produktów daje większe gwarancje stabilnego rozwoju – wyjaśnia dr Śladowski.

Publikować czy patentować

Biotechnologia medyczna, zwana też czerwoną dla odróżnienia od innych (zielonej – rolniczej, białej – procesów przemysłowych, niebieskiej – wodnej), narodziła się stosunkowo niedawno i szybko się rozwija. W USA sama wartość rynku inżynierii tkankowej oceniana jest na 1,5 mld dol. rocznie. Europa nadrabia dystans i dziś unijny rynek staje się porównywalny do amerykańskiego. W Polsce trudno dokładnie ocenić, ile jest firm bioinżynierii medycznej, bo niektóre dopiero startują i są tak małe, że nawet ludzie z branży o nich nie wiedzą. Mówi się o kilkudziesięciu, z czego liczy się kilkanaście. Wśród nich są trzy giełdowe – największy, obecny na głównym parkiecie, Bioton produkujący insulinę, oraz dwie z New Connect – Euroimplant, szykujący się do działania na rynku inżynierii tkankowej, i Read-Gene, zajmujący się wykrywaniem mutacji genów związanych z ryzykiem wystąpienia choroby nowotworowej. Kilka innych deklaruje zamiar wejścia na giełdę.

Zdaniem dr. Leszka Rychlewskiego, szefa BioInfoBanku, firmy zajmującej się bioinformatyką (informatyczne wsparcie dla badań biotechnologicznych), a także BIB Seed Capital, funduszu inwestycyjnego finansującego rodzące się firmy biotechnologiczne, ta skromna liczba giełdowych spółek odzwierciedla sytuację całej polskiej branży. Insulina z Biotonu jest produktem cennym, ale nie nowatorskim. Read-Gene wykorzystuje wprawdzie oryginalny pomysł szefa firmy prof. Jana Lubiąskiego, ale użyteczność badań jest ograniczona, skoro nie prowadzi do żadnej terapii. Obietnice Euroimplantu zaś są tak mało konkretne, że trudno je rzetelnie ocenić.

Nowatorski projekt biotechnologiczny, nawet jeśli uda się go skomercjalizować, nie oznacza sukcesu rynkowego – uważa dr Rychlewski. Jest zdania, że do rozwoju branży potrzebne są trzy rzeczy: spore pieniądze, silne zaplecze naukowe i duży rynek. A my nie mamy ani jednego, ani drugiego, ani trzeciego. Nie mamy też dla biotechnologii wystarczającego wsparcia ze strony państwa. Więcej już robi Unia w ramach wspierania innowacyjności.

Prof. Tadeusz Pietrucha z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, szef firmy Bio-Tech Consulting, doradzającej, jak wprowadzać odkrycia biotechnologiczne do biznesu, nie jest takim pesymistą. Jego zdaniem Polska ma spory potencjał dla rozwoju tej branży. Na łódzkich targach Bioforum każdego roku pojawia się coraz więcej liczących się na świecie firm, co świadczy o tym, że polski rynek biotechnologiczny został dostrzeżony. Problemem jest jednak brak umiejętności poruszania się naszych naukowców w świecie biznesu. Wielu z nich, po opracowaniu nowatorskiego projektu biotechnologicznego, staje przed dylematem: publikować czy patentować? Publikacja zapewnia cytowania, dla naukowca rzecz cenną, ale przekreśla możliwość uzyskania patentu. Bo patentować można tylko rozwiązania dotychczas nieznane i nie ma znaczenia, że opisujący, a potem ubiegający się o patent to ten sam naukowiec.

Tymczasem ochrona patentowa jest podstawą biznesowego sukcesu spółki biotechnologicznej – podkreśla prof. Pietrucha. Problemem według niego są także niejasne relacje w dziedzinie własności intelektualnej projektów rodzących się w laboratoriach państwowych instytutów naukowych i uczelni. Wprawdzie autorem sukcesu jest pracownik, ale pracodawca też ma w tym udział, więc w sprawie komercjalizacji pomysłu obaj partnerzy muszą się dogadać. Tymczasem polskie uczelnie niechętnie angażują się w biznesowe przedsięwzięcia. W efekcie Polska jest na szarym końcu pod względem transferu nauki do biznesu. A mamy przecież budować gospodarkę opartą na wiedzy. Przydałby się jakiś przeszczep z kraju, gdzie biotechnologia przyjęła się lepiej niż u nas.

Polityka 13.2010 (2749) z dnia 27.03.2010; Rynek; s. 38
Oryginalny tytuł tekstu: "Biointeres"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Rosyjska polityka historyczna

Dlaczego Rosjanie odrzucają poczucie winy i jak na nowo piszą swoją historię.

Rafał Stobiecki
17.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną