Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Rynek

Kto wyjdzie na Plus GSM

O sprzedaży Polkomtela

Pomysł, by Polkomtel sprzedać nie po kawałku, ale w formie kontrolnego pakietu, narodził się, gdy pojawili się Brytyjczycy i zaczęli kusić. Pomysł, by Polkomtel sprzedać nie po kawałku, ale w formie kontrolnego pakietu, narodził się, gdy pojawili się Brytyjczycy i zaczęli kusić. Jan Morek / Forum
Polkomtel, operator telefonii komórkowej Plus, jedna z najbardziej niezwykłych firm powstałych w III RP, czeka na kupca. Kto może liczyć na plusikowe?
Pierwszy prezes Polkomtela Władysław Bartoszewicz.Andrzej Wawok/Reporter Pierwszy prezes Polkomtela Władysław Bartoszewicz.
Jarosław Bauc, obecny prezes Polkomtela, przyszedł do firmy jako zaufany premiera Marcinkiewicza.Adam Chełstowski/Forum Jarosław Bauc, obecny prezes Polkomtela, przyszedł do firmy jako zaufany premiera Marcinkiewicza.
Polityka
Polityka

To będzie transakcja roku, może nawet dekady. Rzadko się zdarza, że do kupienia jest w całości spółka kontrolująca trzecią część krajowego rynku telekomunikacji mobilnej. Pozostałe dwie trzecie znajduje się w rękach konkurentów: Polskiej Telefonii Cyfrowej (sieci Era, Heyah) oraz PTK Centertel (sieć Orange). Obaj wchodzą w skład wielkich koncernów. Pierwszy należy do Deutsche Telekom (T-Mobile), drugi do France Telecom. Z wielką trójką stara się walczyć czwarty mały konkurent, spółka P4 (sieć Play). Na razie jednak w układzie sił nie zaszły duże zmiany. Wielka trójka rządzi, choć wskazanie lidera jest trudne.

Zależy, co się bierze pod uwagę: liczbę klientów (kart SIM), ARPU (średni przychód, jaki daje jeden klient), przychody, zysk, potencjał techniczny? – Trzy największe spółki są zbliżone wielkością. Ale pod względem rentowności numerem jeden jest Polkomtel – podkreśla prezes Polkomtela Jarosław Bauc. Nic więc dziwnego, że cena, jaką nabywcy przyjdzie zapłacić, jest niemała. Szacuje się ją na 16–18 mld zł. Nie zniechęca to potencjalnych nabywców, wśród których jest Zygmunt Solorz-Żak, właściciel Grupy Polsatu, dwa skandynawskie telekomy – TeliaSonera i Telenor – oraz kilka dużych funduszy inwestycyjnych.

Poszukiwanie ojca

Z pewnością 16 lat temu żaden z szefów państwowych firm, które wyłożyły pieniądze na stworzenie pierwszego polskiego operatora telefonii GSM, w najśmielszych marzeniach nie spodziewał się, jak wielkie zyski przyniesie ta inwestycja. Zdaje się, że w ogóle mało kto spodziewał się zysków. Zamiast plusikowego obawiano się raczej minusikowego.

Jak wspominają świadkowie, prezesów – m.in. KGHM, Petrochemii Płockiej (dziś Orlen), Polskich Sieci Elektroenergetycznych (dziś PGE), Węglokoksu, Stalexportu – trzeba było mocno naciskać, by weszli do telekomunikacyjnej spółki. Na starcie wydatki były niemałe, bo pierwsza licencja kosztowała prawie 400 mln dol. Do tego trzeba było szybko inwestować w sieć i stawiać anteny. Zobowiązanie licencyjne przewidywało, że w ciągu pięciu lat liczba klientów musi dojść do 1,2 mln, a nic tak nie zniechęcało użytkowników komórek jak brak zasięgu. Zostało dotrzymane. Po pięciu latach liczba polkomtelowskich klientów dochodziła już do 4 mln.

Dziś stwierdzenia, że telefonia komórkowa jest dobrym interesem, pachnie banałem. W połowie lat 90. tak nie było. Analogowa telefonia komórkowa Centertel działała w Polsce dopiero od trzech lat i miała status luksusowej nowinki. Aparat kosztował tyle, ile nowy Fiat 126, a połączenia też niemało. W połowie lat 90. użytkowników centertelowskich komórek było 80 tys., głównie wśród zachodnich firm oraz krajowych biznesmenów, którzy za pomocą potężnych aparatów (zwanych cegłami) demonstrowali swój sukces. Trzeba było nie lada entuzjazmu, by uwierzyć, że cyfrowa rewolucja GSM sprawi, iż za kilka lat komórka stanie się dobrem masowym i niemal każdy Polak nie tylko będzie ją w stanie kupić, ale bez trudu zmieści w kieszeni. Dziś własną komórkę ma 80 proc. Polaków.

Sukces ma wielu ojców, dlatego Pol-komtelowi też ich nie brakuje. Najchętniej o plusikową sławę upominał się pierwszy prezes Władysław Bartoszewicz. W 2001 r. w rozmowie z POLITYKĄ opowiadał o podróży pociągiem w Wielkiej Brytanii i pomyśle, jaki mu przyszedł do głowy, gdy zobaczył w gazecie czytanej przez sąsiada artykuł o boomie na brytyjskim rynku telefonii komórkowej. To miało go zainspirować. – Historię podglądanej gazety w podróży z Londynu do Manchesteru znał każdy zatrudniony w Polkomtelu, bo Bartoszewicz często ją opowiadał. Łatwo nawiązywał kontakt i był lubiany – wspomina jeden z pracowników Polkomtela.

Bartoszewicz, gdy rodziła się idea Polkomtela, był szefem gabinetu ministra przekształceń własnościowych Wiesława Kaczmarka i jego zaufanym współpracownikiem. To w sposób naturalny ułatwiło mu realizację pomysłu. Potem, gdy był prezesem, też kontakty się przydawały. Dlatego zresztą do dziś Plus jest siecią obsługującą administrację rządową. Szczegóły tamtych wydarzeń trudno jednak odtworzyć, gdyż Bartoszewicz od lat żyje w Kanadzie i w Polsce się nie pojawia, bo jest poszukiwany listem gończym. Sprawa dotyczy jego związków ze słynnym lobbystą Markiem Dochnalem, który też przypisuje sobie zasługi współtworzenia Polkomtela (podejrzenia dotyczą jednak innych zdarzeń). To Dochnal, a nie Bartoszewicz, jak twierdzą niektórzy, miał przekonywać szefów państwowych firm. Jego zasługą miało być także pozyskanie zagranicznych udziałowców z branży telekomunikacyjnej – spółek Tele Denmark oraz Air Touch. Było to niezwykle ważne ze względu na brak doświadczeń polskich uczestników w telekomunikacji, a zwłaszcza technologii GSM.

Także sam Kaczmarek uchodzi za jednego z ojców Polkomtela. Dziś na łamach „Parkietu” przyznaje skromnie, że jako minister projekt znał i popierał, ale w nim nie uczestniczył. Jednak bez udziału wpływowego polityka rządzącego wówczas SLD realizacja pomysłu mogła zakończyć się fiaskiem.

Dlatego prof. Krzysztof Żmijewski, były prezes PSE i były członek zarządu Polkomtela, na pytanie, kto jest ojcem spółki, odpowiada krótko: Stowarzyszenie Ordynacka. Ordynacka – czyli wpływowe lewicowe środowisko polityczno-biznesowe. Kaczmarek i Bartoszewicz byli z nim związani, podobnie jak Jarosław Pachowski, który kierował Polkomtelem w latach 2002–05, gdy SLD ponownie zdobył władzę. Diagnoza dotycząca zbiorowego ojca jest zapewne najbliższa prawdy. Bo konkurencyjne konsorcjum kojarzone z PSL, C-Line, firmowane przez Ciech, koncesji na telefonię GSM nie dostało.

Dostało je natomiast konsorcjum PTC tworzone przez Elektrim, Deutsche Telekom i Jana Kulczyka. Tak powstała Era. Ostatni uczestnik wielkiej trójki dołączył dwa lata później, kiedy France Telecom kupił Telekomunikację Polską (do spółki z Kulczykiem). Wtedy też PTK Centertel stał się operatorem telefonii GSM (nie rezygnując z analogowej) – najpierw jako sieć Idea, potem pod międzynarodową marką Orange. Mimo znacznego opóźnienia Francuzi łatwo dogonili rywali. Wykorzystali potencjał klasycznej telefonii – dostęp do abonentów TP, infrastrukturę techniczną oraz przywileje, jakie im zagwarantował polski rząd. Trójka podzieliła rynek i długo cieszyła się oligopolem, bo w eterze brakowało częstotliwości dla następnych sieci, a rynkowym regulatorem nie była jeszcze Anna Streżyńska, która dziś sieje postrach wśród komórkowych gigantów.

Złote jaja

Szybko się okazało, że telefonia komórkowa to kura znosząca złote jaja. Rynek rósł w tempie, od którego kręciło się w głowie. Pakiety akcji Polkomtela, w które z duszą na ramieniu inwestowali prezesi, już po kilku latach stały się najcenniejszym składnikiem majątku ich spółek. W 1999 r. wartość operatora wyceniano na 2,6 mld dol. Zaczęły się roszady własnościowe, bo jednych kusiło, żeby się szybko wycofać i wykorzystać plusikowe, a innych przeciwnie, by powiększać swój udział. – Moją najbardziej udaną inwestycją jako prezesa PSE było dokupienie 5 proc. akcji Polkomtela – mówi dziś z dumą prof. Żmijewski.

Sprzedawali mali krajowi udziałowcy. Także wśród zagranicznych zachodziły zmiany, bo w wyniku przejęcia amerykańskiej spółki Air Touch przez brytyjskiego giganta Vodafone w Polkomtelu pojawili się Brytyjczycy nie ukrywając aspiracji do całkowitego wykupienia operatora. Z kolei Duńczycy, niepewni swoich planów, zgarnęli plusikowe i się wycofali.

 

Zarządzanie spółką mającą tylu właścicieli nie było łatwe. Za technikę odpowiadali najpierw Amerykanie, a później ludzie z Vodafone. Finanse znajdowały się zwykle w rękach Duńczyków. Pozostałe obszary należały do polskich akcjonariuszy. Oni także wybierali prezesa. Zagraniczni udziałowcy musieli szybko się nauczyć polskiej polityki, bo Polkomtel, choć formalnie jest firmą prywatną, faktycznie podlega regułom rządzącym gospodarką państwową. Zmiana rządu sprawiała, że zjawiał się nowy prezes oraz masa innych ludzi. Zaufani nowej władzy przychodzili na miejsce tych, którzy byli z nadania poprzedników. Za nimi wędrowali liczni krewni, znajomi i protegowani. Wszyscy liczyli na sowite plusikowe i nie zawodzili się. – Niektórzy prezesi szybko się uczyli, poznawali specyfikę branży i wciągali do pracy, tak jak Marek Mroczkowski czy Jarosław Bauc. Inni, jak Jarosław Pachowski czy Adam Glapiński, robili wrażenie zagubionych i w sumie mało zainteresowanych firmą – wspomina pracownik zarządu Polkomtela.

Jarosław Bauc przekonuje, że choć w przeszłości różnie bywało, to dziś polityka nie ma takiego wpływu na Polkomtel. – Trzej spośród czterech polskich akcjonariuszy Polkomtela to już nie są spółki Skarbu Państwa, ale publiczne spółki giełdowe, które mają liczne grono mniejszościowych akcjonariuszy. Muszą działać w sposób transparentny i zgodny z interesami wszystkich akcjonariuszy. W bieżącym zarządzaniu nie odczuwam politycznej presji – przekonuje prezes Bauc. Do Polkomtela trafił jako były minister finansów. W firmie był uważany za osobę zaufaną premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Kiedy ten stracił stanowisko, utracił je także Bauc, choć miał wyniki i jako prezes był przez specjalistów z branży chwalony. W Polkomtelu na krótko pojawił się zaufany premiera Kaczyńskiego, Adam Glapiński, ale kres jego urzędowania nadszedł wraz z wyborczą klęską PiS. Za 9 miesięcy pracy dostał 1,5 mln zł plusikowego w formie odprawy. Wtedy do Polkomtela wrócił Jarosław Bauc. Normalnie, jak w spółce rządzonej przez państwo.

Wszystko na sprzedaż

Pomysł, by Polkomtel sprzedać nie po kawałku, ale w formie kontrolnego pakietu, narodził się, gdy pojawili się Brytyjczycy i zaczęli kusić. Pod koniec rządów AWS nieoficjalnie było wiadomo, że Grzegorz Wieczerzak, prezes PZU Życie i osoba mająca wówczas niezwykły wpływ na państwową gospodarkę, próbuje zaaranżować transakcję. Potem, już oficjalnie, kolejni udziałowcy Polkomtela zapowiadali, że chcą wyjść z inwestycji i zachęcają wspólników, bo razem można uzyskać wyższą cenę. Zwykle gdy jeden potrzebował gotówki, to drugi akurat tracił zapał. Myślano więc o wprowadzeniu spółki na giełdę.

Sprzedaży zapobiegał jednak silny polityczny sentyment do utrzymywania władzy państwa w gospodarce oraz projekty konsolidowania wszystkich jego spółek telekomunikacyjnych w jeden koncern, zwany Krajowym Operatorem Telekomunikacyjnym. Osią KOT miał być Polkomtel. Pomysł polityków biznesowo jednak się nie kleił, entuzjazm studziło też doświadczenie Telewizji Familijnej, spółki stworzonej według polkomtelowskiego wzoru. Politycy – tym razem środowisko prawicy, tzw. pampersi – zapewnili koncesję, a państwowe spółki (w dużym stopniu te same) wyłożyły pieniądze na stworzenie telewizji. Miał być sukces jak z komórkami, a skończyło się wielką plajtą.

Od kilku lat na sprzedaż Polkomtela najbardziej naciskał Orlen, który już w 2006 r., kupując litewską rafinerię w Możejkach, zakładał, że wykorzysta na ten cel pieniądze ze sprzedaży operatora. Ostatnio dołączyła PGE, która musi finansować inwestycje energetyczne, a także KGHM, chcący inwestować w złoża surowców. Temu sentymentowi uległ nawet Vodafone i także dorzucił swój pakiet do oferty. Niektórzy nie mogą w to uwierzyć. Przekonują, że Brytyjczycy coś knują, bo przecież zawsze marzyli o Polkomtelu. Grają w europejskiej lidze z T-Mobile i Orange. Tamci są w Polsce, a ich ma nie być?

Od kilku kwartałów na całym rynku telefonii komórkowej nie rosną już przychody. Jest bardzo silna presja konkurencyjna i regulacyjna. Wyzwania technologiczne rodzą dodatkowe ryzyko, zaś stopa zwrotu z dywidendy jest porównywalna z rentownością obligacji skarbowych. To już nie jest kura znosząca złote jaja – tłumaczy motywy sprzedaży spółki prezes Jarosław Bauc. Nie bez znaczenia jest też postawa ministra skarbu, który wprawdzie głośno deklaruje, że sprzedaż Polkomtela to sprawa spółek, ale bez jego cichej zgody do transakcji by nie doszło. Budżet potrzebuje pieniędzy i już ostrzy sobie zęby na sowitą dywidendę, jaką będzie chciał wyjąć z kas udziałowców po sprzedaży Polkomtela.

– To jest ostatni moment, kiedy Polkomtel można dobrze sprzedać. Spółka jest jeszcze wysoko wyceniana, ale już niedługo jej wartość zacznie spadać. To premia za oligopol, a także problemy, z jakimi musieli się zmagać konkurenci – ocenia Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum Adama Smitha. W telekomunikacji mobilnej zaczyna się nowa epoka.

– Połączenia głosowe stają się dziś nieistotnym dodatkiem do podstawowej usługi, jaką jest transmisja danych. Sieci 4G, technologia LTE, wymagają nowych inwestycji. To oznacza dla branży telekomunikacyjnej nowe rozdanie – przekonuje Tomasz Kulisiewicz, ekspert rynku telekomunikacyjnego. Kto w tym rozdaniu zgarnie plusikowe? Solorz, Skandynawowie, a może amerykańscy finansiści?

Polityka 14.2011 (2801) z dnia 02.04.2011; Rynek; s. 38
Oryginalny tytuł tekstu: "Kto wyjdzie na Plus GSM"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną