Słabsze dane naszej gospodarki

Złe miłego początki?
Miało być pięknie, ale nie jest. W ostatnich dniach GUS pokazał kilka ważnych wskaźników, które studzą optymizm w sprawie tempa tegorocznego rozwoju gospodarki. Wygląda na to, że z krzywej wznoszącej przenosimy się na linię poziomą. Nie wróży to dobrze planom rządu.

Łatwiej przełknąć, że nadal rośnie bezrobocie (w lutym stopa bezrobocia wzrosła z 12,7 do 13 proc.). Ostra zima tylko pogłębiła powtarzalny, coroczny zastój w budownictwie. Innych prac sezonowych jeszcze nie ma, więc trudno mówić o zaskoczeniu. Gorzej, że Polacy w większości nie rwą się już do sklepów, a sprzedaż detaliczna więdnie. W lutym, w stosunku do stycznia, który i tak nie był dobry, spadła o 4 proc. W porównaniu z sytuacją sprzed roku prawie się nie zmieniła. Prawda jest taka, że od początku roku marnie sprzedają się samochody, żywność, meble, elektronika i sprzęt AGD. A wszystko to ma łatwe wytłumaczenie.

Już widać, że niedawno zakończony niemiecki program pomocy dla tamtejszego przemysłu motoryzacyjnego ciągnął w górę także i nasze fabryki aut. Teraz tego wsparcia zabrakło. Z kolei Polacy, mimo deklarowanego optymizmu, niespecjalnie ostatnio kupują. Płace w kraju od miesięcy rosną wolno, część rodaków musi mocniej trzymać się za kieszeń z powodu wysokich rat kredytów. Inni, po prostu, więcej oszczędzają. I sprzedaż detaliczna zdycha.

Pamiętajmy jednak, że słabsze pierwsze dwa miesiące nie muszą decydować o nastrojach, które będziemy mieli w grudniu. Dzięki unijnym funduszom na pewno będą rosły inwestycje. Powinien  utrzymywać się przyzwoity eksport, a Polacy mogą jeszcze wrócić do śmielszych zakupów. Gorzej, gdyby obecne tendencje miały się utrzymać. Przed takim m.in. scenariuszem ostrzega polski rząd Komisja Europejska. Brukselscy biurokraci uważają, że trochę zachłysnęliśmy się ubiegłorocznymi sukcesami (zwłaszcza na tle innych krajów Europy) i rząd z przesadną dozą optymizmu zakłada, że w latach 2010-2012 polska gospodarka będzie naprawdę szybko się rozwijać. Dzięki temu znajdą się pieniądze na zmniejszenie dziury budżetowej bez ostrego i natychmiastowego zaciskania pasa. Czy ten plan się powiedzie? Ludzie w Brukseli wyraźnie zaczęli w to wątpić.

Kalendarz polityczny na najbliższe dwa lata (najpierw wybory prezydenckie, potem parlamentarne) jest jednak taki, że w Polsce nikt nawet nie będzie próbował zaczynać większych porządków w publicznych finansach. W tej sprawie wszystko, co najważniejsze, odkłada się na rok 2012. Planu B premier najprawdopodobniej nie ma. Może jednak ma szczęście i cała Europa zacznie szybciej podnosić się z kolan, a optymizm jeszcze raz zostanie nagrodzony?

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj