Rynek

Misie nie dają się

Małe i średnie firmy - z optymizmem w przyszłość

W sektorze małych i średnich przedsiębiorstw powstaje prawie połowa produktu krajowego brutto (dokładnie 47,4 proc.) W sektorze małych i średnich przedsiębiorstw powstaje prawie połowa produktu krajowego brutto (dokładnie 47,4 proc.) Daniel K. / PantherMedia
Duże firmy walczą z kryzysem, małe na nim zarobiły. To dzięki nim nasz kraj stał się zieloną wyspą na czerwonym morzu recesji. Przyszłość jednak widzą mniej optymistycznie.
Polityka
Polityka

Misie – to skrót od „małe i średnie” przedsiębiorstwa – mają w Polsce ogromną przewagę liczebną, podobnie jak w innych krajach gospodarki rynkowej. Wszystkich działających firm jest u nas 1,8 mln, w tym tych najmniejszych, zatrudniających do 9 osób – aż 1,6 mln. Mówi się o nich mikrusy, bo małe są już dużo większe (zatrudniają od 9 do 49 osób). Tych jest mniej, już tylko 160 tys. Średnich, czyli liczących od 50 do 250 pracowników, jest jeszcze mniej, zaledwie 30 tys. Na szczycie tej piramidy są przedsiębiorstwa duże, powyżej 250 pracowników, mamy ich około 5 tys.

Małe i średnie operują na tych samych rynkach i w podobnych branżach co duże, starają się jednak nie konkurować z nimi wprost, lecz znajdować dla siebie nisze nieatrakcyjne dla potentatów. Najwięcej funkcjonuje w usługach – 43 proc., w handlu – 36 proc., a w produkcji – 21 proc. Misie są także największym pracodawcą. Z 9 mln zatrudnionych rodaków ponad dwie trzecie (6,2 mln) pracuje właśnie w tym sektorze. Z tego aż 3,6 mln w firmach mikro, 1 mln w małych i 1,6 mln w średnich. Wbrew pozorom zatrudnienie tutaj jest dość stabilne. Właściciel, zanim przyjmie kogoś nowego, długo się zastanowi. Reguła jest taka, że gdy nadchodzi koniunktura, najszybciej przyjmują duzi, najwolniej – najmniejsi. Podobnie zachowują się w czasie spowolnienia. Duży tnie koszty gwałtownie, nawet jeśli musi zdecydować się na zwolnienia grupowe. Związki zawodowe niekoniecznie są w stanie mu w tym przeszkodzić, chyba że zakład jest państwowy. W firmach małych, gdzie wszyscy się znają, najpierw szuka się innych rozwiązań. Ludzie chętniej godzą się na obniżki zarobków, są ze sobą bardziej solidarni. A właściciel, który też zwykle płaci im mniej niż w dużej firmie, także niechętnie pozbywa się dobrych pracowników. Jak kryzys się skończy, trudno będzie znaleźć nowych, znających specyfikę firmy.

W sektorze małych i średnich przedsiębiorstw powstaje prawie połowa produktu krajowego brutto (dokładnie 47,4 proc.). Rośnie też jego udział w eksporcie, choć tutaj misie potentatami na razie nie są. Tylko 31 proc. sprzedanych za granicę towarów i usług pochodzi od nich. Trzeba jednak pamiętać, że w olbrzymiej większości są to firmy bez kapitału obcego, który zwykle ułatwia nawiązanie zagranicznych kontaktów. Za mały udział w wymianie zagranicznej nie jest jednak domeną misiów. To cecha całej naszej gospodarki. Na 1,8 mln wszystkich przedsiębiorstw eksporterami jest zaledwie 16,3 tys. (dane Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości). Z tego aż 13,8 tys. to misie.

Najwięcej firm skupionych jest w woj. mazowieckim, śląskim, wielkopolskim oraz dolnośląskim. Nie tylko małych. Te duże również najczęściej powstają i działają w tych regionach. Natomiast najmniej przedsiębiorstw lokalizuje się w woj. podlaskim i opolskim (w tym ostatnim ludność często woli szukać pracy w Niemczech, niż ryzykować zakładanie własnego biznesu). Niepokoi fakt, że podział na Polskę A i B nie tylko się nie zaciera, ale wręcz odwrotnie – pogłębia. Firmy zlokalizowane w woj. mazowieckim, śląskim czy w Wielkopolsce są jednocześnie najbogatsze i najwięcej inwestują.

Portret przedsiębiorcy

W badaniach tzw. wskaźnika przedsiębiorczości Polska plasuje się w Unii pośrodku. Najwięcej przedsiębiorców na tysiąc mieszkańców jest w Czechach, Portugalii i Grecji, natomiast najmniej na Słowacji, w Rumunii i Niemczech. Polska jest na 15 pozycji. Jak widać, sam wskaźnik niewiele wyjaśnia, a obecność na czele rankingu niekoniecznie świadczy o dobrej kondycji gospodarki, zwłaszcza w przypadku Grecji i Portugalii, tak potężnie zadłużonych. Mówi raczej o tym, że ludzie chętnie podejmują ryzyko prowadzenia własnej działalności gospodarczej, także z powodu braku alternatywy. W krajach o mocnej gospodarce, jak np. w Niemczech, firm jest wprawdzie mniej, ale są one duże i silne.

W 2009 r. w Polsce powstało 357 tys. nowych firm, o 10 proc. więcej niż rok wcześniej. W tym samym czasie wyrejestrowano 330 tys. przedsiębiorstw. Wiele z nich nie funkcjonowało już od dłuższego czasu. Z firm, które powstały w 2002 r., do dziś przetrwało tylko 24 proc.

Dzisiejszy typowy przedsiębiorca różni się bardzo od tego, który decydował się iść na swoje na początku lat 90. Wtedy najczęściej robiła to kadra kierownicza państwowych przedsiębiorstw, a pierwszych kapitalistów nazwano uwłaszczoną nomenklaturą. Towarzyszyli im szeregowi pracownicy, którzy stracili zatrudnienie i szukali nowego sposobu na życie.

Na początku obecnego wieku masowo zakładali własne firmy absolwenci zarówno szkół średnich, jak i wyższych uczelni. Nie mieli doświadczenia, ale pęknięcie bańki internetowej i związany z tym kryzys spowodowały, że znalezienie pracy graniczyło z cudem. Bezrobocie w kraju sięgało wtedy 20 proc., więc młodzi ludzie stawali się kapitalistami z konieczności. Sporą ich część stanowili tzw. samozatrudnieni, czyli prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą. Często pracowali w innej firmie, która – dla oszczędności – nie chciała ich zatrudniać na etat. Większość powstałych wtedy firemek nie przetrwała próby czasu. Do dzisiaj zresztą firmy mikro (od 1 do 9 osób) funkcjonują gorzej niż pozostałe misie. Tak wynika przynajmniej z ostatnich szeroko zakrojonych badań, przeprowadzonych przez firmę doradczą Dun Co. Bradstreet i portal Verdict. Okazuje się, że aż 51 proc. mikrusów znajduje się dziś w słabej i bardzo złej kondycji finansowej. Nic dziwnego, że nie wszyscy wytrzymują tę próbę.

Obecnie typowy przedsiębiorca jest lepiej wykształcony niż jego poprzednicy. Pionierzy najczęściej kończyli zawodówki lub szkołę średnią. Dzisiejsi właściciele firm o wiele częściej są absolwentami wyższych uczelni. Znacząca grupa to emigranci, którzy wrócili do kraju z doświadczeniem i pieniędzmi zarobionymi za granicą. Sporo jest także osób, które od dawna marzyły, żeby iść na swoje, ale najpierw chciały zdobyć doświadczenie pracując w korporacji. Tego typu kapitaliści najlepiej radzą sobie na coraz trudniejszym rynku. Coraz częściej też nie ma już dla nich znaczenia, czy produkują towar lub świadczą usługi klientowi polskiemu czy zagranicznemu. To m.in. dzięki nim nasza gospodarka tak dobrze radzi sobie z kryzysem.

Efekt szminki

W spokojnych czasach pierwszy rok funkcjonowania przeżywają dwie na trzy nowe firmy. W następnych latach każdego roku wykrusza się co czwarta. Jak postępują ci, którzy nawet w kryzysie nie wypadli za burtę?

W rejestrze przedsiębiorstw Głównego Urzędu Statystycznego figuruje aż 3,8 mln firm. Tak naprawdę działa ich jednak mniej niż połowa (1,8 mln). Reszta to martwe dusze małych firm, które po cichu znikły z rynku. Tutaj sąd nie ogłasza upadłości. To przywilej dużych. Jednocześnie jednak badania nie pozostawiają wątpliwości, że najłatwiej przetrwały kryzys małe i średnie firmy. Można nawet powiedzieć, że wyszły z niego wzmocnione. To był dla nich rok o wiele lepszy niż dla dużych.

Warto jednak zwrócić uwagę na istotny szczegół: małe i średnie firmy w 2009 r. istotnie zwiększyły sprzedaż, ale to jednak duże odnotowały większe zyski. O czym to świadczy? O tym, że profity wielkich powstały dzięki gwałtownym cięciom kosztów. Mniejsze w tym czasie zdobywały rynek i nie poddawały się tak radykalnej kuracji odchudzającej. Ich właściciele nawet w dobrych czasach przyglądają się każdej złotówce. W przeciwieństwie do dużych, nie obrastają tak szybko w tłuszcz – zauważa prof. Juliusz Gardawski z SGH.

Beneficjentami kryzysu stały się zwłaszcza firmy telekomunikacyjne oraz… kosmetyczne. Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek z PKPP Lewiatan, która te badania prowadziła, nazywa to efektem szminki: – Wiele rodzin, planujących większe wydatki inwestycyjne, np. zakup mieszkania, po wybuchu kryzysu musiało z nich zrezygnować, banki wstrzymały udzielanie kredytów hipotecznych. Te rodziny nadal miały pracę i wolne środki, więc na pocieszenie starały się przynajmniej kupić sobie odrobinę luksusu, nowy krem czy szminkę. To w kryzysie zjawisko powszechne. W podobny sposób można wytłumaczyć, dlaczego wydawaliśmy więcej pieniędzy na komputery czy rozmowy telefoniczne. Z badań wynika też jednak, że gdy na całym świecie ogromne kłopoty przeżywał przemysł motoryzacyjny i padały takie giganty jak General Motors, lawina bankructw nie tylko nie pogrążyła w otchłani małych polskich firm z tej branży, ale wręcz odwrotnie – dziś radzą sobie one lepiej niż przed wybuchem kryzysu.

Jak wypchnąć dużego

Największym atutem małych przedsiębiorstw jest ich elastyczność. Dzięki niej błyskawicznie reagują na zmieniający się rynek. Można nawet powiedzieć, że misie wcale nie walczyły z kryzysem. Po prostu uważnie obserwowały, jak nadwątla on kondycję dużych, i gdzie mogły, wypychały ich z rynku. Lech Sznajder, właściciel fabryki akumulatorów w Piastowie, sam się zdziwił, gdy zakończył ubiegły rok 18-proc. wzrostem sprzedaży. Dla jego światowych konkurentów – Boscha i Varty – ten rok z pewnością nie należał do udanych. Swój sukces Sznajder zawdzięcza niemiecko brzmiącemu nazwisku i świetnej jakości towaru. – Kiedy wybuchł kryzys, nasze akumulatory zaczęły się doskonale sprzedawać w Niemczech – wyjaśnia. – Niemieccy kierowcy stali się bardziej oszczędni i rezygnowali z zakupu droższych, produkcji Boscha czy Varty. Nie stałoby się tak jednak, gdyby wcześniej polski przedsiębiorca nie zainwestował w bardzo nowoczesne linie technologiczne. Sama cena już nie wystarcza, żeby pokonać znaną firmę.

Sznajder odcina dziś kupony od właściwych decyzji inwestycyjnych, podjętych jeszcze przed finansową apokalipsą. Na co liczy Jakub Lipiński, który na założenie własnej firmy zdecydował się w apogeum kryzysu, przed ośmioma miesiącami? Przede wszystkim na siebie, ale też wierzy w siłę najnowszych technologii. – Internet zrewolucjonizował gospodarkę światową, teraz rozpoczyna się nowy etap tej rewolucji i ja mam pomysł, jak się do tego pociągu podczepić – tłumaczy Lipiński. Polidea, bo tak się nazywa jego firma, świadczy usługi w dziedzinie wysokich technologii. Mówiąc w dużym uproszczeniu, światowym gigantom – takim jak Google czy Facebook – pomaga przenosić usługi, które teraz świadczą w komputerze, na mały ekran telefonów komórkowych. Do tej pory próbowały robić to same, teraz szukają partnerów, którzy zrobią to nie mniej profesjonalnie, ale taniej. Prawie wszyscy klienci Polidei to wielkie światowe firmy. Niestety, zastrzegły w umowach, że polski usługodawca nie może się tym chwalić. Do poszukania poddostawcy skłonił je fakt, że każdy z wielu typów telefonów komórkowych wymaga indywidualizacji usług, co gigantowi mocno podnosi koszty. Małego zmusza natomiast do nieustannego uczenia się.

Tego wszystkiego przed 8 miesiącami Jakub Lipiński jeszcze nie wiedział. Ale zbliżały się jego 30 urodziny i koniecznie chciał firmę założyć przed nimi. Bo przeczytał, że jak ktoś nie zrobi tego przed trzydziestką, potem już mu się będzie coraz mniej chciało. Jest z zawodu programistą i mógł do tego odjeżdżającego właśnie pociągu wskakiwać sam, na życie by zarobił. W Lewiatan Business Angels (aniołowie biznesu to zwykle przedsiębiorcy gotowi zainwestować w rodzące się właśnie firmy, mające dobry pomysł, ale cierpiące na brak gotówki) poznał innych, którzy mieli już nawiązane kontakty z obecnymi klientami Polidei, ale sami nie byli w stanie ich zrealizować. – Musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy sam zrobię więcej niż 20 proc. tego, co w piątkę możemy zrobić wspólnie? – mówi Lipiński. Wyszło mu że nie, a dziś wie to już na pewno. Polidea ma pięciu wspólników, a Jakub Lipiński jest jej prezesem. W amerykańskiej Krzemowej Dolinie mają człowieka, który szuka dla nich klientów – z powodzeniem. 90 proc. zamówień pochodzi z zagranicy.

 

Ciąć z głową

Z badań Małgorzaty Krzysztoszek wynika, że sporym błędem dużych przedsiębiorstw było gwałtowne obcięcie wydatków na marketing i reklamę. Zwykle od tego zaczynali swoją działalność cost killerzy. To się szybko zemściło. Kontakt z klientem trzeba utrzymywać zawsze, zwłaszcza w kryzysie. Wielkie firmy błędów popełniły o wiele więcej. Największy to właśnie te ślepe cięcia. Byle więcej, byle przeżyć i zapewnić zysk udziałowcom. Nazwano je restrukturyzacją. – Na tym tle zachowanie firm małych i średnich wydaje się o wiele bardziej racjonalne – uważa Krzysztoszek. – Nie cięły kosztów, ale je racjonalizowały, nie rezygnując z powiększania wydatków tam, gdzie wydawało im się to słuszne. Dla akcjonariuszy wielkich przedsiębiorstw żadna pozycja nie była godna zwiększenia.

Fabryka Amortyzatorów w Krośnie przetrwała w niezłej kondycji, choć portfel zamówień w najgorszym miesiącu skurczył się aż o 80 proc. (a rok do roku 40 proc.). Tu cięto z głową i szybko, inaczej by nie przeżyli. Prezes i współwłaściciel Leszek Waliszewski w tym, że dla motoryzacji nadchodzą ciężkie czasy, zorientował się już wiosną 2008 r., gdy zaczął się załamywać rynek w USA. Na zwolnienia zdecydowali się, zanim padł Lehman Brothers. Z 235 osób pracę straciło 90. Jak się czuł właściciel, który w 1981 r. został szefem regionu śląsko-dąbrowskiej Solidarności? – Marnie, ale wyrzeczenia odbywały się nie tylko kosztem załogi – zapewnia Waliszewski. – Byłem dla ludzi wiarygodny, bo oszczędności zaczęliśmy od samych siebie. Zanim obniżyliśmy pensje załodze, zarząd obciął własne aż o 80 proc.

Straty zaczęli odrabiać, gdy dla innych kryzys dopiero się zaczynał, od początku 2009 r. Zbawieniem okazało się osłabienie kursu złotego. Zachodnie firmy dystrybucyjne zaczęły kupować tańsze części w Krośnie, rezygnując z dotychczasowych niemieckich czy francuskich producentów. Odwrotnie niż fabryka amortyzatorów Waliszewskiego, która jeszcze dwa lata temu, gdy złoty był wyjątkowo mocny, zrezygnowała z polskich poddostawców i zaczęła kupować podzespoły na Zachodzie. Teraz wrócili do starych znajomych.

Pomocną dłoń wyciągnął też do Waliszewskiego bank Nordea, nie odmawiając pożyczki, gdy najbardziej potrzebowali gotówki. Władze lokalne zrezygnowały z podatku od nieruchomości za 2009 r. Dziś firma jest w niezłej kondycji.

Mali przedsiębiorcy od państwa pomocy nie dostali, choć teoretycznie uchwalony w końcu pakiet antykryzysowy ich także obejmował. – Żeby otrzymać pomoc publiczną, trzeba wypełnić zbyt dużo papierów i spełnić wiele różnych warunków (np. zobowiązać się, że przez rok nie będzie zwolnień) – mówi Krzysztoszek. Przedsiębiorcy wiedzą, że stracą dużo czasu, a wynik niepewny, więc nawet się o wsparcie państwa nie starali. Choć na początku ubiegłego roku wielu zwątpiło, czy go przetrzyma.

W styczniu i lutym 2009 r. do odzieżowej firmy Aryton w Chmielnie koło Gdańska przyszły faktury od zagranicznych dostawców za tkaniny, dodatki, torebki itp. – Cena euro poszybowała w okolice 5 zł i nie było mowy, by zapłacić wszystkim – wspomina Danuta Cierocka, współwłaścicielka przedsiębiorstwa. Czynsze galerie handlowe także pobierają w euro. Nie chcieli oszczędzać na marketingu, więc podjęli decyzję, która mogła wydawać się samobójcza – nie pojadą na targi tkanin ani do Paryża, ani do Mediolanu, bo to dla firmy zatrudniającej 180 osób poważna pozycja w kosztach. Okazało się, że włoscy i francuscy producenci tkanin przyjechali do Chmielna. W kryzysie tym bardziej zależy im na klientach. Dlatego też wiosenno-letnia kolekcja Arytonu jest wyjątkowo bogata. Walczą o dobrą pozycję marki, więc nie mogą kusić klientów wyprzedażami. Kiedy konkurencja, z braku pieniędzy, ogranicza liczbę modeli, Aryton sprawia wrażenie, że kryzys go nie dotknął.

Kłopoty finansowe firmy też rozwiązały się dzięki kryzysowi. Nawet nie próbowali pożyczać w banku, gdyż branża odzieżowa została uznana za mocno ryzykowną. Ale do Chmielna zgłosił się inwestor, który kupił część udziałów. Przygląda się firmie od lat, chce w nią zainwestować pieniądze, które otrzymał w spadku. Woli udziały niż lokaty w banku, bo kryzys nadwątlił jego zaufanie do instytucji finansowych.

Żyć z konkurencją

Z ankiety przeprowadzonej przez Gold Finance wynika, że przedsiębiorcy najbardziej narzekają na zbyt dużą konkurencję. Ci, którzy zwycięsko przeszli przez kryzys, wiedzą, że to naturalny element rynku. Z konkurencją trzeba nauczyć się żyć, będzie coraz silniejsza. Dlatego Justyna Jasińska-Piotrowska, zanim zrealizowała swój pomysł na biznes, dokładnie przyjrzała się rywalom. Firm, które zajmują się dostarczaniem całodziennych posiłków do domu lub pracy klientów, jest już sporo – żeby otwierać kolejną, trzeba być od nich lepszym. Jasińska-Piotrowska wymyśliła, że jej posiłki muszą być nie tylko smaczniejsze, ale także wyspecjalizowane. Przeznaczone zarówno dla tych, którzy chcą schudnąć (dieta 1000 albo 1500 kalorii), jak i dla klientów cierpiących na różne schorzenia, np. diabetyków. Albo osób na diecie bezglutenowej. Jej klienci to ludzie głównie młodzi, pracujący. Ten, kto wyręcza ich w komponowaniu i przygotowaniu całodziennego menu, jest wart swoich pieniędzy. Zestaw pięciu posiłków, zamówionych w firmie wygodna dieta.pl, kosztuje 40–50 zł. W weekendy może być dostarczany pod inny adres.

Mimo kryzysu klientów szybko przybywa. Są tacy, którzy odeszli (bo już schudli), ale wracają, gdy waga wraca do poprzedniego poziomu. Zamówienia składa się przez Internet lub telefonicznie. Konkurencja depcze Jasińskiej po piętach i podobnych firm jest coraz więcej. – Moi klienci dużo jeżdżą, coraz częściej oczekują, że podobny zestaw posiłków będą mogli otrzymać nie tylko w Warszawie, ale także w innych dużych miastach – przyznaje Jasińska. To kolejny etap rozwoju jej firmy.

Fakt, że gastronomia uznawana jest za branżę wysokiego ryzyka, a kryzys przetrzebił klientów w restauracjach, nie odstraszył jednak Krzysztofa Balcerzaka z Warszawy. Choć barów z winem w kraju nie brakuje, jego sieć Magazyn Butelek ma się różnić wyjątkowo niską ceną. Właściciel przewiduje bowiem import wina na dużą skalę, a wówczas zawsze łatwiej wywalczyć rabat u dostawców. Do jego ogólnopolskiej sieci wine-barów będzie można wpaść na degustację, a dostawę zamówić przez Internet. Na razie jest tylko jeden, w Warszawie.

W szkole tego nie uczą

Badania Lewiatana pokazują, że w najbliższą przyszłość misie patrzą z optymizmem, spodziewają się średnio 8-proc. wzrostu sprzedaży. Towarzyszą temu jednak także obawy, że w tym roku duzi odzyskają wigor i tak łatwo już nie będzie im można podbierać klientów. Prowadzenie firmy to nieustanny bieg przez płotki. O któryś zawsze można się potknąć. Zdaniem Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, najwyższy z nich to brak wystarczających kompetencji do zarządzania. Szefowie i właściciele małych i średnich firm, które w ostatnich latach szybko się rozwijały, nie zawsze zdają sobie sprawę, że już potrafią za mało, że firmy ich przerosły. Stery trzeba oddać komuś, kto zrobi to lepiej.

Właściciele odzieżowej firmy Aryton pomyśleli o tym wcześniej, wysyłając córkę na studia do Londynu, a kilku projektantów na naukę do Armaniego. Kiedy Danuta Cierocka zastanawiała się, któremu dostawcy zapłacić później, jej córka Patrycja właśnie wróciła z Londynu i, ku przerażeniu rodziców, pojechała po bandzie. – Zaproponowałam, by zwolnić kilku świetnie opłacanych menedżerów, gdyż stracili głowę, nie mieli pomysłów, jak sobie radzić z kłopotami – opowiada Patrycja. Posunięcie Patrycji, którą starsi pracownicy pamiętali jako małą dziewczynkę plączącą się po firmie, wydawało się ryzykowne. – Bardzo opłaciły się zagraniczne szkolenia projektantów – dodaje Cierocka. – Świetnie mi się z nimi współpracuje, a likwidacja jednego szczebla zarządzania tylko zwiększyła elastyczność firmy.

Henryk Orfinger, ongiś prezes producenta kosmetyków Dr Irena Eris, także doszedł do wniosku, że stery firmy trzeba oddać młodszym, lepiej wykształconym menedżerom, i odsunął się na pozycję szefa rady nadzorczej. Okazało się jednak, że w trudnych czasach nikt nie jest tak zdeterminowany jak właściciel i Orfinger znów jest prezesem. Dr Eris świetnie sobie radzi nie tylko dzięki efektowi szminki.

Generalnie jednak Małgorzata Krzysztoszek ma rację. Swój brak kompetencji dostrzegają nawet sami przedsiębiorcy. Z ostatniego sondażu PBS przebija żal ludzi biznesu, że szkoła w ogóle nie uczy przedsiębiorczości. Ze słów Jerzego Cieślika z Akademii Leona Koźmińskiego wynika, że dalej też nie jest lepiej: – Na wyższych uczelniach także nie uczy się prowadzenia biznesu. Tymczasem na Zachodzie katedry zarządzania otwierane są na zwykłych uczelniach, szkoły typowo biznesowe tracą na znaczeniu.

Kolejnym płotkiem, o który potykają się przedsiębiorcy, jest brak pieniędzy oraz strach przed kredytem. Banki najpierw zakręciły kurki z pieniędzmi, a teraz, gdy znów chcą pożyczać, nie umieją zdobywać zaufania małego biznesu. – Bankowi opiekunowie firm mówią do ich właścicieli mało zrozumiałym językiem, powinni to zmienić – postuluje Starczewska-Krzysztoszek z Lewiatana.

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości stwierdziła na podstawie badań, że źródłem finansowania inwestycji przedsiębiorstw małych i średnich aż w 65 proc. są ich środki własne. Na rozwój wspomagany kredytem decyduje się zaledwie 22 proc. Nic dziwnego, że nawet przed wybuchem kryzysu inwestował zaledwie co ósmy mały przedsiębiorca. To potężny hamulec dalszego rozwoju.

Polscy przedsiębiorcy skarżą się, że politycy przypominają sobie o nich przed wyborami. Wtedy chcą się z nimi spotykać i obiecują odbiurokratyzowanie. Przyznają jednak, że PO coś jednak w tej sprawie zrobiła, choć spodziewali się więcej. W poczcie poległych polskich przedsiębiorstw wiele było takich, które padły pod ciosami fiskusa. Po latach, nierzadko dopiero w NSA, okazywało się, że urząd skarbowy nie miał racji. Tylko że firmy już nie było. Zasługą Adama Szejnfelda, byłego wiceministra gospodarki, jest to, że dziś fiskus nie ma już prawa zablokować konta przedsiębiorcy, zanim w jego sprawie nie zapadnie prawomocny wyrok. Jednak wiele innych barier, utrudniających przedsiębiorcom życie, zostanie usuniętych dopiero wtedy, gdy Sejm uchwali pozostawiony przez Szejnfelda pakiet ustaw „wielkie sprzątanie”.

Niestety, usuwanie barier odbywa się niejednokrotnie w rytmie krok naprzód, dwa do tyłu. Ledwie udało się ustanowić, że każda z licznych inspekcji, mogących kontrolować przedsiębiorstwa, powinna o swojej wizycie zawiadomić, już prezydent Lech Kaczyński zapowiedział, że postara się, aby ten przepis nie dotyczył Państwowej Inspekcji Pracy. Prezydent chce w ten sposób pozyskać głosy związkowców. O głosy przedsiębiorców, jak widać, troszczy się już mniej.

Polityka 13.2010 (2749) z dnia 27.03.2010; s. 44
Oryginalny tytuł tekstu: "Misie nie dają się"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

To nie są czasy dla wrażliwców

Badania osób wysoce wrażliwych wykazały, że nie tylko silnie reagują one na stosunkowo słabe bodźce zmysłowe, emocjonalne czy społeczne, lecz także szczegółowo, głęboko przetwarzają związane z nimi informacje.

Anna Tylikowska
22.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną