Rynek

Czary marek®

Dziecko wszystko kupi

Gramody / Flickr CC by SA
Pościel z Potterem, parówki z Puchatkiem - tak producenci walczą o względy naszych dzieci, zamożnej grupy 5 mln konsumentów.
Tumblr

Przejście z kilkulatkiem przez centrum handlowe bez wydania fortuny na rzeczy, których początkowo wcale nie zamierzaliśmy kupić, zawsze było trudne. Ostatnio jednak stało się zadaniem przekraczającym możliwości rodziców. Właściwie z każdej półki w supermarkecie atakują nas kreskówkowe postacie. Lalka Barbie namawia do pieczenia biszkoptowych babeczek z różowym lukrem (w wersji dla dziewczynek). Ten sam produkt w opcji unisex, z czekoladą, zachwala pies Scooby-Doo. Kubuś Puchatek promuje między innymi soczek pyszny jak miodek. Parówki w paski zachwala Tygrysek, wodę mineralną Królik Bugs, szyneczkę dla chłopców – Bob Budowniczy. Wygląda to tak, jakby postacie z bajek wyszły z przynależnego im działu z zabawkami i opanowały cały sklep.

Dla dziecka każdy taki produkt jest atrakcyjny. Przy każdym można zobaczyć rodziny z patrzącymi błagalnie dziećmi: chcę, chcę, kup mi. Niektórzy rodzice usiłują oponować, ryzykując atak płaczu. Inni z rezygnacją wkładają do koszyka kolejny piórnik, kubek, szczoteczkę do zębów czy mydło w płynie, z których uśmiecha się zalotnie Królewna Śnieżka.

Uciekamy z supermarketu. Empik i Smyka oraz inne sklepy z zabawkami omijamy szerokim łukiem. Daremnie. W odzieżowej sieci H&M rodziców dziewczynek natychmiast dopadnie olbrzymia kolekcja ubrań z Hello Kitty (od bluzek i majtek po buty i spinki do włosów), a chłopców dresy firmowane przez Spidermana. W polskiej ubraniowej sieci Reserved czeka na nas nowość tego sezonu – kolekcja ubrań z Królikiem Bugsem, ptaszkiem Tweety i innymi postaciami z kreskówek. W aptece atakują Piraci z Karaibów (na opakowaniach plastrów opatrunkowych). – Chcę to – błaga trzylatka, pokazując na różowe witaminy Plusssz. – Ale czy wiesz, co to jest? – pyta mama. – Nie, ale jest na tym wróżka Dzwoneczek – odpowiada trzylatka.

Rodzice starszych dzieci, tych w wieku wczesnoszkolnym, też nie mają łatwo. Do nich są adresowane serie produktów z bohaterami seriali „Hannah Montana” i „High School Musical”. Kusi Harry Potter i trupio blady aktor Robert Pattison z filmu „Zmierzch”, aktualne bożyszcze nastolatek na całym świecie. Do kupienia pościel, plakaty, naczynia, tapeta na ścianę, zestawy pierwszego makijażu, szampony o zapachu coli i czekolady i wiele innych.

Krewni i znajomi królika

Witajcie w świecie dzieciokracji, w której kilkulatki uzyskały olbrzymi wpływ na decyzje zakupowe swych rodziców. Witajcie w świecie globalnej, medialnej maszyny do handlu prawami licencyjnymi, która obraca miliardami dolarów. I wsysa nasze dzieci, manipulując ich potrzebami i marzeniami.

Za wynalazcę tego patentu uznaje się George’a Lucasa, twórcę „Gwiezdnych wojen”. Gdy w 1975 r. podpisywał kontrakt na film z hollywoodzką wytwórnią 20th Century Fox, zrzekł się większej części swego honorarium reżyserskiego w zamian za wyłączne prawa do produkcji zabawek, wydawnictw, strojów i całej masy gadżetów, związanych z filmem. Jego ówcześni znajomi po fachu – Francis Ford Copolla i Brian De Palma pukali się w czoło, słysząc o takiej umowie. Ale po sukcesie „Gwiezdnych wojen” oraz kolejnych części sagi szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Dodatkowe dochody ze sprzedaży konfekcji, jak wtedy z pogardą nazywano tego typu działalność, przewyższały znacznie wpływy z biletów do kin. Pogardę szybko zastąpiła chłodna biznesowa kalkulacja.

Dziś premierze każdego kolejnego hitu, skierowanego do dzieci lub młodzieży, towarzyszą umowy licencyjne przeciętnie na sto różnych towarów (według firmy badawczej NPD Group). Prace nad nimi trwają równolegle ze zdjęciami na planie. Powstaje tzw. linia produktowa (ang. franchise), a całe zjawisko nosi angielską nazwę merchandising (czyli eksploatacja handlowa danego produktu w każdy możliwy sposób).

Aby zrozumieć skalę tego biznesu, warto przytoczyć kilka faktów. 18 lat trwała, i kosztowała dziesiątki milionów dolarów, prawnicza batalia pomiędzy korporacją Walt Disney a spadkobiercami przedwojennego wydawcy komiksów Stephena Slezingera (który z kolei nabył w 1930 r. prawa autorskie do postaci z „Kubusia Puchatka” od jego twórcy, pisarza Alana Aleksandra Milne’a). Poszło o wzajemne rozliczenia za wykorzystanie wizerunków Kłapouszka, Prosiaczka oraz pozostałych krewnych i znajomych Królika. Ostatecznie zakończyło się ugodą, na której zyskują zarówno spadkobiercy autora, jak i wszyscy pośrednicy. Ale najwięcej zarabia, oczywiście, sam Disney. Miś o bardzo małym rozumku okazał się być postacią o olbrzymim potencjale rynkowym. Produkty związane z Kubusiem Puchatkiem przynoszą firmie corocznie miliard dolarów.

Ten sam Disney wstrząsnął branżą medialną, wykupując jesienią ubiegłego roku za 4 mld dol. amerykańskiego wydawcę komiksów Marvel. W ten sposób Disney stał się właścicielem rysunkowego imperium, w którego skład wchodzą liczni superbohaterowie, m.in. Spiderman, Iron Man, Hulk, X-Men. Wykupienie Marvela zapełnia Disneyowi lukę w asortymencie – produktów skierowanych do chłopców w wieku 8–12 lat, dla których w cukierkowym imperium do tej pory nie było odpowiedniej oferty. Ale prawdziwa potęga drzemie w potencjale prawie 5 tys. wymyślonych i narysowanych postaci, które przez lata przewinęły się przez karty komiksów Marvela. Wiele z nich czeka na odkurzenie i ponowne wypromowanie.

W Polsce biznes oparty na prawach licencyjnych zaczął się tak naprawdę w 1993 r. (wcześniej praktykowano radosne piractwo) wraz z serialem animowanym i filmem „Wojownicze żółwie Ninja”. Sklepy zostały dosłownie zalane książeczkami, naklejkami, figurkami i inną konfekcją. – To był istny szał. Nie spodziewaliśmy się aż takiego sukcesu – mówi Małgorzata Wojtaszek, szefowa polskiego biura szwedzkiej agencji Plus Licens, która na naszym rynku reprezentuje prawa do wykorzystania wizerunków kilkudziesięciu znanych postaci. Od tamtej pory gusta naszych dzieci są identyczne z trendami globalnego rynku.

Starzy malutcy też

Na początku zawsze jest postać. Może to być bohater książki lub komiksu albo jeszcze lepiej filmu lub serialu telewizyjnego. Wiadomo, że musi być ciekawie, kolorowo i dynamicznie, ale gwarantowanego przepisu na sukces nie ma. Tak naprawdę ważne jest to coś, co sprawia, że dziecięcy odbiorca oszaleje z zachwytu. Zazwyczaj największymi hitami są produkcje, które jako pierwsze trafiają w nieuświadomione potrzeby najmłodszych. – Gdy zobaczyłam Pokemony, nie wróżyłam im sukcesu. Nie rozumiałam, o co chodzi. Tymczasem okazało się, że idealnie wpasowały się w dziecięcy pęd do kolekcjonowania – mówi Małgorzata Wojtaszek.

Ze względu na płeć, bohaterów dziecięcej wyobraźni dzieli się na skierowanych do dziewczynek, do chłopców oraz unisex. Dla ułatwienia marketingowcy podzielili także dzieci na grupy docelowe: najmłodsi (1–3 lata), przedszkolaki (3–6) i wczesnoszkolni (6–9). Jak mówi osoba od lat związana z branżą, najwięcej pieniędzy można zarobić na dziewczynkach w wieku przedszkolnym. To natomiast bardzo symptomatyczne, że znane bajkowe postacie właściwie nie pojawiają się na produktach przeznaczonych dla niemowląt. Dzieci kilkumiesięczne nie są konsumentami – w ich przypadku decyzje zakupowe podejmują rodzice (a kluczowym czynnikiem są walory zdrowotne produktu).

Postać lub postacie oraz ich przygody dostosowuje się do możliwości percepcyjnych i wrażliwości odbiorców. W branży bajkowego merchandisingu wszystko musi być na chłodno przemyślane. O tym, jak ważne jest trafne przewidzenie oczekiwań najmłodszych klientów, niech świadczy 50 mln przytulaków Teletubbies, sprzedanych na całym świecie od premiery serialu telewizyjnego w 1997 r. „Teletubisie” były pierwszym programem telewizyjnym, stworzonym z myślą o dwulatkach.

Stosunkowo nowym odkryciem jest grupa wiekowa 9–14 lat. Do tej pory raczej zaniedbywana przez producentów, okazała się być żyłą złota. W przeciwieństwie do nastolatków (ang. teens), owe przednastolatki (nazywane w ang. tweens) żyją na pograniczu świata realnego i baśniowego, przez co przemawia do nich zarówno animowany „Shrek”, jak i aktorska „Hannah Montana”.

Również dorośli są w polu rażenia biznesu licencyjnego. – W niektórych pozostaje na zawsze jakaś cząstka dziecka. Do poważnego wizerunku dodają sobie czasem gadżet z kreskówkowym bohaterem – mówi Małgorzata Wojtaszek.

– To oferta dla dorosłych, którzy traktują siebie z przymrużeniem oka – tak o najnowszych ubraniach z m.in. Batmanem i Supermanem mówi Marek Małyszko z działu marketingu sieci odzieżowej Reserved, która w tym roku po raz pierwszy zdecydowała się na zakup licencji. W Japonii ogromną popularnością cieszy się Hello Kitty, która jest jedną z ulubionych kobiecych marek. Znakomicie sprzedaje się bielizna, biżuteria i sprzęty gospodarstwa domowego z tą postacią. Jest nawet szampan Hello Kitty oraz licencjonowane szpitale położnicze, całe wystrojone według wzorów z kreskówki. Z kolei w Europie i USA z bajkowych bohaterów w towarach dla dorosłych sprawdzają się pies Snoopy, kot Garfield, Struś Pędziwiatr i Królik Bugs.

Operacja Księżniczka

Pod koniec lat 90. szefowie koncernu Disney zorientowali się, że choć ich wytwórnia filmowa przez lata dostarczyła popkulturze kilkanaście archetypicznych kobiecych postaci, to pozostają one marginesem na rynku zabawek dziewczęcych, zdominowanym przez lalkę Barbie. Tak narodził się pomysł na linię produktów Disney-księżniczki. Sformowano team uderzeniowy złożony z ośmiu bohaterek (w jej skład weszły Królewna Śnieżka, Pocahontas, Kopciuszek, Śpiąca Królewna, Jasmina z „Aladyna”, Bella z „Pięknej i Bestii”, Mulan oraz Mała Syrenka). Problem był jedynie z Dzwoneczkiem, latającą czarodziejką, która w „Piotrusiu Panu” grała rolę drugoplanową, ale potem została wykreowana na gwiazdę pierwszej wielkości. Dziś Dzwoneczek razem z koleżankami z Nibylandii mają własną linię produktową – Disney-wróżki.

W 2001 r. rynek został zasypany przez książki, zabawki, reedycje filmów na DVD i oczywiście lalki. Operacja Księżniczki zakończyła się sukcesem. Już w pierwszym roku wprowadzenia marki Disney-księżniczki przyniosła 100 mln dol., a po dwóch latach globalne dochody przekroczyły miliard dolarów.

Takimi sukcesami firmy chwalą się na dorocznych, największych światowych targach licencyjnych w Las Vegas (właśnie trwa ich kolejna edycja). Można tam podpatrywać ciekawe pomysły na biznes – kto, co i jak wykorzystał. Tam też zawierane są głośne kontakty, a bajkowi bohaterowie – a konkretniej prawa do ich wizerunków – zmieniają reprezentantów niczym piłkarze najsłynniejsze kluby. Większość postaci ma agentów, którzy reprezentują je na lokalnych rynkach. W Polsce działa wspomniana już szwedzka odnoga Plus Licens oraz European Licensing Company (sprzedaje m.in. prawa do Scooby-Doo, Batmana, Harry’ego Pottera i Władcy Pierścieni). Pod tym względem Kubuś Puchatek niczym nie różni się od realnego celebryty. Zajmuje się nim cały sztab fachowców.

Odciskanie w wyobraźni

Prawnicy dbają, aby sprzedawcy dóbr wszelakich nie wykorzystywali jego wizerunku bez stosownej opłaty licencyjnej. Każdy producent, który podpisuje umowę, dostaje style guide – opasłą książkę, która reguluje wszelkie zasady wykorzystania wizerunku postaci. Znajdują się tam gotowe projekty, logotypy, całe obrazki, które tylko metodą kopiuj-wklej należy przenieść na własny produkt (włącznie z rozrysowaniem kolorów każdego włoska na grzywie kucyka Pony). Na każdym etapie – przez pomysł, opakowanie i pierwszą próbną serię towaru, muszą być one zatwierdzone przez właściciela praw.

Jest sporo obostrzeń, bo bajkowa gwiazda o dobry wizerunek dbać musi. Trend jest taki, że odchodzi się od użyczania twarzy niezdrowym produktom (na chipsach, alkoholu itp.). Dba się też o ekologiczne podejście i monitoruje fabryki chińskie, czy nie wykorzystują niewolniczej pracy dzieci.

Użycie wizerunku bajkowego celebryty oczywiście kosztuje. W przypadku ubrań jest to do 15 proc. fabrycznej ceny produktu (czyli bez marży narzucanej przez handel). Przy filmach na płytach DVD czy grach komputerowych – do 20 proc. W przypadku dóbr szybko zbywalnych, produktów spożywczych czy kosmetyków – 3–5 proc. wartości towaru. Trzeba też co kwartał spowiadać się z wielkości osiągniętej sprzedaży.

Przy negocjowaniu praw do wykorzystania wizerunku na uprzywilejowanej pozycji są stacje telewizyjne. Bardzo często serial sprzedawany jest za symboliczne pieniądze, byle tylko został wyemitowany w dobrym czasie antenowym. Piórniki, ubrania, słodycze, zabawki zarobią na interes z nawiązką. Z tego samego powodu uprzywilejowani są wydawcy prasy – o ile tylko zagwarantują odpowiednie wyeksponowanie gazetek w sklepach (zapewnia to darmową reklamę). Aby cały interes wypalił, musi zostać osiągnięta medialna masa krytyczna: bohater musi wyraźnie odcisnąć się na dziecięcej wyobraźni.

Miliony z odzysku

Ten biznes to system naczyń połączonych. W przypadku „Harry’ego Pottera” czy coraz popularniejszej sagi „Zmierzch” każda kolejna książka staje się automatycznie podstawą do filmu. A każdy film jest zauważany przez media i nakręca sprzedaż wszelkich produktów, od szkolnych zeszytów po napoje gazowane. Sprzedaż produktów nakręca zainteresowanie tematem i tak dalej. – Klasyczna marketingowa zasada, że im coś jest trudniej dostępne, tym jest cenniejsze, przestaje obowiązywać. Teraz najbardziej pożądane jest to, czego jest wokół nas najwięcej i wszyscy o tym mówią – twierdzi dr Mikołaj Pindelski ze Szkoły Głównej Handlowej.

Na zeszłorocznych targach w Las Vegas obwieszczono już nawet narodziny nowego typu globalnej przedsiębiorczości, hype-biznesu, czyli opartego na szumie medialnym – gdy coś jest znane tym bardziej, im bardziej jest znane. Z takiego efektu skorzystał na przykład Disney. Wyświetlanie w kinach na całym świecie filmu „Auta” ledwie zwróciło koszty jego produkcji, ale już sprzedaż resoraków dla chłopców dała na czysto 100 mln dol.

Postacie nierzadko przeżywają swych twórców-rysowników, więc ich właściciele starają się zabezpieczyć swój interes finansowy na dziesiątki lat. Dlatego na przykład rzadko usłyszymy w reklamie, że Shrek czy Spiderman bezpośrednio polecają ten akurat produkt (aby nie wiązać zbytnio postaci z daną marką, a przez to nie zniechęcać w przyszłości innych potencjalnych reklamodawców).

– W postać, jak we własnego potomka, trzeba cały czas inwestować – mówi Małgorzata Wojtaszek z Plus Licens. W branży dziecięcej konkurencja jest mordercza. – Najmłodsi klienci szybko się nudzą. Producenci muszą nadążać za ich oczekiwaniami – mówi Dorota Liszka, rzeczniczka producenta napojów Maspex. Cykl życia produktu to dwa lata (na tyle też zazwyczaj zawierane są kontrakty licencyjne). Gdy postać się już opatrzy, zawsze można zrobić jej lifting i po kilku latach ponownie szturmować rynek (z ang. nazywa się to relaunch).

Taki relaunch przechodzi właśnie marka Truskawkowe Ciastko. Jeśli jeszcze Państwo jej nie znacie, to o ile tylko macie w otoczeniu kilkulatkę, wkrótce usłyszycie. Postać dziewczynki o imieniu Truskawka narodziła się w USA w 1977 r. Początkowo występowała na kartkach urodzinowych, a potem trafiła na papeterie, piórniki i do serialu dla dzieci. Kilka lat temu w spółkę z właścicielami praw do wizerunku Truskawki wszedł zabawkarski gigant – firma Hasbro, która postanowiła zrobić bohaterce oraz jej przyjaciółkom gruntowny lifting. Pulchniutką przedszkolaczkę, wyglądającą, jakby się urwała z kart książek Astrid Lindgren, wyszczuplono. Słomiane włoski nabrały puszystości i blasku. Zaczęła nosić suknie, aby przypominała księżniczki Disneya. W telewizjach ruszył serial animowany, do sprzedaży trafiły płyty DVD, książki, gazetki oraz – przede wszystkim – ogromna kolekcja zabawek.

Dzieci i ryby mają głos

Choć na początku są sposobem na zwiększenie sprzedaży, bajkowe postacie szybko uzależniają. Dla wielu producentów korzystanie z licencji stało się już koniecznością. – Produkty dla dzieci muszą charakteryzować się atrakcyjną kolorową grafiką oraz posiadać znanego i lubianego bohatera – mówi Mikołaj Szelc z firmy produkującej napoje Hortex, która dzięki wykorzystaniu na soczkach w kartonikach psa Scooby-Doo jest liderem tego rynku. Jednak na plecach czuje już oddech konkurencji z Tymbarku, innego producenta, który na swych soczkach umieszcza postaci z Kubusia Puchatka. – Dziś trudno w naszej branży sprzedać cokolwiek, jeżeli nie ma nadruku z Hannah Montana – mówi z kolei prezes firmy sprzedającej szkolne artykuły papiernicze.

Dla producenta opatrunków Viscoplast (część koncernu 3M) weseli bohaterowie stali się sposobem na utworzenie dodatkowego popytu na plastry dziecięce. To produkty impulsowe, a więc muszą być odpowiednio eksponowane w aptekach, aby dzieci mogły je łatwo zauważyć. Stanowią już 10 proc. rynku i są jego najszybciej rosnącą niszą. Podobnie jest w branży odzieżowej, gdzie ubrania dla dzieci oraz dorosłych dzieci stanowią nowe, lukratywne segmenty.

Producentom trudno się dziwić – według danych GUS, w Polsce jest 5 mln dzieci w wieku do 12 lat. – W wielkich miastach, w zamożnych rodzinach dzieci jest coraz mniej, ale za to inwestuje się w nie coraz więcej. Najmłodsi mają nieproporcjonalnie wielką siłę jako konsumenci, gdyż aktywnie uczestniczą w decyzjach zakupowych rodziców, często z głosem rozstrzygającym – mówi dr Mikołaj Pindelski z SGH. Nasi dziadkowie mieli problem, bo wybór, jeśli chodzi o produkty dla dzieci, był minimalny. Nasi rodzice mieli problem, bo wybór był, ale nie było pieniędzy. Dzisiejsza para 30-latków, o ile tylko przynajmniej jedno z nich ma dobrze płatną pracę, po raz pierwszy staje przed możliwością, aby swym pociechom kupić prawie wszystko. Ale czy to dobrze?

Plaster na stres

– Dla najmłodszych koszulka ze Spongebobem jest 10 razy atrakcyjniejsza niż ta bez. To jest jego wspaniały przyjaciel, znany z ekranu telewizora, który zaprasza do wspólnej zabawy – mówi dr Mikołaj Pindelski. – Małe dziecko ma silną potrzebę posiadania, mocniejszą od racjonalnej użyteczności danego produktu. Od lat pracuję z dziećmi i widzę, jak z roku na rok obrastają coraz bardziej w przedmioty omarkowane aktualnie modnymi bohaterami. A moda, oczywiście, ciągle się zmienia. To celowy zabieg, który ma na celu wyciąganie pieniędzy od rodziców – mówi psycholożka, która opiekuje się wychowankami w kilku prywatnych przedszkolach pod Warszawą. Jej zdaniem problemem są napięcia, które wytwarzają się w trakcie zakupów między dziećmi (chcą) a rodzicami (odmawiają).

Z badań wynika, że 80 proc. najmłodszych domaga się kupienia produktów promowanych lub związanych z tym, co widziały w telewizji. W krajach, w których reklama telewizyjna skierowana do dzieci jest zakazana (Skandynawia) lub mocno ograniczona, wykorzystywanie licencji stało się głównym sposobem dotarcia do małych odbiorców. Firmy, które intensywnie wykorzystują merchandising, są coraz częściej oskarżane o sztuczne kreowanie potrzeb, brutalne wciąganie dzieci w świat komercji.

Ale one też mają swoje argumenty. – Plaster z bajkowym bohaterem pociesza i pomaga dziecku przezwyciężyć stres związany ze skaleczeniem – mówi Piotr Skaldawski z firmy 3M Poland. – Wykorzystywanie licencjonowanych postaci kieruje jedynie uwagę na ten, a nie inny produkt. Można, oczywiście, krytykować i zakazywać, ale przecież nasze dzieci i tak bardzo szybko wejdą w dorosły świat, gdzie ciągle stykać się będą z komunikatami marketingowymi i reklamą. Warto, by nauczyły się radzić sobie z nimi od małego – mówi Małgorzata Wojtaszek z agencji Plus Licens. Jej zdaniem problemem jest sytuacja, w której pozytywni bohaterowie promują produkty niezdrowe lub skłaniające do wykorzystywania przemocy. A tego – jak przekonują ludzie z branży licencyjnej – działające w Polsce agencje unikają, dokładnie dobierając klientów i wykorzystywane postacie.

Ale mimo to w rodzinach ludzi z branży na zakupy wspólnie z dziećmi raczej się nie chodzi.

Polityka 23.2010 (2759) z dnia 05.06.2010; Temat z okładki; s. 38
Oryginalny tytuł tekstu: "Czary marek®"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną