Rynek

Ile oleju w oleju

Biopaliwa - niespełnione oczekiwania

Plantacja rzepaku w Kanadzie, na tablicy informacja: uprawiane na biopaliwo. Plantacja rzepaku w Kanadzie, na tablicy informacja: uprawiane na biopaliwo. Dave Reede / Corbis
Biopaliwa miały chronić środowisko, rozwijać gospodarkę, leczyć nasze uzależnienie od ropy naftowej. Miało być wspaniale, a wyszło jak zwykle.
Niemiecki Greenpeace zaangażował się w walkę przeciw alkoholowej benzynie E10.Fabrizio Bensch/Reuters/Forum Niemiecki Greenpeace zaangażował się w walkę przeciw alkoholowej benzynie E10.
Polityka
Polityka

Cena 5 zł za litr benzyny 95 jeszcze niedawno wydawała się nierealnym koszmarem, a dziś to marzenie, bo na większości stacji trzeba płacić dużo więcej. Olej napędowy podąża w ślad za benzyną, jest tylko nieznacznie tańszy. Rafinerie tłumaczą, że wszystko przez wyjątkowo drogą ropę i osłabionego złotego. Zapewniają, że redukują swoje marże. Są świadome, iż cenowa spirala doprowadzi do spadku popytu i bezpośrednio boleśnie je uderzy. Już dziś, kto nie musi jeździć, ogranicza korzystanie z samochodu, a kto może, rozgląda się za sposobami zmniejszenia rachunków. Tymi legalnymi, jak np. zamontowanie instalacji na gaz płynny (LPG) lub sprężony gaz ziemny (CNG), a także nielegalnymi, jak np. wykorzystywanie oleju opałowego lub kupowanie paliwa przemycanego zza wschodniej granicy.

W rachunkach, jakie płacimy na stacjach, ponad połowę stanowią podatki: VAT, opłata paliwowa, a przede wszystkim akcyza. Ograniczenia tej ostatniej domaga się dziś od rządu opozycja. Minister finansów odpowiada, że to niemożliwe ze względu na deficyt budżetu. Akcyza paliwowa to jedna z najważniejszych pozycji w dochodach państwa, która w ubiegłym roku przyniosła 38 mld zł (VAT– 22,4 mld zł, opłata paliwowa – 2,9 mld zł). Drugim powodem są unijne wymogi określające minimalne stawki tego podatku. Te nasze są niewiele wyższe, więc gdyby nawet się zdecydować na obniżkę, pole manewru nie byłoby duże – pada wyjaśnienie.

Cel narodowy

Jedyne, co możemy zrobić, to obniżyć narodowy cel wskaźnikowy (NCW) – przekonuje Waldemar Pawlak, wicepremier i minister gospodarki. Pod tym tajemniczym pojęciem kryją się biokomponenty paliwowe. Każdy litr sprzedawanego na stacjach paliwa zawiera dolewkę substancji pochodzenia roślinnego. Benzyny mieszane są z bioetanolem, czyli odwodnionym spirytusem etylowym, do oleju napędowego dodaje się estry metylowe kwasów tłuszczowych, czyli mówiąc prościej: przetworzony olej roślinny.

To wynik unijnej polityki zmierzającej do zwiększenia udziału odnawialnych źródeł energii w bilansie energetycznym. Chodzi o ochronę klimatu i zredukowanie naszego uzależnienia od paliw kopalnych. Cel: w 2020 r. 10 proc. paliw płynnych używanych w transporcie muszą stanowić biopaliwa. Komisja Europejska zarekomendowała harmonogram, w jakim należy zmierzać do tego celu, ale prawo decyzji pozostawiła poszczególnym państwom. Większości się nie spieszy, bo to kosztowny proces. Choć ropa jest wyjątkowo droga, to produkcja biokomponentów jeszcze droższa.

Mimo to Austria, Niemcy, Francja i Polska narzuciły ostre tempo. W ubiegłym roku w całej UE udział biopaliw silnikowych w ogólnym zużyciu wynosił nieco ponad 4 proc., ale w Polsce było to 5,75 proc. W tym roku naszym narodowym celem jest 6,2 proc., a w przyszłym – 6,65 proc. Po każdym roku producent ma się wylegitymować przed prezesem URE, że co najmniej taką część jego sprzedaży stanowiły biopaliwa. Za każdy litr niezrealizowanego obowiązku musi słono zapłacić. Nikt w UE nie stosuje tak drakońskich kar jak Polska.

Paliwo polityczne

Ta nasza nadmierność w dziedzinie biopaliw silnikowych to spadek po IV RP. PiS dostrzegło w nich substancję politycznie doskonałą: polski rolnik miał ograniczyć naszą zależność od rosyjskiej ropy. Biopaliwa miały nie tylko chronić środowisko, ale przede wszystkim nakręcać gospodarczą koniunkturę. Miały dawać rolnikom nowe źródło dochodów, tworzyć tysiące miejsc pracy. Zapowiadał się prawdziwy raj.

Dlatego uchwalona w 2006 r. ustawa o biokomponentach i biopaliwach ciekłych narzuciła ostry reżim, a podpisane rok później przez premiera Kaczyńskiego rozporządzenie o narodowych celach wskaźnikowych na lata 2008–13 ustawiało wysoką poprzeczkę biopaliwowej konsumpcji. Na zachętę przewidziano przejściowe ulgi podatkowe dla producentów paliw. W tym miesiącu właśnie wygasają.

Dziś okazuje się, że nie wszystkie założenia sprawdziły się w praktyce. Wbrew przewidywaniom, rozwój branży biopaliwowej (mimo licznych ulg) nie doprowadził do obniżki cen biokomponentów ani ich nie ustabilizował. Są równie niestabilne jak ropa. Autorzy przepisów nie wzięli też pod uwagę, że mamy wspólny unijny rynek i pieniądze polskich kierowców niekoniecznie muszą trafić do kieszeni polskich rolników i producentów biokomponentów.

Jedynie 27 proc. bioetanolu i 41 proc. estrów wykorzystywanych do produkcji paliw przez polskie rafinerie pochodzi z krajowych wytwórni biokomponentów. Dotujemy produkcję, która ma miejsce poza Polską – ubolewa Adam Stępień, dyrektor generalny Krajowej Izby Biopaliw. Dlatego, choć jesteśmy biopaliwowym prymusem, sytuacja ekonomiczna polskich wytwórców biokomponentów jest marna.

Lanie oleju

Największy problem stanowi dziś prawo. Mamy węzeł gordyjski, bo przepisy o jakości paliw nie pozwalają na wykonanie obowiązku wynikającego z narodowego celu wskaźnikowego. Do standardowej benzyny i oleju napędowego można dodać najwyżej 5 proc. biokomponentów. Nie więcej, bo taka jest norma. Nie trzeba przy tym informować nabywców o roślinnych dolewkach. Tymczasem NCW wymagał w zeszłym roku 5,75 proc., a w tym 6,2 proc. Jak w tej sytuacji uniknąć kary?

– Radzimy sobie za pomocą paliwa B100, czyli biodiesla w stu procentach złożonego z estrów. Jest droższy od oleju napędowego produkowanego z ropy, ale sprzedawać go musimy dużo taniej, aby wzbudził zainteresowanie wśród klientów – wyjaśnia Robert Gmyrek, dyrektor biura ds. biopaliw w PKN Orlen. B100 (występujący na stacjach także pod marką BIO 100) nie jest normatywnym paliwem i nie wszyscy producenci samochodów akceptują jego użycie. Nie nadaje się też do stosowania zimą. Wśród użytkowników diesli krążą na jego temat skrajne opinie. Rafinerie sprzedają go tylko na niektórych stacjach, bo logistyka biopaliw jest skomplikowana i kosztowna. W końcu to przetworzony olej roślinny o krótkiej przydatności do użycia.

 

B100 jest zaliczany do ogólnej puli biokomponentów i biopaliw wymaganych przez prawo. Ale już jego przetworzenie za pomocą nowoczesnej technologii uwodornienia (węgiel wzbogaca się dodatkowymi atomami wodoru), dające w efekcie w pełni funkcjonalne paliwo dieslowskie, sprawia, że nie może być ono zaliczone do biopaliw. Dlaczego? Nie wiadomo. W 2010 r. na sprzedaży B100 rafinerie poniosły straty oceniane na 300 mln zł (budżet stracił 60 mln zł). Uniknęły za to karnych opłat wysokości blisko 2 mld zł. W tym roku będzie gorzej, bo cel wskaźnikowy jest dużo wyższy, a na dodatek za chwilę znikną ulgi akcyzowe. B100 pod względem podatkowym nie będzie się różnił od zwykłego oleju napędowego. Ile trzeba będzie wówczas dołożyć, by sprzedać odpowiednią ilość tego paliwa? Miliard złotych?

Dlatego producenci paliw zabiegają o wprowadzenie nowej normy dla oleju napędowego i podwyższenie w nim udziału estrów do 7 proc. Pojawiają się też propozycje, by równolegle dopuścić E10, czyli benzynę z 10-proc. dodatkiem etanolu. Tu jednak zapał hamują wydarzenia w Niemczech, gdzie niedawno wprowadzono E10. Wywołało to bunt kierowców i krytykę niemieckiej polityki biopaliwowej w mediach. Nowy gatunek benzyny jest bojkotowany, choć władze przekonują, że to świetne paliwo.

Nie ma europejskiej normy dla tego paliwa. Wielu producentów samochodów nie akceptuje tak dużej zawartości bioetanolu w benzynie. Nie można go stosować w starszych modelach. Byłyby problemy z odpowiedzialnością za ewentualne uszkodzenia silnika – ocenia dyr. Bogdan Janicki z Grupy Lotos. Polskie rafinerie nie chcą walczyć o benzyny także dlatego, że większą część sprzedaży zapewnia im paliwo do silników wysokoprężnych.

Sprawa zmian przepisów i dopuszczenia 7-proc. dolewki estrów napotyka przeszkody, których sensu branża biopaliwowa nie może zrozumieć. W marcu miał się tym zająć rząd, ale w ostatniej chwili sprawa spadła z porządku obrad. Ponoć potrzebna jest jeszcze ocena UOKiK. Tymczasem najnowszy pomysł zakłada przejściową redukcję NCW do poziomu 5,1 proc. Obietnicę w tej sprawie miał złożyć premier Tusk podczas niedawnej wizyty w gdańskiej rafinerii Lotosu. Nafciarze przekonują, że inaczej cena litra paliwa będzie musiała skoczyć nawet o kilkanaście groszy. Producenci biokomponentów z tym się nie zgadzają.

– Dzisiejsze wysokie ceny paliw to nie jest efekt dodawania do nich biokomponentów. Redukcja NCW nic tu nie zmieni. Wystarczy dopuścić do sprzedaży olej napędowy z 7-proc. dodatkiem estrów – przekonuje Adam Stępień z Krajowej Izby Biopaliw. I przypomina, że pod koniec dekady musimy przecież dojść do 10 proc. paliw wytwarzanych ze źródeł odnawialnych.

Brudne, zielone paliwo

Problem jest tylko taki, że do polskiego paliwa trafia w sporej części bioetanol wytwarzany z amerykańskiej kukurydzy, zaś nie wszystkie estry są efektem przeróbki rodzimego rzepaku, lecz oleju palmowego. Unijna polityka energetyczna doprowadziła do importu biokomponentów z odległych stron świata. Na unijnej trosce o środowisko interesy robi pozaunijny biznes. 40 proc. uprawianej w Ameryce kukurydzy przetwarzane jest na alkohol do celów paliwowych. Do Europy płynie rzeka biokomponentów z USA, Brazylii, Argentyny, krajów subtropikalnych.

Światowym rynkiem rządzi kilka wielkich agrokoncernów, jak Cargill, Archer Daniels Midland (ADM) czy Bunge. Dwa ostatnie kontrolują sporą część polskiego rynku rzepakowego. Kto widział sensacyjny film „Informant” (Intrygant) z Mattem Damonem, wie, jakie w tym biznesie panują reguły. Film o agencie FBI, rozpracowującym praktyki pewnego koncernu, oparty jest na prawdziwej aferze koncernu ADM.

Dlatego największymi wrogami biopaliw są organizacje ekologiczne. Uważają, że zamiast chronić środowisko, szkodzą o wiele bardziej niż tradycyjne paliwa wytwarzane z ropy. Nakręcają bowiem przemysłowe rolnictwo pożerające masę energii (tej brudnej) i zatruwające środowisko (środki ochrony roślin, nawozy sztuczne). Powstające gigantyczne plantacje roślin energetycznych zabijają bioróżnorodność, wyjaławiają ziemię, prowadzą do wycinki lasów deszczowych w krajach subtropikalnych. Nakręcają też ceny żywności, nasilając w biednych krajach problem głodu.

Instytut Europejskiej Polityki Ochrony Środowiska (IEEP) obliczył, że za sprawą unijnej polityki biopaliwowej do 2020 r. do atmosfery może trafić dodatkowo nawet 64,4 mln ton CO2. Niemiecki Greenpeace zaangażował się w walkę przeciw alkoholowej benzynie E10. Tymczasem polskie struktury tej organizacji na razie mają ważniejsze problemy na głowie. Iwo Łoś, koordynator kampanii Klimat i Energia, wyjaśnia, że koncentrują się na walce z elektrowniami węglowymi, a także przeciw projektowanemu rozwojowi energetyki jądrowej. Organizacja zwalcza też absurd forsowany pod hasłem ochrony klimatu: wycinkę lasów w celu pozyskania drewna i spalania go w elektrowniach węglowych. Bo według polskich przepisów spalanie lasów jest formą pozyskiwania zielonej energii. Okazuje się, że polski polityk w obronie klimatu nie cofnie się przed niczym. Trochę jak w starym peerelowskim dowcipie o obrońcach pokoju: będziemy tak walczyć o pokój, że nie zostanie kamień na kamieniu.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Twarz stała się narzędziem walki w Hongkongu. Kto kogo przechytrzy?

Władze Hongkongu wykorzystują nowe technologie, żeby namierzyć i ukarać demonstrantów. Ale to broń obosieczna. Walka, choć nierówna, chwilami przypomina grę protestujących z władzą i policją.

Aleksandra Żelazińska
18.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną