Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Rynek

Pływające osiedla

Powódź niszcząca domy to nie tylko polski problem. Holandia od lat wydziera morzu kolejne połacie ziemi i buduje olbrzymie tamy, aby chronić się przed zalaniem. Ale prognozy dotyczące podnoszenia się poziomu mórz w najbliższych dziesięcioleciach sprawiają, że i tam ryzyko powodzi będzie rosnąć.

I właśnie Holendrzy są pionierami w innym podejściu do wody – uważają, że zamiast z nią walczyć, lepiej pójść na kompromis, powstał więc pomysł tzw. pływającego domu. Można go zbudować na stałym lądzie, w pobliżu rzeki czy kanału. Jest wykonany z lekkich materiałów i położony na specjalnej betonowej podstawie. Gdy poziom wody się podniesie, razem z nim uniesie się również sam dom.

Co zrobić, aby taki budynek w razie powodzi nie zaczął po prostu dryfować? Przymocowany jest do wysokich pali, wbitych głęboko w ziemię. I tak jak statek przywiązany linami do nabrzeża, swobodnie może się dostosować do różnego poziomu wody. Aby korzystać na bieżąco z elektryczności czy gazu, potrzebne są jeszcze tylko przegubowe, elastyczne rury i przewody, które również wydłużą się w razie potrzeby. Takie pływające domy istnieją nie tylko w wyobraźni architektów. Kilka lat temu osiedle 46 budynków przyszłości powstało w holenderskiej miejscowości Maasbommel. Na razie jego mieszkańcy nie mieli okazji się przekonać, czy zabezpieczenia są rzeczywiście skuteczne, bo od chwili zasiedlenia budynków okolicy nie nawiedziła powódź.

Pomysł wzbudził spore zainteresowanie w wielu częściach świata, zwłaszcza tych narażonych na zalania. Własny projekt tego typu domów, z uwzględnieniem lokalnej architektury, przygotowała amerykańska fundacja Make It Right, finansowana przez znanego aktora Brada Pitta. Pływające domy mogą być szansą dla Nowego Orleanu, któremu grozi powódź przy każdym wielkim huraganie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Czynsze grozy. Są takie bloki, które zamieniły się w miejsca walk. Podwyżki, straszenie sądem, finansowa panika

Wspólnoty mieszkaniowe zaczęły masowo powstawać w Polsce 30 lat temu. Były jak powiew wolności: małe środowiska rządzące się przejrzystymi, demokratycznymi zasadami. Dziś to tylko wspomnienie. Demokracja wynaturzona, zarząd jak dyktatura, kontroli państwa brak.

Marcin Kołodziejczyk
06.03.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną