Co zabrała woda

Wszyscy jesteśmy powodzianami
Gospodarka to system naczyń połączonych. Tegoroczna powódź zalała tylko niektóre jego części, ale prędzej czy później pojawi się w pozostałych.
Zniszczenia dróg krajowych szacuje się na ok. 1,3 mld zł.
Jarek Praszkiewicz/Forum

Zniszczenia dróg krajowych szacuje się na ok. 1,3 mld zł.

Obrona huty szkła Pilkington w Sandomierzu przed napierającą wodą przejdzie do historii tegorocznej powodzi. Wszyscy mogli śledzić na ekranach telewizorów, jak żywioł otacza hutę, a dzielna załoga układa worki z piaskiem na fabrycznych placach, żeby chronić swój zakład. Kiedy woda była coraz bliżej, w odległych Tychach zamarły taśmy produkcyjne w fabryce Fiat Auto Poland, choć tam powódź nie dotarła. Powodem był brak szyb do montażu w autach. Taśma stała cztery dni, a w tym czasie szukano sposobu, jak z otoczonych przez wodę magazynów sandomierskiego kooperanta wydostać zgromadzone tam szyby. Jeden dzień przestoju to ponad 2 tys. niewyprodukowanych aut. Ostatecznie zapadła decyzja o wynajęciu czeskiego śmigłowca, który przenosił nad wodą ładunek i składał go na suchym terenie. Potem trafiał na ciężarówki.

– Była to operacja trudna i długotrwała, bo szkło jest nie tylko delikatne, ale i ciężkie. Tymczasem śmigłowiec mógł podnosić ładunki do 1,5 tony. W efekcie musiał latać wielokrotnie, by załadować jedną ciężarówkę – wyjaśnia Enrico Pavoni, prezes Fiat Auto Poland. Operacja była też kosztowna, a dodatkowo Fiat musi nadrobić cztery stracone dniówki. Szczęśliwie woda nie zalała pieców w hucie (choć na wszelki wypadek je wygaszono), a kiedy tylko zaczęła opadać, szybko usypano prowizoryczną groblę, którą samochody mogły dojeżdżać do magazynów. Ocalały też nieodległe od Sandomierza zakłady Federal Mogul w Gorzycach, wytwarzające tłoki silnikowe (m.in. dla Fiata), choć i one na kilka dni przerwały produkcję. Powódź dotknęła w sumie ok. 1,4 tys. przedsiębiorstw, wiele innych musiało wstrzymać lub ograniczyć produkcję, bo nie było komu pracować. Pracownicy zostali odcięci od świata lub walczyli z wodą zalewającą ich własne domy. Inne firmy w tym czasie musiały radzić sobie z problemami technicznymi (bo np. odcięto je od prądu), kooperacyjnymi (jak Fiat) lub logistycznymi, bo transport drogowy i kolejowy znacznie się skomplikował.

Autostrady pod wodą

Pod wodą znalazły się dziesiątki kilometrów dróg i ulic, zerwane lub podmyte mosty i wiadukty dodatkowo utrudniły transport na długie miesiące.

– Według wstępnych szacunków straty związane ze zniszczeniami dróg krajowych wyniosły ok. 1,3 mld zł – wyjaśnia rzecznik Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad Marcin Hadaj. Do tego trzeba doliczyć problemy związane z zalaniem niektórych budowanych odcinków autostrad i opóźnienia w budowie. Na Śląsku potok Żrenicki zalał plac budowy z maszynami na odcinku Pyrzowice–Sośnica. W Krakowie zalało budowany węzeł Bieżanów i Trasę Nowohucką. Stanęły prace w kilku miejscach na trasie z Krakowa do Tarnowa, przechodzącej przez miejscowości wyjątkowo boleśnie dotknięte przez powódź.

– Nasze budowy drogowe znalazły się częściowo pod wodą, zwłaszcza odcinek autostrady A1 – mówi Konrad Jaskóła, prezes firmy Polimex-Mostostal SA. – Wykonane już fragmenty tej autostrady, m.in. skarpy, warstwy podbudowy, nawierzchnia uległy częściowemu zniszczeniu. Zanim osuszymy te tereny i w pełni wznowimy prace, upłynie sporo dni.

Pod wodą znalazła się część ciężkich maszyn i urządzeń Polimeksu-Mostostalu, żywioł porwał kontenery zaplecza. Wszystkie budowy tej firmy są ubezpieczone, więc straty finansowe nie będą duże. – Dołożymy starań, by nadrobić opóźnienia – zapewnia prezes Jaskóła. Jednocześnie zapisy kontraktowe dają mu poczucie bezpieczeństwa: powódź to siła wyższa. Woda uszkodziła także kilka nasypów dróg budowanych przez Budimex SA, zalała część wykopów. – Przerwy na osuszenie gruntów i naprawę szkód sięgną od jednego do czterech tygodni – przewiduje Krzysztof Kozioł, rzecznik firmy.

Ze szkodami na budowach muszą sobie radzić wykonawcy, natomiast GDDKiA musi gwałtownie szukać pieniędzy, bo straty powodziowe wyczerpią dużą część jej tegorocznego budżetu przeznaczonego na remonty i utrzymanie dróg (w tym roku to 1,5 mld zł).

Spore straty poniosła też kolej. Na wielu odcinkach w południowej Polsce ruch był prowadzony wahadłowo albo kierowany na objazdy. Poważne utrudnienia, zwłaszcza w ruchu towarowym i to na wiele miesięcy, spowoduje uszkodzenie mostu kolejowego nad Popradem w Starym Sączu. Z tego powodu spółka PKP Intercity już odwołała wakacyjny pociąg Varsovia, który miał latem jeździć nad Balaton i Morze Czarne. Przez kilka miesięcy rejon Krynicy i Muszyny w ogóle będzie odcięty od polskiej sieci kolejowej. Nie dojadą tam wakacyjne pociągi z turystami. Sparaliżowana jest również lokalna komunikacja, uruchamiana przez Przewozy Regionalne. – Dotychczas oszacowaliśmy szkody na 250 mln zł, ale zapewne przekroczą one 300 mln zł. Nasypy kolejowe w wielu miejscach są bardzo nasiąknięte, dochodzi do osunięć ziemi – mówi Krzysztof Łańcucki, rzecznik PKP Polskie Linie Kolejowe, spółki zarządzającej siecią kolejową w Polsce.

Kłopoty komunikacyjne odbiją się też na polskiej branży turystycznej szykującej się do szczytu wakacyjnego, który w naszym kraju trwa krótko i w dużym stopniu decyduje o kondycji domów wypoczynkowych, pensjonatów, ośrodków spa itd. Te usytuowane w południowej części kraju ucierpiały bezpośrednio, ale cierpią też inne, bo turyści często nie wiedząc dokładnie, gdzie była powódź, rezygnują z krajowego wypoczynku. Taka powodziowa legenda dotknęła nawet Zakopane, choć ten region nie ucierpiał, a teraz lęki przesuwają się na wybrzeże. Panuje obawa, że brudna woda, która wlała się do Bałtyku, zanieczyści plaże.

Uciekające karpie

Wielka woda wybija często w dość zaskakujących miejscach. Takich jak Zakłady Azotowe Tarnów, które znalazły się w trudnej sytuacji, choć żywioł ich bezpośrednio nie dotknął. Podczas niedawnego Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach prezes ZA Tarnów Jerzy Marciniak alarmował, że firma musi przygotować się na spadek popytu na nawozy, bo według jego ocen zalana przez powódź lub podtopiona przez ulewne deszcze została jedna trzecia pól uprawnych. Rolnicy nie będą więc mieli nie tylko za co kupić, ale i gdzie rozsypać nawozów.

Eksperci różnią się w ocenach strat, jakie poniosła wieś. Na razie są to bardzo przybliżone szacunki. Na dokładniejsze przyjdzie czas, gdy woda, która stoi jeszcze na wielu polach, ostatecznie ustąpi. Wiadomo już jednak, że nie jest dobrze. – Zalanych zostało 40–50 tys. gospodarstw. Pod wodą znalazło się około 400 tys. ha pól uprawnych (czyli 3–4 proc. ogółu) – szacuje Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Nie ma jeszcze pewności, jak to się odbije na cenie produktów rolnych. Wiadomo, że zbiory będą niższe. Minister rolnictwa Marek Sawicki nie widzi jednak większych powodów do obaw, bo mamy wspólny rynek rolny i europejski poziom cen, więc żywnościowa drożyzna nam nie grozi. Nie wszyscy eksperci są takiego zdania. Bożena Nosecka z Instytutu Ekonomii Rolnictwa w Warszawie przekonywała, że trzeba przygotować się na wzrost cen produktów rolnych, a prezes Związku Sadowników RP Mirosław Maliszewski zapowiada, że ceny owoców będą wyższe nawet o kilkadziesiąt procent.

A już z karpiami to sytuacja wygląda fatalnie; szczęśliwie nie jest to ryba popularna, a do świąt jeszcze daleko. Mamy w Polsce 70 tys. ha stawów hodowlanych, z czego dwie trzecie w pasie podgórskim dotkniętym przez powódź. Znaczna część hodowli została zniszczona, a karpie jeśli nie wyzdychały w brudnej wodzie, to wybrały wolność.

Większym problemem jest jakość ziemi rolnej. – Ta, na której długo stała woda, traci wartość, jej mikroflora ulega zniszczeniu. Takie grunty wymagają rekultywacji, która może potrwać nawet kilka lat – twierdzi prezes Szmulewicz.

Powódź zniszczyła urządzenia melioracyjne, zwiększając ryzyko podtopień po kolejnych większych deszczach. Koszty odtworzenia melioracji poniosą głównie gminy, ale na własnych polach muszą to sfinansować rolnicy. Zagrożonych jest także wiele budynków. Wieś od lat buduje oszczędnie, często z byle jakich materiałów, które mogą nie przetrwać próby podtopień. Zwłaszcza budynki inwentarskie stawiane z żużlobetonowych pustaków. Odbudowanie zrujnowanych przez wodę gospodarstw będzie wymagało dużych pieniędzy. Organizacje rolnicze oczekują, że poza doraźną pomocą powstanie rządowy program, który przyśpieszy wychodzenie wsi z powodziowej klęski.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną